Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
myślnik i kropka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 92, 15/III/05

Świetnie jest, panowie bracia!

czyli

Ile to suwerenności  per capita

Przyzwyczaiłem się w ostatnim roku do czytania o wyjątkowo pogodnej i wygodnej sytuacji Kraju, o rzadkim w naszych dziejach braku wrażych wojsk czy to wewnątrz jego granic czy to przygotowanych do ich przekroczenia. (Wręcz odwrotnie, to nasze wojska demonstrują naszą moc w troszeńkę odległym Iraku, a już-już wybiorą się w wyższe rejestry, aż do Afganistanu.) Stabilność, bezpieczeństwo i wszystko gra.

Autorzy uwag omijają kwestię wagi polskiej demokracji w tym stanie rzeczy, a nawet najbardziej rozhasana fantazja nie wdaje się w sugestie o istnieniu w Polsce jasno określonych ideami i pojęciami ugrupowań politycznych. Ale jakoś nie kłóci się to autorom prasowych zapień o narodowym szczęściu z ich wyceną sytuacji. Może naprawdę wierzą w to, że choć osoby i małe zespoły nie mogą istnieć bez planów, wariantów i perspektyw, to stowarzyszenie tak wielkie jak naród już tego nie potrzebuje?

Proszę wybaczyć trywialność mej obserwacji, chyba większości osób ona sama łatwo nasuwa się: ten wyraz przekonania o dobrej sytuacji narodowej to uzewnętrznienie ulgi, która zastąpiła obawy przy wchodzeniu do Unii. A ogrom Unii może oszołomić, pierwszy raz od wejścia do wspólnoty chrześcijańskiej następuje przyłączenie się naszego ludu do tak wielkiego projektu.

Tym razem nie jest konieczną likwidacja kapłanów dawnej wiary. Więcej powiem, zdumiewa to, że to oni są wśród najaktywniejszych neofitów epokowej odmiany. Więc może ktoś tam w Niemczech czy we Francji wykrzywi się na akces wschodniosłowiańskich pogan do wspaniałej Europy, ale w Kraju zaskoczyło to gładko i dlatego zaskoczyło mile dziennikarski lud.

Jak i przy wcześniejszym wprowadzaniu Kraju przez władzę (czyli przez Mieszka) na nowe tory, powody są praktyczne i wymierne. Ale nieco nieprzewidywalne. Technicznie rzecz ujmując, nie ma jak na przyszłość odgrodzić się od milionika czy dwóch Francuzów algerskiego pochodzenia, którzy zechcą pięć razy dziennie całować naszą ziemię, patrząc ku Mecce. Nasza jednorodność narodowa, czyli brak Ukraińców, Żydów i Niemców, którą wykazywał mi Wacek jako element polskiej szansy na przyszłość, może zostać zakłócona afrykańskimi przyśpiewkami.

Aha, ta jednorodność może by mi ukazywała swoją pozytywną stronę, gdybym nigdy nie pożył w Brazylii. Ale to doświadczenie zmienia odczucia i w jednorodności widzę więcej nudy niż obietnicy pokoju. Finowie ze swymi samobójczymi odruchami są całkiem jednorodni.

Wartością narodu nie jest spektrum DNA ale jego kultura, a ta kultura zawsze miała olbrzymi wkład otrzymany od wyżej wspomnianym i innych nacji.

Ale to są przydatki, a jeśli chodzi o cele, to …

No właśnie. Proszę państwa, niew ma celów przedłożonych naszej nacji. W zasadzie były trzy kierunki ruchu: ku Wschodowi, czyli przyjąć rolę nieco luźniejszej Białorusi czy Kazachstanu (kto wie czy nie mielibyśmy u nich lepiej niż Węgry u Franciszka Józefa), ku Niebu, do czego mocno nakłaniał Ojciec Rydzyk, albo ku Zachodowi, co właśnie niedawno nastąpiło.

Ale kierunek nie jest celem. Projekt narodowy nie może stanowić opisu przyjaciół i adwersarzy, ale idealny stan spraw. Taka choćby zasada z dawnych Chin: „szanuj staruszków” w większej mierze jest programem działań narodowych niż pomysł „będziemy mieli wspólną monetę”. Czy ktoś w tym Kraju w ostatnich 15 latach suwerenności i niepodległości słyszał jakie to grupy społeczne miały dostać priorytetowe traktowanie? W tym zakresie III Rp strasznie przegrywa w porównaniu z PRL-em, bo choć miał on zakłamane i nierealizowalne projekty, to jednak miał coś do przedstawienia dla publicznego podziwu.

Przydałyby mi się tu przyspieszone studia z ekonomicznej historii Polski. Niejasno mi błąka się coś o krainie miodem i mlekiem płynącej, która używała dróg wodnych do transportu aż do miast hanzeatyckich. Może w okresach odmiennych od takich jak za rządów ponurego mordercy Bolesława Chrobrego czy innych wzajemnie wyrzynających się książąt było na tych ziemiach nieco dobrobytu mniej znanego tam, gdzie wojny trwały po sto lat. Wysławiane często centralne położenie, na skrzyżowaniu szlaków, bardziej było cenione przez różne armie najeźdźców niż przez lud, któremu rekwirowano kury i krowy. A więc samo położenie nie gwarantuje szczęścia. Kraj nie nauczył się nigdy tej prostej prawdy, że nie istnieją wygrane wojny i wdawał się w przedziwne kombinacje, które rozniosły nas dalej niż to było nam na zdrowie. To prawda, że nie mieliśmy gospodarczej klęski obłąkanych Wypraw Krzyżowych, ale parę sensownie mówiących osób przekazało mi ongiś przekonanie, że to wojny szwedzkie były początkiem końca - a to przecież nasze awanturnictwo (i to o podłożu religijnym) pognało nas w owe strony.

Największą zasługę za to, że cały Kraj trzyma się jakoś dziś kupy ma Wielkopolska, ale nie znam ruchów narodowych oddających jej należną cześć. Wydaje mi się, że największym dla niej hołdem jest Prusowa filozofia z „Lalki”, ale z nieznanych mi przyczyn osadzona nie w Poznaniu a w Warszawie. Więc taką zwykłą pracowitość i higienę w zachodnim stylu mamy w średnim poważaniu i robimy wielkopańskie pozy przy ludziach mających skromne a wieloletnie projekty rozwoju. Czyli niemiecki cud z lat po zakończeniu WWII nie jest dla nas, bo co to za cud, jeśli trzeba długo i ciężko pracować. Nasze pojęcie cudu wymaga od Pana Boga, by zanadto nie zwlekał.

Nie potrafię opisać wszelkich szans, które stawały przed Polską. Nonsensem by było upieranie się, że z powodu okupacji i komunizmu takich szans nie było. Przypomnę jeden wariant, który sczezł i to krajowa głupota bardziej przyczyniła się do pochowania go niż złowrogie potworki moskiewskie. Myślę o nieistniejącym polskim Zagłębiu Komputerowym.

Układ zdarzeń, który miał w sobie wiele celowych działań i mało przypadku, sprawił, że w latach 60-tych zeszłego wieku Polska mogła stać się potęgą komputerową. Baza naukowa, tradycje uniwersyteckie, zespolenie techniki i nauki, wszystko to pozwalało oczekiwać wielkich zdarzeń. Niestety, na dużo mniejszych falach wyżej popłynęli wiernie kopiujący cudze wzorki Japończycy i Koreańczycy. Nawet pokryta śniegiem i alkoholizmem Finlandia wypłynęła na wielkie morza mocno obstawiając jeden jedyny aparacik elektroniczny.

Obecnie widzę smutne małpowanie cudzych gier (giełdowych i bankowych), których nie możemy wygrać, bo przyszliśmy za późno i mamy za mało żetonów. Widzę katastrofalne machnięcie ręką na chorych - szczególnie na parę milionów alkoholików. Widzę nastawienie do prawa, które bardzo szybko może przywieźć nas do poziomu mistrzów w tej konkurencji: Nigeryjczyków, Somalijczyków i Egipcjan. I co najgorsze, widzę dwa olbrzymie, gigantyczne zagrożenia na przyszłość, jedno wewnętrzne, drugie zewnętrzne.

Te dwa tematy zostawiam na przyszły wtorek, bo niemało słów trzeba tu dobrać, ale przedstawię je przed odejściem. Wróg wewnętrzny to absolutny brak godnych zaufania młodych elit. Wróg zewnętrzny to Putinowska Rosja, ta od Ochrany i KGB, która szydząc z historii Katynia wypowiedziała Polsce wojnę.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu