Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
myślnik i kropka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 86, 25/I/05

Nadchodząca fala (II)

Proszę państwa, delikatna to materia, instytucje charytatywne i filantropia i co nasza pomoc jest warta. Iluzje mają mecenatów i czynią dobrze dla naszych wnętrz, więc każde słowo może być obrazą i wezwaniem do ataku na przedstawiającego nieiluzyjne poglądy. Ale gdzieś musi człowiek zakatalogować tę informację, która doszła do mnie przed paru dekadami w formie autoreklamy i która wyznaczyła moje postawy w tej dziedzinie. Pewna organizacja, tak sławna wówczas jak i dzisiaj, obiecywała, że przy ich pośrednictwie ponad 50 centów z każdego przekazanego dolara dotrze bezpośrednio do potrzebujących go ofiar.

Nieuchronnie przyszło pytanie: jeśli to prawda, to ile dociera od innych, mniej sprawnych czy mniej rzetelnych organizacji? 40 centów? Może 20 albo nic?

To oczywiste, że każde działanie ma swój koszt. Przenieść towary na inny kontynent wychodzi za darmo tylko Supermanowi. Osoby działające przy rozdziale darowizn muszą żyć, a że są członkami rowiniętej cywilizacji, chcą żyć tak jak ludzie wokół nich - czemu mieliby głodować jak owi dalecy obdarowywani? Organizacyjne straty materialne są tak głęboko wbudowane w naszą codzienność, że w rzadkich momentach dotyka nas informacja: co? szóstą część ziaren ze spichlerzy zżerają myszy? trzecia część warzyw i jarzyn psuje się po drodze między polem a miejskim konsumentem? 400-kilowy byk daje nam tylko 2 kilo filé mignon?

Pojąłem sens reklamy ale ustawiło mnie to wewnętrznie inaczej niż owa Organizacja chciałaby tego. To nie miejsce ani czas na opowiadanie o tym czy dzieliłem się z bliźnimi dobrami ale tak to streszczę: jeśli było coś z przekazywania, to najchętniej na niewielkie odległości, na dobrze określone adresy, za pośrednictwem osób, którym ufałem. Wielkie organizacje? Jamais.

No dobrze, ale jeśli nie mam kontaktów porozrzucanych po świecie a dowiaduję się o dalekiej katastrofie i ludzki odruch każe mi dopomóc na miarę moich możliwości, co mogę zrobić?

Proszę państwa, rozwodnię moją odpowiedź wstępnymi uwagami, by zmniejszyć lub unicestwić jej szokujący kogoś wydźwięk. Otóż, czasami moje gadanie napotyka odzew o mojej „matematyczności” czy „matematycznej logiczności” i przyznaję, że nieźle mnie to rozeźla. Na ogół jest to argumentum ad hominem, gdy mówiąc o czymś nie stosuję zawodowych narzędzi czy rezultatów. Sugerowanie, że matematycy są bardziej logiczni niż mechanicy czy bibliotekarze uważam za przesąd utrzymywany bądź to przez splot kompleksów bądź przez osobliwe definicje „logiczności”.

Ale do pewnej sytuacji przy rozwiązywaniu problemów matematycy przywykli: musi być powiedziane w jakich warunkach i czego chce się, taki opis jest nieodzowną częścią problemu. Dlatego nie mówi się o „trysekcji kąta” ale o „trysekcji dowolnego kąta za pomocą cyrkla i linijki”. Trysekcję jakiegoś tam kąta (np. prostego) robi uczeń szkoły podstawowej w czasie przerwy. Trysekcję jakiegokolwiek kąta tworząc stożek czyli czapeczkę czarnoksiężnika wiele osób wymyśli na poczekaniu. Ale to są zupełnie inne problemy z miłymi rozwiązaniami. Natomiast grecki problem z cyrklem i linijką nie ma rozwiązania. I zwrot „rozwiązanie nie istnieje” dla matematyka nie jest obrazą osobistą czy zachętą do wytrwalszej pracy, jest zaledwie opisem rzeczywistości. I ten koncept, że można odpowiedzieć „nie ma” jest jednym z najważniejszych wkładów matematyki (czy logiki) do kultury zachodniego świata.

A więc, proszę państwa, na pytanie: „jak mogę pomóc dalekim ludom w godzinie katastrofy jeśli nie znam odpowiednich instytucji czy osób?” odpowiedź brzmi: nijak. Ten problem nie ma rozwiązania.

Łatwo wyobrażę sobie pełne oburzenia zarzuty o nieczułość i defetyzm a może i o marsjańskość a na pewno już o niechrześcijańskość. Proszę więc zwrócić uwagę na moje słowa a nie na czyjeś gotowe emocje. Odruch z wyciągnięciem sakiewki (czytaj: książeczki czekowej) i przekazywanie pieniędzy instytucjom, które oferują się pośredniczyć w doniesieniu ich do potrzebujących dokładnie tyle jest warte co wybranie kolejnego dwunastego przechodnia, wręczenie mu pieniędzy i polecenie: postaraj się, by to dotarło na Filipiny.

Głęboko humanistyczne i pitu-pituliczne gadanie „przecież coś musi się zrobić, zawsze będzie jakiś efekt” jest rozwiązaniem zupełnie innego problemu. Może być on tak opisany: „co powinienem zrobić w chwili odległej katastrofy, by pozbyć się moralnego kaca spowodowanego wieloletnią obojętnością względem bliskich?” Kto wie, może przy jakimś działaniu nawet i potrzebujący (choć zupełnie inni niż ci, o których myślimy) coś na tym skorzystają.

Dotychczas uzbierano ponad sześć miliardów dolarów dla tych, co przeżyli Falę. Za każdym razem gdy ujrzą państwo wysłannika z naszego świata wręczającego w wykwieconej sali ichniemu ministrowi czek na parę milionów i tv skupi się na uścisku dłoni, proszę przypomnieć sobie, że ów minister jest od ściskania dłoni i ludu na swoim terenie, że na ten teren nie wpuści naszego wysłannika, bo to by była utrata jego suwerenności, a nawet gdyby wpuścił to przecież sztuka budowy potiomkinowskich wiosek bardzo się rozwinęła w ostatnich dwustu latach.

A ten minister i jego prezydent tak kochają swój lud, że rozdzierają go na pół ciągnąc z przeciwnych stron z wrogimi „bojownikami o wolność” i jeśli lud zanikł wraz ze swoimi chatynkami pod Falą to także dlatego, że jedyne prawdziwe domy w tamtych okolicach to hotele dla turystów i pałacyki dla spowinowaconych z władzą. Oczywiście, w wytwornej willi też można było zginąć, ale większość tych, co zanikli ani willi ani domów nie mieli.

W wielu krajach będą mieli delikatny problem rozdania wśród swoich tych miliardów. Narośnie fala denuncji i oburzenia, ale spodziewam się, że zachodnie rządy przygotują się na nią i tak jak zawsze to czyniły (np. z miliardowymi podarkami dla komunistycznych satrapów) delikatnie ją wyciszą nim dotrze ona do hojnych a wykołowanych społeczeństw.

Tym z państwa, co powiedzą: „w obliczu tragedii pojawi się u rządzących odruch współczucia i odpowiedzialności” ukłonię się nisko, bo spektakl szlachetności zawsze zasługuje na aplauz, ale odpowiadać nie będę, bo szkoda czasu. Jeśli ktoś życiem swoim zahaczył o XX wiek i nie zrozumiał wiele z przykładów tak odległych przestrzennie jak Chin, Angoli czy Kolumbii, to widać rozumienie nie jest jego najważniejszą potrzebą.

Zakończę paru migawkami z przeszłości. Rok 1983, stan brazylijski Święta Katarzyna. Dwa wieki wyrąbu lasów (Mata Atlántica nie pokrywa już 70% lecz 15% powierzchni) zrobiły swoje. Gwałtowne deszcze pokrywają jedną trzecią stanu i tym razem dotyka to też bogatego miasta Blumenau. Wieżowiec w centrum pokryty do połowy, więc zdjęcia idą w świat i robią wrażenie. Małe lotnisko zasypane jest darami.

Zatrzymam się na chwilkę na Uniwersytecie. Jesteśmy na nim z moim przyjacielem Paulem od paru dni. Widząc co się dzieje Paul (ma w domu podręczniki Zrób to sam do absolutnie wszystkiego) przywozi do rektoratu dwa 20-litrowe gary z mlekiem z soi. Gary i soję kupił poprzedniego dnia, całą noc wyciskał i podgotowywał nasionka. Już uprzednio to robił na małą skalę. W audiencji proponuje rektorowi, że uruchomi przy mininalnych kosztach własnych i przy pomocy ochotników produkcję kilkuset litrów mleka dziennie dla pościąganych do hal sportowych i niezalanych szkół rodzin, mających domy pokryte wodą.

Rektor jest bardzo poruszony ale zapewnia Paula, że to całkiem zbędne, bo w porannych kontaktach telefonicznych z Brasílią ustalono pomoc Ministerstwa Rolnictwa; maszyna do wyrobu mleka z soi już jest w drodze i nie ma potrzeby na rozpraszanie energii na tych kilkaset litrów.

Oczywiście gówno prawda. Nigdy taka maszyna nie była słana do Floripy (jedyne lotnisko w okolicy, gdzie dawało się wylądować) i najprzypuszczalniej mleko z nocnej krowy od Paula czyli jego durszlaka poszło do zlewu. Czemu? To chyba proste. Nie będzie się tu ten gringo mówiący z ostrym akcentem mieszał w nasze brazylijskie sprawy. Jeszcze jakiś dziennikarz zauważy, że to nie rektorat a świeżo zatrudniony matematyk chce pomagać naszym poszkodowanym.

Przenieśmy się na lotnisko. Hale są zawalone darami, trzeba to selekcjonować. Potężna robota. Rozgłośnie radiowe ślą apel do mieszkańców bliskich lotniska dzielnic: pomóżcie! Lud wali z pomocą. Kilkaset osób dzień i noc pracuje - zawsze używając tego samego modelu: o, jaka fajna bluza! Ochotnik świąga swój ciuch, wrzuca go na stertę i już nieco lepiej ogrzany poświęca się przez jeszcze parę godzin dla ludu. Nigdy biedne domostwa tej części Floripy nie miały tylu ślicznych lalek, bluz, spodni …

Solidarność międzyludzka? Jeśli nie ma jej na codzień to niby skąd ma się wziąć w chwili katastrofy? Proszę nie przeoczyć tego drobiazgu: biedni a niezalani pomagali w sortowaniu darów dla niebiednych ale zalanych.

Ofiary w ludziach? Rzekami - a raczej wielokilometrową rzeką, w którą zamienił się stan - płynęły chatynki, zwłoki krów, meble. Ale gubernator - ten co zawsze - zapewniał w telewizji: straty materialne - olbrzymie! Ofiary w ludziach? Prawie żadne. Cztery czy pięć osób.

Znajomi z interioru sugerowali, że parę tysięcy. Czemu nie było o nich mowy? Czemu mieli odejść tak niezauważalnie jak żyli, przylepieni do brzegów rzek? A co, miał gubernator ryzykować interwencję federalną?

Jednym z najhojniejszych dawców były Niemcy - wówczas były to Niemcy Zachodnie. To ich pobratymcy zaludniali zalaną obecnie Dolinę Itajaí. Niemcy i Włosi. Więc Włosi posłali mnóstwo obszernych namiotów. A Niemcy - wśród wielu innych darów - ponad trzydzieści tysięcy koców.

Do potrzebujących dotarły koce pospolite, wojłokowe. Aż dziwne, że takie coś wysyłano przez Atlantyk. A o namiotach nikt nigdy więcej nie słyszał. No oczywiście, że zajmowały się usprawnieniem pracy duże organizacje, mające duże samochody i dużo siły roboczej, która wcale nie narzekała, że miała nieco odmienną pracę … Ach, co ja wygaduję. Nawet po 22 latach lepiej nie wdawać się zbyt głęboko w szczegóły.

Uwielbiam rządowe i duże organizacje. Szczególnie te przepojone duchem charytatywnym.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu