Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
myślnik i kropka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 97, 19/IV/05

Trochę tu, trochę tam

Poopowiadam dziś o tym co tu się dzieje. Już czas na przekazanie kolejnego sprawozdania o codzienności tutejszego świata.

Sprawozdania dzielą się na pozytywne, niewyjaśnione i skandaliczne. Zacznijmy od pozytywnych, bo z takimi w tle łatwiej jest żyć, a także przyjąć do wiadomości resztę nowinek.

Otóż w tych dniach były finały stanowych mistrzostw piłki nożnej. W Santa Catarina ostatni mecz odbył się w małym miasteczku Ibirama. Lokalna drużyna uzyskawszy remis przeciw znanemu i bardzo silnemu zespołowi z Criciumy zostałaby po raz pierwszy mistrzem stanowym. Ale nie udało się. Criciuma strzeliła jeden gol, przyjezdni kibice wdarli się po zakończeniu meczu na boisko i wtedy …

I wtedy, proszę państwa, osiem tysięcy kibiców Ibiramy podniosło się i oklaskami pożegnało gości i nowego mistrza. W porównaniu z długą serią bandyckich zajść na przeróżnych brazylijskich stadionach i ulicach metropolii było to tak niespodziewane i ładne, po prostu sportowe, że oczekiwałem wielokrotnego powtarzania zdjęć w krajowej tv. Ale w pełni pomyliłem się. To nie było informacją. Nic się nie stało, więc nie przypomniano tej sceny ani razu po zamknięciu transmisji.

Druga opowieść mogłaby zacząć się przed kilkunastu laty, gdy w debacie między dwoma kandydatami do prezydentury, Collor wyciągnął publicznie historię, która miała raz na zawsze zdyskredytować byłego działacza związków zawodowych Lulę: gdy miał za młodu romans z jedną panią, rzekomo nastawał na dokonanie skrobanki i tylko stanowcza postawa matki Mirian Cordeiro (która pojawiła się w wielu wywiadach, oskrażając byłego kochanka o okrucieństwo moralne) dziewczynka Lurian nie przyszłaby na świat.

Następnego dnia Lula pojawił się na ekranach zapłakany i obejmując dorosłą już córkę Lurian, zaprzeczając sceną i słowami prawdziwości oskarżeń, ale jak domyślają się państwo, pod górkę jest trudniej niż z górki i i śliczny, bogaty i wygadany Collor wygrał wybory.

Dotarło wówczas do mnie, że Lurian mieszkała we Floripie i wyjaśniło to nieco czemu tak często Lula pojawiał się tutaj. Ale nie miałem pojęcia w jakiej części miasta żyła ona.

Przed rokiem mój przyjaciel powiedział, że mieszka ona z dzieckiem i mężem prawie naprzeciwko jego domku, w prostych blokach stanowiących jedno z licznych condomínios z tej dzielnicy. Jedyne, co odróżniało ją od innych mieszkańców, rzekł przyjaciel, była (od czasu zdobycia przez Lulę prezydentury) skromna obstawa, czuwająca nad bezpieczeństwem rodziny gdy wyjeżdżali do miasta. Przypomniałem sobie, że to tam mieszka koleżanka Vanildy od jej interesów ze sprzedażą kosmetyków.

Któregoś dnia owa koleżanka pokazała zdjęcie swojego synka trzymanego w ramionach Luli. Parę dni wcześniej dziecię szło z mamą korytarzem i ujrzało pana Prezydenta. „O, Lula, Lula!” ucieszyło się dziecię. Prezydent wyraźnie wzruszony entuzjazmem w głosie dziecka przytulił je, przyzwolił na zdjęcie (bo mama miała aparat w torebce), porozmawiał miło i poszedł sobie - bez świty, obstawy, bez pompy.

Szczerze ucieszyła mnie ta historia. Wiedziałem z różnych źródeł, że nie uderzyła mu do głowy woda sodowa, ale takie drobiazgi przekonują wymowniej niż analiza poważnych i poważanych źródeł.

Ataki na Lulę intensyfikują się, z lewej i z prawej, choć trudno powiedzieć jakie są punkty odniesienia, które by pozwoliły odróżnić lewe od prawego. Gdy niedawno rząd ogłosił, że nie potrzebuje pożyczek Funduszu Monetarnego, z opóźnieniem paru dni któraś z komunistycznych (więc lewicowych?) partii ogłosiła swój punkt widzenia, że rząd Luli nie powinien z Funduszem negocjować. Może nie byli ani na prawo ani na lewo ale do tyłu?

Rzeczy, które cieszą czasami dochodzą do świadomości mimochodem, a nie z dzienników i innych nocników. Pamiętam ile to było rozgłosu, gdy Lula przykazał zamknięcie przeróżnych bingo (jasno dowodząc bezzasadności oskarżeń, że to właściciele bingo przyłożyli mu do kasy wyborczej spore sumy) a senatorowie, prawdziwi właściciele tych przychodków, zbili mu prawo na pysk, reaktywując te bandyckie instytucje. Otóż któregoś dnia uświadomiłem sobie, że to świństwo, obok którego przejeżdżam prawie codziennie, ma pusty parking, nie ma fagasów przy wejściu, a w prasie przecież nie było kolejnych protestów przeciw utracie 120 tysięcy miejsc pracy przez uczciwych mężów i ojców, uczciwie zarabiających w bingo. A więc Lula jakoś wygrał tę prawną bitwę. To może jest nadzieja na powolne odświnianie tego kraju?

Lecz co tu się odświni, tam zaświni się z łatwością. Zaraz, zaraz, najpierw wiadomości trudne do zinterpretowania, potem będzie miejsce na nowe skandale.

Otóż donoszą z dumą, że trzeci kolejny rok Brazylia przoduje w odzysku metalu z puszek po napojach i w ogóle z podobnymi materiałami: plastyki i papier. Duma, radość, ale potem chwila zastanowienia: a co to tak naprawdę znaczy?

Informacja mówi o pierwszym miejscu, ale nie podaje nazwy dyscypliny ani sposobu punktowania wyników. Jeśli mowa o masie otrzymanych materiałów przez punkty skupu, to o czym tu mówić. Stany Zjednoczone nie troszczą się o selekcję śmieci, India czy Chiny nie piją tyle tam Fant w puszeczkach, więc łatwo jest być pierwszym mając 175 milionów ludzi, którym tv wtyka przed oczy od rana do rana tańczące puszeczki. Może mowa o ilości kupionych śmieci w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców? A może na tysiąc kilometrów kwadratowych? Chyba bez trudu opracowałbym rozliczne kryteria, wedle których wszystkie kraje są zwycięzcami w kwestii zbierania śmieci.

Z kolei, nie musi wcale taka informacja wykazywać brazylijskiej zaradności i dbałości o środowisko. Równie dobrze może to być miarą rozpaczy i braku możliwości znalezienia jakiejkolwiek pracy. Blisko stąd jest taki punkt skupu, więc ludzie pracujący jako siła pociągowa zaprzągnięta do wózków wypełnionych tekturą czy plastykami stanowią stały element mojego miejskiego pejzażu. Spytałem tam kiedyś ile płacą. Kilo papieru - 4 centavos. Kilo tektury - 20 centavos. Pracując cały dzień i sprytnie będąc pierwszy w strategicznych miejscach handlowych, chyba można przeżyć. Do następnego dnia pracy.

Może to też pokazywać, że nie tyle to jedyna szansa na zarobienie czegoś, ale że brak pomyślunku i duża doza (umysłowego, nie fizycznego) lenistwa skłania biednych do trzymania się najprostszej ścieżki. Pchanie i ciągnięcie takich wózków to duży wysiłek i koszenie trawników nie może wymagać go więcej. Ale znalezienie kogoś do tej pracy nie jest łatwe - wiem to z własnych prób. Przyjdzie taki człowiek i zaśpiewa: 400 reali. Patrzę na niego i nie wiem czy ma mnie za obłąkanego milionera czy uważa, że ktoś mówiący z obcym akcentem musi być nie umiejącym liczyć debilem. Mówię mu: „chce pan zarobić w dzień tyle co młody człowiek po 16 latach uczenia się i studiowania zarabia w ciągu trzech dni?” Na co taki byk patrzy na mnie ze wzgardą i odpowiada: „ale ja taką pracę mam tylko raz na dwa tygodnie!”

No to przejdźmy do skandali. Na początek jest dobry ten z chorobą Chagasa. Cierpi na nią parę milionów Brazylijczyków. Miły owadzik (niby pluskwa) o imieniu golarz (barbeiro) żyje w lepiankach i chatynkach z drzewa i nocą odwiedza ludzi w roli zastępcy komara. A gdy jest zarażony pasożytem, przekazuje go ludziom. Pasożyt atakuje serce i czasami pozwala żyć długo ale z kłopotami z sercem. Nazwa poszła od brazylijskiego lekarza z początku XX wieku, który cykl chorobowy opisał.

Przed miesiącem gruchnęło trwogą wśród turystów, którzy latem (grudzień - luty) odwiedzili mój stan. Ustalono, że parę śmiertelnych przypadków choroby Chagasa spowodowanych zostało przez wypicie soku z trzciny cukrowej w jakimś kiosku przy szosie blisko Joinville, największego miasta stanu. Przedtem nie znano przypadków zakażenia poprzez spożycie pokarmu czy wypicie płynu. Kontrola sanitarna zakazała sprzedaży soku w całym stanie ale po kilku tygodniach odwołała alarm. Gdy zamówiłem go w kiosku w mieście, moi synowie, bardziej niż ja liczący się z tv, odmówili napoju. A ja myślę, że dziwne było nie tylko nagłe odwołanie zakazu jak i cudownie szybkie ustalenie przyczyn epidemii. Nie zdziwię się jeśli za parę lat usłyszę, że były naciski lokalnych producentów Coca-Coli, dbających o życie i zdrowie lokalnej ludności.

Może nie jest skandalem ale rutyną piłkarską to, co zdarzyło się w sąsiednim stanie Paraná? Szesnastolatek radował się na wygraniem mistrzostw przez jego drużynę, kibic - rywal ukrócił jego radość strzelając doń celnie. Koniec wiadomości sportowych.

Nie, nie koniec. Przecież jest sprawa piłkarza Grafite z drużyny São Paulo. Ale najpierw rzeź koło 30 osób w Rio. Nikt nic nie zrozumiał. Nie była to rozgrywka o punkt sprzedaży narkotyków. Znienacka w normalnym miejscu przyjechały normalne samochody, wysiadło kilku normalnych ludzi i zaczęli strzelać dookoła. Dzieci, nie dzieci, jak popadło. Śledztwo było dość intensywne i udane. Znaleziono sprawców. Policjanci. Motyw? Szefowie zaczęli naciskać na zasady postępowania i eliminować co czarniejsze owieczki. Więc postanowili zemścić się. Nie da się zrozumieć? No właśnie. Ale stężenie absurdu w tej historii sugeruje, że to może być prawdą.

Dużo uwagi publicznej przykuwa sprawa jednego pana, który przed kilkunastu laty wygrał sam samiutki w odpowiedniku totolotka drobną fortunę odpowiadającą kilku milionom dolarów. Rzecz w tym, że nic żonie nie rzekł, a wręcz odwrotnie, zanikł. A po paru latach żona patrzy, a tu mąż w Mercedesie. A innego dnia w innym wozie. A to wchodzi do jakiejś super willi. No i zatrudnieni detektywi i adwokaci ustalili listę budynków i gospodarstw doń należących i nie trzeba było nawet dekady, by sąd orzekł, że połowa tego majątku jest jej.

Jeszcze nic nie dostała niczego do ręki. Ale świat zyskał, bowiem nowa (choć nieformalna) żona milionera ujawniła głęboką psychologiczną prawdę, wyjaśniającą przyczyny kłopotów sądowych swego umiłowanego: „to prześladowanie go bierze się stąd, że jest on mężczyzną”. Zgadza się to z moimi obserwacjami: mężczyźni bardzo cierpią, szczególnie gdy są milionerami.

A z Grafite, dużym (fizycznie i jakościowo) a czarnym piłkarzem było tak, że już gdy São Paulo grało w Argentynie, Grafite słyszał okrzyki kibiców „małpa, małpa” a z bliska sportowi argentyńscy rywale wyjaśniali mu w jędrnych słowach co robią z czarnymi małpami. A potem przyszła przyjazna kolejna tura w Brazylii i po jakiejś zagrywce argentyński gracz z bliska wyjaśnił mu swe poglądy na te pier... małpy. Po chwili leżał w błocie, Grafite dostał czerwoną kartkę ale to był dopiero początek historii.

Po zakończonym meczu argentyński gracz został zaaresztowany. Gdyby został oskarżony o przestępstwo rasistowskie, nie byłoby odwołania, aż do procesu musiałby odsiedzieć. Mimo protestów specjalistów od prawa, piłki nożnej i i Południowej Ameryki sądzę, że to nie była zaledwie kwestia odwiecznych rywalizacji między dwoma bratnimi narodami i że bardzo delikatnie wzięto się za gościa. Oskarżono go o ciężką obrazę, co umożliwiło mu po dwóch dniach opuszczenie kraju po zapłaceniu grzywny. Klasyfikacja przestępstwa jako rasizmu nie dopuszcza takiego wyjścia.

Gość w wywiadach przyznawał, że nadużył języka, że użył brzydkich wyrażeń, ale po pierwsze nie mówił o czarnych małpach i wcale nie chciał, żeby Grafite wsadził sobie banana gdzieś tam, a po drugie to w argentyńskim wariancie hiszpańskiego mówienie o „negrito” to wyrażenie prawie pieszczotliwe.

Przekonywująco potwierdzili to wczoraj kibice owego klubu, rozprzestrzeniając rysunek małpy z dopiskiem „Grafite macaco”.

Dla zamknięcia tego cyklu opowiem o policjancie, który miał przekazać do stolicy fałszywe banknoty, więc zdeponował je w banku na koncie policji stolicznej. Chwileczkę. Przecież to nie tu było. To historia z Giżycka. I ta afera z siecią sklepów „Biedronka” też jest nasza, słowiańska. Tak jak i łódzka sprzedaż skór zakładom pogrzebowym. Dziwne. Kiedyś mógłbym przysięgać i zarzekać się, że takie rzeczy to tylko Brazylia.

No i nie wiem, czy to mentalna konfuzja z powodu mego podeszłego wieku czy też z powodu postępowego sy... przepraszam, globalizowania świata.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu