Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
myślnik i kropka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 88, 9/II/05

Co ja mam z niego?

Tak, to słuszny domysł. Temat gadułki miał być podobny, ale odmienny. Chciałem powiedzieć: „Co my mamy z Tuwima?” Zmieniłem zamiar z dwóch powodów. Po pierwsze, użycie liczby mnogiej mogłoby sugerować, że mam się za krytyka literackiego. Po drugie, wyrażenie jest oczywistym nawiązaniem do prastarego dowcipu: „co my mamy z gęsi?” Nie wolno w ten sposób żartować z Tuwima. Wolno było jemu, gdy był młody i strasznie pyskaty, ale potem stężał, zastygł i zwieszczał.

Nawiasem, ciekawe skąd krytycy literaccy biorą pewność siebie. Jeden z nich napisał o Januszu Szpotańskim:

W twórczości nawiązywał do wzorów najświetniejszych: do Krasickiego, Fredry, Puszkina i Mickiewicza.

a ja muszę zastanawiać się o co chodzi z tym „nawiązywaniem”. Z Puszkina i Mickiewicza miewał długość a z Krasickiego uczestnictwo w biesiadach sław bliskich władzy?? Z Fredry to da się zrozumieć, ale czemu tych czterech nazwisk nie zastąpić jednym: Tuwim? A wydawałoby mi się to takie oczywiste. No, proszę zerknąć na te linijki:

Pod rząd łyknąwszy trzykroć sto gram,
Bagno wysunął nowy program,
w tym zaś programu leżał ogrom,
że to nie program był, a pogrom.

Lub inny cytat, także z „Towarzysza Szmaciaka”:

Za filozofa idąc radą,
nareszcie sobie to uświadom,
że Wolność właśnie tkwi w przymusie
i z entuzjazmem poddaj mu się.
By mogła zapanować Równość,
trzeba wpierw wdeptać wszystkich w gówno;
by człowiek był człowieka bratem,
trzeba go wpierw przećwiczyć batem;
wszystko mu także się odbierze,
by mógł własnością gardzić szczerze.

Państwo sądzą, że nie? Że co nie? Ale zamiast spierać się w kwestiach rymowalnych lecz słabo spieralnych, wycofam się cichutko, bo takim gadaniem wracam do zbyt ambitnego projektu mówienia o tym co mamy z Tuwima. Wracam do mojej norki czyli do mojego wnętrza i obiecuję utrzymać się wewnątrz tematu.

Opowiem o moich wewnętrznych doznaniach po przeczytaniu wiersza pt. „Spotkanie w roku 1952”. Narrator w pięciu zwrotkach opisuje nędzę przeszłych pokoleń swojej rozmówczyni po to, by w szóstej pozwolić jej dojść do głosu:

„A ty co? Ciągle jeszcze na tym skrawku ziemi?”
Podniosła piękną głowę na wysokość dziejów
I odrzekła, promienna, natchniona nadzieją:
„Ja - w Warszawie. Ja - pracę piszę. Z agrochemii.”

(Zgadł pan: pojechałem na tę agroturystykę z paru tomikami poezji.)

No tak … Można założyć, ze poeta Julian Tuwim robił jaja, ale kto o tym wiedział?

Nieuchronnie kojarzę to z wykładami pana Korcza. Nie mógł mieć w sobie cienia sympatii do komunistów - po paru latach strasznych łagrów. Przejąłem od niego wiele danych a niespodziewanych o dwudziestowiecznej historii Polski i pomagał mi zlepiać w sensowną, choć idiotyczną całość niezborne odłamki informacji i dezinformacji. Ale w publicznych wykładach, z których po części utrzymywał się, z równym entuzjazmem powtarzał partyjne brednie, które umiał w domu dokładnie zdemontować i wyszydzić. Trzeba było żyć … Zostawię temat tym szyitom, którzy dziś wiedzą wszystko i zostanę z poczuciem ulgi, że w 1952 miałem 9 lat i nie musiałem podejmować dorosłych decyzji. Chętnie myślę, ze zachowywałbym się godnie, ale skąd tu mieć pewność?

Wracam więc do dawniejszych wierszy, z dwudziestolecia międzywojennego. Ach, to ciekawe określenie. Gdy żyli w nim, nie wiedzieli, że to dwudziestolecie, ani że międzywojenne. A może wiedzieli? Przeczuwali? Czy to tylko mój dzisiejszy kolorowy filtr nałożony na stare zdjęcia?

Bardzo dokładne zdjęcia. Ale kto z Młodych Misiów wie, o co tu chodzi?

Wrzasnął dziadek: - Żono! Dzieci!
Przekonali mnie faceci!
Idę robić to, co trza!
Eia, eia, alala!
(To z wiersza „Eia, eia, alala!” z „Jarmarku rymów”.)

Groźne, warkliwe Heil Hitler! łatwo kojarzą Misie z miejscem i partią, ale pytanie o wesołe Eia, eia, alalá! wywaliłoby na maturze prawie wszystkich wykształconych młodzików.

A więc nie miał szans na Nobla. Nie był ponadczasowy. I był wulgarny i wściekły. I co mu z tego? Do nieśmiertelności nie idzie się z bazuką.

Więc moje dwie z Tuwima nauki: dopasowanie się do nowych czasów może ułatwić przeżycie ciała, ale szkodzi duszy. Oraz: gniew na rzeczywistość lepiej zachowuje smak i siłę gdy go przedestylować i wyrafinować. Gdy grozi eksplozja z oburzenia, zamiast dobierać najostrzejsze słowa muszę opanować dykcję, mówić wolniej i wyraźniej.

Wiem, że było to programem prawie niemożliwym. Mówię o Noblu dla niego? Jaki by tam był czy nie był z niego poeta, Nobel dla Żyda przed WWII? Tak (dzięki, Marku, za dane!), był Henri Bergson w 1927, ale to jednak filozof i to metafizyczny. Poeta mówiący o swoim pochodzeniu - to raczej nie mogłoby wówczas przejść.

No właśnie. Jego życie i pisanie to walka ze znakowaniem go niewidzialnym atramentem, czytelnym jednak dla wtajemniczonych: Żyd!

Choć częściej mowiono po domach: Żydek. Nie, nie pisano, a mówiono z małej litery: żydek.

Czyje to powiedzienie: najlepszym opisem głodu jest opis chleba? Zapis normalności jest przekazem jasnym i zrozumiałym przez wieki. Przez tysiąclecia. Tylko, że … trzeba jeszcze wiedzieć, co jest opisem normalności a nie futurystyczną fantazją. Myślę o tym, jak Osip Mandelsztam pisze o gwiazdach:

Mogą tak sobie błyszczeć bezustannie,
Bo w razie czego starczy pchnąć podanie -
I na pisanie, migotanie, lśnienie
Odnowią sobie zawsze pozwolenie.
(Wiersz bez tytułu z tomiku „Późne wiersze,”, str.23.)

Dopisek pod wierszem: Październik 1930. Rozbuchana choć chorobliwa fantazja poety, świat, w którym na istnienie gwiazd trzeba bumażki? Kochany Misiu, który tak to rozumie, nawet nie wyobrażasz sobie ile masz szczęścia mogąc czytać ten tekst jako grę słów i myśli.

I tu trzecia z Tuwima nauka: jego bezustanne borykanie się z antysemityzmem wyjaśnia mi skąd tyle kretynizmu w wolnym, internetowym słowie Trzeciej Rzeczpospolitej. To elementarne; zaledwie parę pokoleń dzieli nas od Tuwimowej młodości. Wymiana mentalności to nie wymiana żarówki.

Do którego z tekstów Tuwima najczęściej wracam? Bez wątpienia do „Czterowiersza na warsztacie”. Długo by tu wyliczać rozliczne nauki z tej 18-stronicowej lektury. Lekcja skromności. Wagi uwag czytelników. Niepodobieństwa podobnych języków. Poczucia humoru. Głębi podtekstów w krótkich tekstach. Krótko mówiąc: nauka, że c'est la vie.

A ostatni wątek wyrasta poza te rozważania. Zaczyna się on od urywka „Kwiatów polskich”:

Na statku mszę odprawiał szatan
(W dzieciństwie bies o takim pysku
Wyłaniał się z sennego czadu…).
A to był czarny arcybiskup
Z conradycznego Trynidadu.

O, co ja tu widzę? Mocne odczucia, szacowanie osoby na podstawie jej fizycznej odmienności? No tak, przecież Tuwim to Polak. To nie jego twór ale z jego czasów była plugawa idea Ligi Kolonialnej, by nam kupić Madagaskar na kolonię. Wychynąwszy po 125 latach nieistnienia, mieliśmy być znów od morza do… no, do Oceanu Indyjskiego. I mieliśmy mieć miłych Murzynków dla rozrywki.

Czy dopłynąwszy do Brazylii, widząc Czarnych wokół siebie, czy wtedy Tuwim zawstydził się swoich skojarzeń?

Nie, o „Murzynku Bambo” nie będę dziś mówił. Murzynek Bambo nie ucieknie, on świetnie siedzi w polskiej świadomości.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu