Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
myślnik i kropka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 85, 18/I/05

Nadchodząca fala (I)

Gdy zaczynało być jasne, że rząd USA stawał bez wahań po stronie Kosowarów i zbierał się do pierwszej (niewypowiedzianej oficjalnie) wojny przeciw Słowianom, zapytałem mego przyjaciela Waldira czym tłumaczył taki wybór opcji. Wiedziałem o pochodzeniu pani Allbright i o zainteresowaniu USA ową stroną świata, ale to nie wyjaśniało czemu ichnie społeczeństwo tak przychylnie przyjęło tę walkę o pokój. Waldir spytał mnie czy widziałem w telewizji cierpienie ludności albańskiej. Cierpieli z odległości półmetrowej, a włosy mieli płowe oraz niebieskie oczy. No tak, to całkiem inna sprawa niż wysuszone sylwetki w Sudanie czy Kongo, gdzie rysów nie dostrzeże się bez specjalnego oświetlenia a wyraz twarzy jest obcy i nieco niepokojący.

Skierowanie naszej kultury na wizualne tory i handlowe podejście do piątku i świątku wyznacza społeczne reakcje. Białozębny kandydat prezydencki, radosna dziewoja przy proszku do prania, imponująca fryzura wygadanej dziennikarki to dzisiejsze jelenie na rykowisku. Są wszędzie i uczą czuć i istnieć.

Wyceny są zgodne i łatwe do bankowego sprawdzenia: żadna katastrofa nie przyniosła tak szybko i tak wiele z dalekich stron jak azjatycka fala morska z końca 2004 roku. Co nagłe i gwałtowne zawsze niosło fascynację, ale tym razem szok wizualny otworzył serca i sakiewki. Zbiurokratyzowane agencje rozlicznych rządów, odpalające w pierwszych dniach obyczajowy milion czy dwa, zostały szybko przymuszone do wielokrotnego przebicia, nie prowokując tym pytań „a kto za to zapłaci?”

Katastrofa wstrząsnęła Światem dużo silniej niż wojny w Biafrze i Bangladeszu, rządowe a masowe mordy w Chinach i Burundi, dziesiątki lat życia w strachu przed wojskiem i powstańcami w Kolumbii, Sri Lance, Angoli czy Sudanie. Morze nigdy nie było tylko morzem. Zawsze było metaforą. A teraz wdzierało się do kamer zachodnich turystów, niweczyło prześliczne trawniki i baseny, zamieniało Raj w Otchłań.

Powiedzą mi państwo: „niezbadane są rytmy naszych serc. Nieważne jak i czemu zrodziła się empatia. Ważne, że przyszła w stosownej dozie i prędkości.” Tak, to prawda. Ale niecała prawda. Jest i inna jej część, która może być ważniejsza dla przyszłości. Bowiem z katastrof można wyciągnąć wnioski techniczne, ale nie etyczne. A nasze reakcje na katastrofy to - niestety, niestety - olbrzymi materiał do przemyślenia na temat naszej natury.

Nie chodzi mi o roznoszące się w Internecie w pierwszych dniach fałszywe wieści „dla hecy” o śmierci nazwanych z nazwiska turystów czy fałszywe adresy zbiórki pieniędzy. Dziś odpady społeczne umieją pisać i nawet w więzieniach mają dostęp do Internetu. To taka sama grupa jak spece od pornografii dziecięcej, dokładająca roboty policyjnej a nie refleksji o społeczeństwie. Myślę o zjawiskach, w których zło nie jest tak jawnie wyizolowane i kto wie czy uświadomione w pełni przez biorących w nich udział.

Niezbyt istotny, ale niesmaczny i charakterystyczny epizod to setki relacji turystów, co „cudem” uniknęli nieszczęścia. Cud polegał na tym, że mogli być na wybrzeżu a pojechali 300 km w głąb kraju. Albo byli na pełnym morzu, gdzie fale spowodowały trochę silniejsze wymioty. Co w tym charakterystycznego? Ano to, że jak przerażające by nie było tło, zawsze da się wykorzystać dla zarejestrowania własnych min i póz. W takich relacjach „byłem i przeżyłem” nieprzyzwoicie rozpycha się słowo „ja”. Może być to cielsko ustrzelonego słonia, zburzone miasto, płonąca lawa - wszystko służy jako kanwa panoramy „Ja Zwycięzca”.

Z tego samego źródła są inicjatywy uszczęśliwiaczy ludów, co ładują się do samolotu i lecą, by pomagać. W plecaku zeszyt do notatek, które gdzieś użyje się, co najmniej dla wzruszenia rodziny, a w głowie - no coż, w głowie żadnych specyficznych zdolności, które mogłyby być użyteczne. Oczywiści, kopanie masowych grobów nie jest w planach. Chodzi o pomaganie żywym, nie o darmową pracę grabarza.

Wzruszały też telewizyjne opowieści o psychologach lecących z pomocą dla zszokowanej ludności. Dzieci, które boją się snu, tak, trzeba im pomóc. Zdjęcie miłej pani psycholog gładzącej twarz dziecka.

Sąsiad też mógłby je pogłaskać. Miałby przewagę, umiałby wymówić imię dziecka.

Może moje opóźnienie z tymi uwagami o jeden tydzień ułatwi mi rozmowę, może moje uwagi nie wydadzą się tak obrzydliwie bezzasadne. Zaczynają pojawiać się kompetente głosy, że w tej fali pomocy jest wiele niepokojących elementów. Przed paru dniami pojawił się wywiad z Rony Brauman (Lekarze bez Granic), mówiącym jasno i niedwuznacznie:

[...] ryzyko epidemii, o którym trąbiła Światowa Organizacja Zdrowia jest znikome [...] chciała się znaleźć w centrum uwagi. Świetnie wie, że po katastrofach naturalnych nie było nigdy epidemii, jeśli w danym regionie nie było jej wcześniej. A na alarm bije zawsze.

Czy mają państwo jakieś skojarzenia z owymi specjalistami od taniego pożywienia, którzy znienacka zasypywali prasę raportami Tania żywność a wirus HIV, gdy świat uświadomił sobie wymiar epidemii AIDS? Każde wielkie nieszczęście służy za tło, jeśli ego jest dostatecznie duże.

Ale to tylko lekki wiaterek, zapowiadający wielką nadchodzącą falę. To, co przyjdzie w następnych miesiącach może być zbyt wielkie nawet dla dobrze rozwiniętej przez światową tv światowej hipokryzji. Są miliardy dolarów? A więc pojawią się tysiące hien, i nie będą to jedynie szeregowe, mało ważne hienki.

Możni tego świata nie są naiwni. Wiedzą o tym. Podano w tv, że Prezydent Bush przykazuje firmie od rachunkowości detaliczne sprawdzanie rozchodzenia się dotacji. Gdy słyszałem o jego decyzji, natychmiast pomyślałem o wielkiej i doświadczonej firmie, która wykazała już swoje kompetencje w aferze z Enron. Zdaje się nastąpił telepatyczny przekaz myśli, bowiem okazało się, że to firma z moich myśli została wytypowana do kontroli finansów w świecie, którego jeszcze z bliska nie zna, ale którym szczegółowo zajmie się.

„W którą stronę zmierzasz z twoimi uwagami?” - spyta ktoś z państwa. Dłuższe to opowiadanie, więc dziś zasygnalizuję jedynie kierunek. Proszę państwa, nie jest to miła historia, jak wiele historii o filantropii i pomocy ofiarom jest niemiłych w szczegółach. Ale czego miłego można spodziewać się w świecie, w którym Pierwsze Damy są automatycznie Głównymi Specjalistkami od Filantropii? Bardzo bym chciał, by Pierwsze Damy nie kalały rączek pieniążkami z funduszów społecznych, ale to nie ja a Pierwsi Mężowie decydują o tym...

Proszę więc spodziewać się niebudujących a opóźnionych o 21 lat relacji z wielkiej akcji filantropijnej po makabrycznej powodzi, która pokryła w 1983 roku jedną trzecią stanu Santa Catarina. Niestety, nie tracą państwo niczego czekając na cd.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu