Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
myślnik i kropka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 89, 22/II/05

Koniec złego związku    (oraz errata)

Tak, znikłem w poprzedni wtorek. Pierwszy raz. I już dwukrotnie wtorkowy blok pojawił się w środę. A w dodatku pobłądziłem ostatnio tak, że bez sporej erraty przy końcu rozmowy nie obejdzie się. Gdybym był Japończykiem … nie, wolę nie myśleć o tym.

Więc przepraszam w rozluźniony ale poważny sposób jako brazylijski Polak i przejdźmy do tego co ważne. Bardzo ważne.

Tak, to bomba. Czy czytali o niej państwo na pierwszych stronach gazet z ostatnich dni? Podejrzewam, że nie, choć sprawa ma światowe znaczenie.

Rząd stanu São Paulo za jednym zamachem zwolnił 1751 funkcjonariuszy czterech oddziałów FEBEM.

Choć Fundação Estadual do Bem-Estar do Menor (Stanowa Fundacja Opieki Społecznej nad Młodocianymi) ma mile brzmiącą nazwę, jest to mało sympatyczna organizacja, po prostu poprawczaki. Splot interesów i braku zainteresowania przeróżnych grup instaluje tu rzeczywiste piekło. Cudowne prawa mówiące o obronie dzieciństwa i młodości sprawiają, że zadeklarowanemu mordercy niewiele można zrobić jeśli nie skończył jeszcze 18-tu lat. Dlatego tak często mordują młodych przestępców. (Zawsze część bezprawia jest wynikiem dopasowywania powszechnych przekonań o sprawiedliwości do systemu narzuconego przez oficjalnie przyjęte kodeksy.) Mniej groźnych biją i puszczają luzem. Groźniejszych, lub bardziej nieporadnych, czasami wykańcza się w jakimś zaułku, a czasami osadza się w FEBEM.

Poprawczak? To lekarstwo bardziej zakaźne od choroby. Bezustanne bunty, mordy wewnętrzne, grupowe ucieczki. Gdy przedobrzają z ucieczkami (jak przed miesiącem, gdy zdarzyła się w dwóch odległych od siebie oddziałach równocześnie) nieuchronne pojawia się podejrzenie o współdziałanie funkcjonariuszy. Odkrycie przez prokuraturę w jednym z oddziałów instrumentów tortur nie było szokiem - wiedza o zdziczeniu strażników była powszechna. Ale zeznania wychowanków (czyli młodych więźniów) zostały gładko odrzucone przez pewnego sędziego: „młodzi bandyci oskarżają ojców rodzin”. To wzruszające jak spłodzenie dziecka przez pracownika takiej instytucji czyni go godnym członkiem społeczeństwa.

Wydawało się, że koszmarowi nie będzie końca, że cyklicznie będą pojawiać się w tv reportaże ze zdjęciami z helikopterów, pokazujące grupy wychowanków palących na płaskich dachach swoje materace. I że bezustannie mieszkańcy sąsiadujących z oddziałami FEBEM domów będą bali się wyjść poza drzwi, bo ucieczki były nieodłączną częścią buntów.

Przypuszczam, że wyborcze zwycięstwo byłego kandytata na prezydenta, José Serra, który zdołał odebrać burmistrzowstwo tego gigantycznego miasta nieudolnej administracji rządowej Partii Pracowników, było kluczowe w umożliwieniu zmian. Wreszcie miasto i stan są rządzone przez tę samą grupę i na parę lat są zawieszone te najgorsze walki podjazdowe, podrzucanie świnek i sabotowanie projektów, czyli praktyka wielopartyjno-demokratyczna.

Rząd stanowy zlikwidował dawne stanowisko pracownika FEBEM i wprowadził dwa nowe rodzaje funkcji: strażnik i wychowawca. Strażnik nie ma bezpośredniego kontaktu z wychowankami. Wychowawca ma wyższe fachowe wykształcenie i nie używa broni.

Takie proste - a tyle nieszczęść, tyle śmierci musiało przedtem nastąpić, by wprowadzono to, co jest oczywiste.

Nie wiem co zrobią z nadmiarem wychowanków - zaczyna mówić się, że przy pewnych typach przestępstw nie jest sensowne utrzymywanie młodocianych w zamknięciu. Teoretycznie w stanie SP w każdym z czterech oddziałów miało być koło 150 wychowanków. Nie odszukałem danych o rzeczywistym stanie.

Oczywiście zwolnieni grożą strajkiem (? tego nie rozumiem) i procesem sądowym (to rozumiem; zdaje się nie brak sympatycznych im sędziów) i podnoszą rwetes o dyktaturze, groźbie prywatyzacji i nielegalności, bo wśród zwolnionych jest siedmiu działaczy związkowych. Nie mam dobrych typowań kto tu wygra. Duże interesy wchodzą w grę. Łatwo zwolnić młodego na noc, załatwia on robótkę i wraca przed świtem do poprawczaka. Jeden sędzia używający usług erotycznych paru wychowanków wystarczy, by strasznie zagmatwać grę, o ile proces wpadnie w takie ręce (a rąk takich - wnosząc z doniesień prasowych - wcale nie brakuje). Ale mam spore nadzieje na to, że ta rewolucja uda się.

Przede wszystkim, zabrali się do tego z głową. Ponad 1500 nowych strażników i prawie 700 nowych wychowawców odbywało staże już od miesiąca. Grupie 340 pracowników zaproponowali pozostanie w pracy, choć w zmienionych miejscach i z inną funkcją. Zadbali o prawne ramki, likwidujące jeden typ funkcji i wprowadzające inny. Przygotowują na lipiec selekcję nowej grupy pracowników poprzez publiczne egzaminy konkursowe (więc nie ma mowy o prywatyzacji). W godzinach 6:00 - 22:00 zezwalają na wolny dostęp organizacji kościelnych i poza-rządowych.

No i najważniejsze - są jednomyślni i działają jako drużyna. Jak wyjdzie, to oni zrobią na tym wielkie kariery polityczne, a system poprawczaków na całym świecie dostanie wzór i nadzieję, że można coś zrobić jeśli chce się.

Krótko mówiąc: przez dziesiątki lat ględzi się, że młodzież to największa wartość i jeśli przypadkiem zejdzie z równej drogi to należy przywrócić ją społeczeństwu - ale zachowuje się system więzienny ze skompromitowanymi strażnikami. Efekt jest przewidywalny.

Może politycy pewnego dnia dojrzą do zrozumienia, że gdy nie odbiera się dorosłym ról społecznych, łatwiej wychowają oni swoje dzieci dla życia w grupie, której sensowność jest dostrzegalna. Może przyhamują swój bieg do koryta (choć ostatnio włożyli do koryta dla posła federalnego równoważnik 7 tys. dolarów miesięcznie, plus wiele innych pomocy do życia w luksusie.) Może przypomną sobie, że duże problemy rozwiązuje się śmiałymi działaniami. Zobaczymy. Chwilowo cieszę się, że paru polityków w tym kraju stara się dowieść swej przynależności do gatunku homo sapiens.

Moment przejścia między systemami jest najtrudniejszy. Był przypadek skatowania jednego z wychowanków - widać na tym przykładzie jaki typ ludzi pracował tam dotychczas. Gdy zgromadzono wychowanków, by oznajmić im o zmianach, pewien funkcjonariusz, wiedząc, że zostanie zwolniony, dał grupie młodzików klucze do pokoju, gdzie chroniono pewnego chłopca, wyznaczanego przez nich na ofiarę.


Widząc to budzi się we mnie nadzieja, że może ktoś, gdzieś, kiedyś wprowadzi podobne zmiany - oczywiste i konieczne - także i w moim zawodzie. To nie za mojego zawodowego żywota, ale może ktoś, gdzieś, kiedyś …

Przez nieszczęśliwy splot historycznych przypadków stworzono system edukacji, w którym pedagog musi udawać, że jest strażnikiem. W takim systemie jest częstym i łatwym, że strażnicy udają, że są pedagogami. Ale w szkołach i na uniwersytetach próba odmiany jest trudniejsza. Tu nie widać dymu palonych sprzętów; szkody w mentalności ujawniają swoją rozległość dopiero po latach, a obyczaj wystawiania stopni jest tak powszechny i tak skojarzony z nauczaniem, że będzie broniony do ostatniej kropli sensu. Ale o tym za tydzień. Teraz, przed odejściem, muszę uprzątnąć to, co zabałaganiłem.

Errata

Mówiąc o Tuwimie niepotrzebnie wepchałem się na boczny tor słowami: A więc nie miał szans na Nobla. Oczywiście, że nie miał. Był wspaniały, ale literackiego Nobla nie dają za rozwijanie wrażliwości na walory mało znanych języków.

Jak dotąd, pół biedy. Powiedziałem coś mało istotnego, ale prawdziwego: nie miał szans. Niestety, nieco później wróciłem do wątku, zasupłując go z innym - przewijającej się przez całą jego twórczość obrony przed antysemitami. Zasugerowałem, że ogólnie panujący antysemityzm czynił nieprawdopodobną nagrodę Nobla dla Żyda przed WWII.

Dostałem za to spore cięgi od Jurka Kocika (tak, od prawdziwych przyjaciół dostaje się w biedzie) i słusznie. Przykro mi, że przez zaniedbanie ze sprawdzeniem realii spadła na niego praca, którą sam powinienem był wykonać. Otóż Jurek podaje listę 15 żydowskich noblistów sprzed roku 1940 i 5 innych z lat 1943-45. Do tego dorzuca 6 innych sprzed 1940 i 2 z lat 1943-45, którzy mieli jednego z rodziców Żyda. A więc moja sugestia jest całkiem bezsensowna.

Przepraszam państwa za wprowadzanie w błąd.

Jeśli ktoś ciekaw jest skąd mi tak poważnie odchylenie od tarczy, wyjaśniam, że w ostatnich latach czytałem kilkanaście życiorysów naukowców żydowskiego pochodzenia, żyjących w różnych demokratycznych krajach, których droga do posady uniwersyteckiej była bardzo utrudniona z powodu ich etni. Jak widać, wejście do instytucji mogło być znacznie trudniejsze, ale wewnątrz niej wyceny fachowców były nieporównalnie bardziej odporne na przesądy rasowe niż na poziomie ulicy.

Tak samo było i w Polsce. Z jednej strony było getto ławkowe i brutalne ataki w brunatnej prasie, ale z drugiej strony Samuel Dickstein już w 1915 r. został profesorem Uniwersytetu Warszawskiego - i piękny ciąg matematyków i logików, pracujących na uniwersytetach (Tarski, Steinhaus i wielu innych) świadczy, że nie było sztywnej bariery odgraniczającej Polaków z żydowskich rodzin od stanowisk i godności. A czy Alfred Tarski zdołałby dotrzeć do pozycji uniwersyteckiej zachowując nazwisko Teitelbaum, zostanie na zawsze przedmiotem domysłów.

Dołączam te uwagi, by wyjaśnić pochodzenie mego błędu, a nie dla pomniejszenia mojej winy.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu