<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Proszę państwa, google zapytany o no stress podaje ponad 18 milionów uderzeń czyli hitów, a więc to hasło to prawdziwy hit, szczególnie komercyjny. Gdy dzieckiem w kolebce zmęczony urywaniem łbów hydrom odprężyć się postanawiałem, mówiono mi relax, czyli odpręż się. Potem modniejsze stało się rozluźnij się - i przeszło to do formy wyluzuj się, o której nie potrafię powiedzieć czy jest okropniejsza w piśmie czy w dźwięku. Więc dobrze, że zanikły relaksy. Teraz to może i wstyd powiedzieć, że ktoś pracuje w relaksie, bo to chyba jakiś dwuznaczny masaż, ale przed paru laty (dla niej, bo dla mnie to przed wiekiem) moja siostra pracowała w bardzo porządnym klubie zielonogórskim Relax i można było mówić o tym w towarzystwie. Nie, nie będę opłakiwał słowa relaks, bo takiemu słowu jak wesoły dużo gorsze rzeczy się przydarzyły i nie ma jak tego odwrócić.
Nie rozumiem o co tu hałas z tym niestresem, więc (ach, co za brzydki charakter) skłonny jestem potraktować to jako koszmarną bzdurę. Tych 18 milionów wzmacnia moje odczucie, bo sensowne rzeczy rzadko replikują się w tym rytmie, a bzdura o jejku, jejku, jejku.
Przejrzałem polskiego google'a, by dowiedzieć się co można zrobić bez stresu. Twierdzą, że schudnąć (moim zdaniem łatwiej bez jedzenia), zdać egzamin z trygonometrii (choć trygonometria bez sinusa byłaby milsza), jeździć konno (twierdzę, że jeżdżenie bez konia czyli wirtualne ma całkiem malutko stresu) a także pracować. Oj, tak. Pamiętam takich pracowników. Podchodziło się do lady a z drugiej strony, na dźwięk moich kroków, włączał się całkiem bez stresu aparat głosowy: nieeee maaaaa
Strasznie podobał mi się pewien tutejszy minister z okresu dyktatury, zresztą przeszedł już do świata bez stresu. Gdy w jego dziale ekonomii był olbrzymi strajk ogłosił, że poczeka, aż strajk skończy się, bo on nie dyskutuje w stanie naprężenia. Bardzo szlachetny, jogistyczny - powiedziałbym, przykład dla wszelakich rządzących. W tej chwili nic nie da się zrobić, bo jestem bardzo naprężony. Jak się rozciągnę, to porozmawiamy.
Proszę nie spinać kota ogonem: wcale nie jestem zwolennikiem zesztywnienia i skostnienia. Wręcz, wnóż i wkręgosłup odwrotnie, jestem tylko lokalnie sprzężony, na przykład pisząc teraz mam całkiem rozluźnione przedramię i nadgarstek, bo ręka w swobodnym zwisie sięga klawiatury położonej na kolanach. Pracują tylko palce. Takie małostresowe rozwiązanie ma dwojakie koszty. Po pierwsze, trzeba nauczyć się stukać w klawiaturę bez oczopląsu (ruch szyi przekraczałby kąt 60 stopni) i zrezygnować ze ślicznych biurek z podpórkami dla klawiatury. One są świetne dla komputera ale denne dla piszącego, choć na zdjęciu wyglądałbym inteligentnie i kulturalnie.
Aha, gdzie to nauczyłem się wyłączania świadomości? Chyba jak i tylu innych cennych rzeczy, z pisma Radar - Młodzież Świata. Myślę, że dziś każde dziecko to zna, bo joga nie ma podźwięku antyrządowego i może uczą tego w siłowniach i niestresowniach. Ale jeśli nie znają państwo tej zabawy, już wyjaśniam: rozpłaszcza się człowiek jak gdyby mu wszystkie kości opadły na dywanik i od kończyn począwszy stara się czuć rosnącą falę ciepła. A jak juz całe ciało zaistniało, zaczyna sie wyłączać zmysł po zmyśle. Wyłączanie słuchu może być kłopotliwe w centrum miasta. A na koniec wyłącza się myślenie. Parę tygodni ćwiczeń prowadzi do pełnego szczęścia. Kilkanaście minut wyłączenia się w ten sposób wiele razy już zastąpiło mi całonocny brak odpoczynku czy wyprowadziło ze skrajnego rozdrażnienia.
Jeśli takie to świetne, to czemu pozostaję przy zwyczaju sypiania (i to niemało) i czemu nie wprowadzam się w lepsze psychiczne stany dwa razy dziennie? Cóż, to nie cud, a pożyczka, wcześniej czy później trzeba normalnie odpocząć. A po drugie zacząłem, to wypada skończyć. A po drugie, to trochę się boję. Zupełnie bezsensowny strach, że z takiego stanu nie wrócę. Rozumiem, że mogę nie przejmować się, bo nigdy nie słyszano o takim, co tak się wyłączył, że go nie dołączono z powrotem do społecznego życia, ale czy państwo myślą, że chce mi się być pierwszym takim przypadkiem, opisywanym później w literaturze?
Tak naprawdę, w całym tym bełkocie o życiu bez stresu chodzi o coś całkiem innego. Błędne priorytety.
Kiedyś zachęcano do życia dniem. Jak uczą znawcy przedmiotu, carpe diem nie oznaczało rozbisurmanienia się, ale przeżywanie dnia w sposób rozważny, myśląc o tym, co przyjdzie później. Niestety, nastąpiło dziwne przyspieszenie i społeczeństwa nie żyją dziś dniem ale jutrem.
No i gonimy jak obłąkani za czymś, co nie istnieje. Jak te socjalistyczne typy, którym komunizm jawił się na horyzoncie, a horyzont to była taka złudna linia, oddalająca się w miarę przybliżania się do niej. Oczywiście jutro to horyzont, lecz nierozsądnie wybrany.
Życie na koszt jutra nie jest wynalazkiem ostatnich lat. Przecież już w kodeksie Hammurabiego była mowa o ukamieniowaniu lichwiarzy (czyli takich, co pobierali więcej niż 1/9 odsetek, około 11% rocznie). Jeśli byli lichwiarze, musieli być tacy, co potrzebowali dóbr na dziś, by zapłacić za nie jutro. Aha, dobro systematycznie kupowane na kredyt to wojna. Nie znam przypadku w historii, gdy władca głęboko zastanawia się i rzecze: skoro zgromadziliśmy takie wspaniałe oszczędności to przepieprzymy połowę tego na wojnę z sąsiadami z południa.
Nie jestem w nastroju do dywagacji ekonomicznych, tym bardziej, że kiedyś napomknąłem w rozsądnym gronie o moich poglądach i zrozumiano mnie, że jestem zniesmaczony systemem kapitalistycznym oraz nabywaniem dóbr. Zaręczam, że to nie tak. Jak mógłbym być przeciw kapitalizmowi, jeśli coś takiego w gruncie rzeczy nie istnieje, a raczej jest nalepką na całą masę bardzo odmiennych zjawisk? Przecież nawet Don Kichot nie wymachiwał bronią we wszystkich kierunkach, wewnątrz i nazewnątrz. Ale jedno zjawisko mam za szczyt ekonomicznej durnoty i w moim odczuciu jego wewnętrzne sprzeczności kiedyś wykończą ekonomię wielu krajów.
Czy ktoś z państwa pamięta dlaczego początkowo w komunizmie nie było sprzedaży na raty? Tak, argument brzmiał: zadłużony robotnik nie ma woli walki o poprawę losu i staje się niewolnikiem systemu. Przypuszczalnie poglądy ewoluowały i PolitBiuro oceniło, że robotnikowi jest już świetnie i nie potrzebuje jeszcze bardziej poprawiać losu. Pojawiła się sprzedaż ratalna i choć towary nadal były bublami i głównie to ich nie było, ekonomia pracowała z wyprzedzeniem.
Było to zupełnie odmienne od systemu planowania (plany 3, 5 i 6-letnie). Nie szło o decydowanie czego trzeba będzie za x lat, ale o przyspieszenie obrotu pieniądza.
Przy okazji, sensowną wersją zasady: uzbieraj dziatliki, potem kup jest to, co w Kraju nosi nazwę systemu argentyńskiego. Stało się to w Kraju skandalem, bo użyto go do lichwy, ale tutaj jako system consórcio (kupno samochodów, mebli) działa dobrze. Nie, nie jestem jego zwolennikiem, nie używam i nie użyję, ale przyznaję, że dla niecierpliwych może to być nie tak tragicznie drogim rozwiązaniem.
Proszę o naiwne, ale wcale nie przygłupie, zastanowienie się nad centralną zasadą systemu ratowego. Przyspieszenie, jakie daje on w wirze ekonomii, ma być napędem wielu działań, źródłem społecznego bogactwa. W czym różnica jeśli porównać to z ciułaną wedle kalwinistycznej recepty kiesą? W paru miesiącach. Mówię o ogólnej skali, niektóre produkty są spłacane przez lata, ale średnio rzecz biorąc ekonomia działa z dobrami i płatnościami, które zaistnieją za parę miesięcy.
Gdyby ten okres został skrócony, mielibyśmy starożytny system kupisz, kiedy będziesz miał wystarczające oszczędności. Gdyby okres był stały i zawsze taki sam, byłoby to jedynie źródłem nerwic a nie kołem zamachowym ekonomii. Sens przyspieszeniowy jest w tym, że system kup dziś, zapłać kiedyś coraz bardziej wydłuża owe kiedyś. Ale w najoczywistszy sposób są naturalne granice na takie wydłużanie. Który przemysł zgodzi się na otrzymanie reszty swojej należności za 80 lat?
Jeśli chcą państwo zapewnienia, że nie ma żadnego potencjalnego konfliktu w tym systemie, proszę porozmawiać z uniwersyteckimi ekonomistami. Oni bardzo chętnie wyjaśnią, że wszystko tu świetnie gra.
Co do mnie, to tylko jedna rzecz mnie dziwi. Diabeł pogrywa tu jak dyletant.
Kupowanie duszy za jakieś usługi było dobrym interesem za pierwszym czy drugim razem. Potem poeci wystraszyli klientów i tacy, co mają w istocie dusze wcale nie są skłonni do podpisywania cyrografu. I system ratalny rozwiązałby świetnie problemy ekonomii Podziemia.
Mając pewność, że nieśmiertelna dusza zostanie nietknięta, wielu klientów zgodziłoby się na ratalne warunki. Na przykład: pałace, kobiety i szybkie samochody - ale po śmierci, i po odpowiednio długim zażywaniu nieba, powiedzmy za 1000 lat, zaczyna się spłacać służbą w Piekle swoje długi. Niech to będzie 5 lat na każde stulecie. Z możliwością odroczenia terminu o tysiąclecie czy dwa, przy łagodnych i niekrępujących odsetkach rzędu paru procent. Nie chcesz iść do Piekła w tym tysiącleciu? No problem, pójdziesz na 400 lat w następnym.
W gruncie rzeczy wiem, czemu Podziemie nie wprowadza takiego schematu. Po co mu drugi, skoro pierwszy świetnie działa?
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu