Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
myślnik i kropka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 84, 21/XII/04

O wyższości śnieżnych płatków

Proszę państwa, parę dni przed Wigilią należy poruszać (i to delikatnie) tematy niekłujące i zwiewne jak śnieżne płatki. Ale moje ostatnie spotkanie ze śniegiem było prawie 27 lat temu, więc nie bardzo mi śnieg w głowie czy na głowie. Może dlatego łatwiej mi gawędzić o sprawach przyciężkich. Dlatego poopowiadam coś o jednej sprawie, która z pewną częstotliwością stuka mi do drzwi. Ale gdyby ode mnie to zależało, już dawno bym o niej zapomniał.

Kwestia w czymś innym niż bycie wierzącym.

„Co to za koślawy polski?” - powie ktoś z państwa - „jeśli ktoś nie jest wierzący to po polsku mówi się, że jest niewierzący!” No właśnie. Już przy tym przymiotniku zaczynają się kłopoty. Ten ołówek jest brązowy, a inne są niebrązowe. Wcale nie wygląda mi to sensownie.

Przepraszam, jeśli staję się nadmiernie filozoficzno-językowy dla kogoś (albo niedostatecznie filozoficzny czy lingwistyczny dla kogoś innego) ale przez wzruszenie ramionami nad czyjąś kwestią jestem wmuszony w nie-moją anty-kwestię.

I w zasadzie tu już powiedziałem wszystko i mógłbym uznać temat za wyczerpany, ale ktoś może poczuć się urażony, że tak krótka dziś rozmowa i nie warto było jechać do miasta rowerem z Przylepu tylko na trzy minuty. Więc trochę tu powyjaśniam skąd mi się to wzięło.

Po części to przez Daniela. To mój siostrzeniec. Nie tylko dał mi linkę to tych wywodów Jacka Kuronia o religii, ale także chciał, żebym powiedział coś mądrego na taki temat:

[...] chodzi mi przede wszystkim o wielopłaszczyznowe podejście do zagadnienia braku istnienia, w szczególnym kontekście własnej świadomości, gdyż od czasu do czasu znikąd dotyka mnie strach paraliżujący przed zbliżającym się gdzieś tam daleko, daleko stanem nieistnienia mojej własnej świadomości (innych również, ale zanim zrozumiem to co na zewnątrz, chcę rozeznać się trochę we wnętrzu). Domyślam się, że jeszcze nikt nie zdolał takiego stanu samodzielnie doświadczyć i opisać, ale może jakieś domysły?

Prawdę mówiąc, Dan nie napisał mi „powiedz coś mądrego” - to mój domysł, że na głupim czymś nie zależy mu. Ładnie wyraził kwestię i doceniam jej głębię ale on nie docenia mojej płytkości. Mając prawie trzy razy więcej lat niż on całkiem dobrze rozumiem co to znaczy „przeminąć”, ale chyba trzydzieści razy mniej niż jego zajmuje mnie to. Wcale nie dlatego bym oczekiwał jakiegoś rodzaju nieśmiertelności. Wręcz odwrotnie, gdy przypominam sobie co mówiła Baśka o robocie z uprzątnięciem nieskończonej ilości papierków pozostawionych przez naszą Matkę, przygotowuję się po trosze na ułatwienie życia mojej rodzinie i wyrzucam powoli te stosy makulatury zalegające szafy. (Vanildzie pójdzie to dużo szybciej, bo po polsku zna tylko parę słów, ale to dodatkowa niemiła praca.) Nie, nie mam obsesji śmierci - ale kiedy by nie miała przyjść, za rok czy za trzydzieści lat, nieźle jest pomyślawszy o niej zmniejszyć biurkowy bałagan.

I tylko tyle moich o odejściu refleksji. Nie mam skowytu wewnętrznego. Jeśli moja chemia nie zostanie na ostatku brutalnie zniszczona to nie będzie najmniejszej szansy na moje spóźnione wołanie o księdza. Tak jak większość istot rozumnych (? hmm, czy to wypada publicznie tak o sobie mówić?) myślę, że jestem śliczny i niepowtarzalny, ale nie wyciągam stąd wniosku, że nie powinienem się skończyć albo że świat okropnie na moim odejściu straci. Więc rozczaruję Daniela, bo nic nie mam do powiedzenia o pustce. Ani o przedpustce.

Co do Kuronia, obruszyłem się nieco gdy po jego zgonie ktoś w dobrej wierze rzekł „świeć Panie nad jego duszą”. Myślałem sobie: ile by człowiek nie mówił, że nie jest wierzący, to narzucą mu cudze kategorie myślenia. Ale po przeczytaniu (nieuważnie, przyznam) tego wywiadu, który mi Dan zasygnalizował, doszedłem do wniosku, że nie miałem racji. Nie wiem w końcu jaki Kuroń był, wierzący czy niewierzący, ale jeśli ów wywiad traktować serio (no a czemu by nie?) to owe kwestie były mu bardzo istotne, czyli był wewnątrz tematyki. I jego podejście nie nadaje się do opisu mojego nastawienia, bo we mnie jest dostateczna doza obojętności, bym nawet tego wywiadu nie zdołał przeczytać uważnie. Oczywiście, może to być interpretowane jako brak rozsądku czy inteligencji. Takie klasyfikacje też są mi obojętne.

Pierwszy raz jako „niewierzący” zadeklarowałem się mając 16 lat. Później nastawienia nie zmieniłem, choć różnie je określałem - czasami z powodu lektur, czasami by być sympatyczny dla rozmówcy. Chyba nawet używałem wyrażenia „agnostyk”, by zasygnalizować, że nie jadam żywcem wierzących. Ale kiedyś słysząc to słowo zerknąłem do słownika i zrozumiałem, że nie rozumiem o czym tu się mówi i przestałem go używać. („Agnostycyzm - pogląd filozoficzny negujący całkowicie lub częściowo możliwość poznania obiektywnej rzeczywistości”.) Zijajuszczije wysoty.

Wróciłem do myślenia o kwestii i o zwrocie gdy w pewnej dyskusji ludzie pooznaczali się etykietkami, a ja chciałbym być nieoznakowany, bo to jak kibicowanie gdy nic się nie pojmuje w tym baseballu i cała rozgrywka nudzi. Ale mówiono mądrze i odesłano mnie do witryny internetowej, gdzie było wszystko o agnostykach.

No i zdębiałem. Proszę państwa, to była Biblia angostyka. To nie moja nazwa - autor witryny tak określał swoje dzieło. Stało tam co, jak i gdzie agnostyk powinien myśleć, jak powinien reagować na takie i inne argumenty i jak powinien zwalczać różne manifestacje religijne. Nie odwaliłem orła, bo widać nie przyszła moja godzina.

Gdyby mi była potrzebna Biblia, to raczej pozostałbym przy oryginalnej. Powiedzmy: dużo ona barwniejsza i więcej talentów uczestniczyło w jej składaniu i komentowaniu.

Ale całe to nastawienie jest nieco obłąkane. Tak wywiadujący się „jak nie wierzysz to w co wierzysz?” jak dostarczający amunicji przeciw bogom, klechom i wierzącym (a kto im powiedział, że mi w głowie strzelanie?) są tak upaćkani filozofiami i nastawieniami, że mi opadają ręce i słowa.

Pozbieram słowa do kupy, bo może to komuś przyda się. Ale proszę zauważyć, że nie jestem misjonarzem jakiejkolwiek postawy, nie doręczam amunicji i dość mi obojętne czy ludzi myślących jak ja jest dużo, średnio czy mało.

Jesteśmy wierzącymi w to czy tamto najczęściej dlatego, że w rodzimy się w tym czy tamtym regionie. W moim regionie regułą był katolicyzm. Dostajemy zestaw pojęć do jednoczesnego przyjęcia i bardzo są odmienne nastawienia gdy rodzi się indywidualna niezgoda na któryś z jego elementów. Zestaw jest rzekomo jednolity ale niewielu ze znanych mi katolików przyjmuje go w całości. Uprawiają dostosowane do własnych pojęć wersje katolicyzmu, wystarczająco podobne do siebie, by można było mówić o Kościele jako zbiorowości wierzących.

Czasami zwątpienie w kawałek zestawu z powodu podania go w nierozdzielnej całości prowadzi do całościowego odrzucenia. To przypadek takich jak ja. Ale to odrzucenie pewnego systemu wierzeń i nakazów, a nie efekt głębokich studiów nad znaczeniem kilkunastu pojęć. Wątpię, czy są liczne przypadki, że ktoś wychowuje się w pewnej religii, wdaje się w filozoficzne rozważania nad tym co oznacza X czy Y i pewnego dnia oznajmia „zostanę niewierzącym”. Po prostu, ten system został odrzucony i może przez rozszerzenie wytwarza się nastawienie u niektórych „inne podobne systemy też odrzucę”, ale dla całkiem sporej ilości osób inaczej to działa - przenoszą swoje zaufanie i nadzieję na inny zespół wierzeń.

Wątpię także w możliwość odwrotnej czysto intelektualnej dróżki: tak ktoś dowodem istnienia Boga się zafascynował, że przystąpił do chrztu i pierwszej komunii. Dojście do przekonania, że jakieś zewnętrzne siły nami kierują, nijak się ma np. do przyjęcia zasady Extra ecclesia nulla salus. Łatwiej takie teoretyczne peregrynacje doprowadzą do wysłanników z Aldebarana. Ale najczęściej widzę, że skrótem prowadzącym do jednego z licznych tu Kościołów jest choroba, strach, bezradność, nieszczęście wśród bliskich. Nastawienia uczuciowe, a nie rozumowe.

Wśród tych, którzy bardziej oddalają się od dawnych prawd, niektórzy dość intensywnie rozprawiają się z tym, w co wierzyli - i to też jest nastawienie uczuciowe, a nie rozumowe. Gdzieś już wspominałem, że za młodu czytałem z wielkich szacunkiem prawie wszystko Bertranda Russella, ale rozprawka „Dlaczego nie jestem chrześcijaninem”, wydała mi się przygłupia. Inni czynią walkę z wiarą celem swojego życia - i wyniki podobne do wielotomowej „Kryminalnej Historii Chrześcijaństwa” mam za potworną stratę czasu. (Mówię tak o pisaniu jak i o studiowaniu tego.) I sądzę, że jest sporo takich jak ja, którzy w gruncie rzeczy są głęboko obojętni na całą tę kwestię. Jeden system odrzucili, podobnego nie przyjmą, odmienne są zbyt egzotyczne by było w nich coś pociągającego.

Częste wymagania, by dowieść tego czy tamtego (na przykład nieistnienia Boga) to okropne kaczany. Skoro pracujący nad tym przez długie lata filozofowie nie radzili sobie z dowiedzeniem czegokolwiek w tę czy w tamtą stronę, to czemu niby ja musiałbym mieć gotowy do przedstawienia argument? Nawiasem, z tych wysiłków filozofów wziął się pomysł George'a Boole'a z rachunkiem zdań, który miał dopomóc w sprawdzaniu sensu dowodów istnienia i nieistnienia Boga. Pomysł przydał się bardzo w logice, matematyce i informatyce.

Współżyłem już z wierzącymi i z niewierzącymi. Z mądrymi i z niemądrymi. Jak dotychczas, nie zauważyłem jasnego związku między tymi kategoriami. Kwestie wiary nigdy nie wyznaczały mi jakości czy wartości kontaktów w domu czy w pracy. Jedyne konflikty, przy których bardzo ostro reaguję, to próby sugerowania, że jako taki co nie wierzy, jestem skazany na niemoralność, nieetyczność i przez to nie ma potrzeby poważnie mnie traktować.

Niemiłe jest gdy stukają mi do drzwi i przynoszą Słowo z Zaświatów a wcale o wizytę nie prosiłem. Tym to gorsze, że przybysze nie mają kropli zainteresowania tym co wiem i co myślę - jestem im jedynie wazą, do której muszą wlać swoje prawdy. Przez nieznane mi psychologiczne prawa są im one bardziej prawdziwe niż czyjekolwiek inne. Może nawet nie dopuszczają myśli, że inne myśli istnieją. Ale to w końcu nie jest takie rzadkie i w innych dziedzinach życia. Na przykład, młody zwolennik zespołu „Skunksy” ma za durni albo głuchych takich co owego zespołu nie znoszą. Tak jesteśmy skonstruowani, że gdy w coś głębiej wdajemy się, ślepniemy na istnienie reszty świata. No i młodziki muszą mieć jakiś natychmiastowy i solidny dowód, że są więcej ode mnie warci.

Więc dość obojętnie widzę te pouczanie mnie i traktowanie mnie z góry. Czasem śmiać chce mi się, gdy ktoś oznajmi o odkryciu gena religijności. Znaczy więc, że tacy jak ja nie są religijni, bo im jednego gena brak. Gdybyż to była osłodzona pigułka, że tacy jak jak mają o jednego gena więcej niż inni, gena bezbożności - ale gdzie tam. Trzeba mnie genetycznie ustawić w pośledniejszej pozycji. Oby wizytujący mnie misjonarze dowiedzieli się o tym - nie będą marnować ze mną czasu. A może swoim przekonaniem gena mi dorobią?

Ale i na geny obojętna zgoda. Na niemoralność czy nieetyczność zgody nie będzie. Nie tylko wątpię w istnienie związków między przyjmowaniem nastawień filozoficznych a etycznych, ale także nie zdołałem nigdy zaobserwować przypadku, by po odejściu od wiary u kogoś nastąpiło zjawisko „hulaj dusza, Boga nie ma”. Owszem, w innej kolejności niekiedy można to ujrzeć: postępowanie osobnika tak bardzo kłóci się z jego oficjalnie wyznawanymi regułami, że z jednej z tych spraw w końcu rezygnuje.

Jeśli zdołałem wyjaśnić czemu biblii niewierzenia nie napiszę, to świetnie. Jeśli wielu wątków (np. obustronnego oszołomstwa) nie rozwinąłem, to też świetnie, bo zapchałoby to słoną watą całą Wirtualnię aż do Nowego Roku. Zabrakłoby miejsca na Sylwestra, a bez niego nie może przyjść styczeń. A my mamy zobaczyć się 11-go stycznia, więc musiałem zatrzymać się gdzieś.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu