Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
myślnik i kropka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 82, 7/XII/04

W zbliżeniu widma nie są widmami

Odwieczny kłopot, proszę państwa, napotykany przez narratorów wielkich zdarzeń. Jeśli opowiedzieć je w skrócie to przez zmianę skali stają się wybladłe i nieważne. Ale jeśli starać się epicko je przekazać to słuchacz zasypia a narrator pojmując wielkość i wagę tematu załamuje się w pół słowa i bełkocze coś o hałaśliwej historii opowiadanej przez idiotę. Więc w gruncie rzeczy podejście owego obywatela USA spotkanego w Paryżu przed prawie 30 laty było wzorem praktycznego działania: skoro mamy jeszcze prawie 10 minut to mi opowiedz wszystko o komunizmie.

Opowiem państwu wszystko czyli conieco o Brazylii w paru tysiącach bajtów a potem grzecznie powiem até logo i pójdziemy kupować choinki.

Aż za często muszę tu upraszczać, więc proszę, by państwo nie upraszczali: brazylijscy wojskowi, którzy zrobili pucz nie byli dzikusami i idiotami. Niewiele jest podobieństw między typowym latyno-amerykańskim pajacem w operetkowym mundurze a brazylijskim wojskowym. Ale tym razem wmanewrowali się w bardzo niechlubną rolę. Pomaszerowali ze sztandarami i hasłami ku władzy, do której nie mieli przygotowania i do Sezamu, z którego nie umieli korzystać. Gdy biedak z nocy na dzień wzbogaci się, dokąd pojedzie, do Luwru? Jasne, że nie, kupi bilet do Disneyland.

Opowiadał mi Sidney Greenfield, antropolog badający w Brazylii rozprzestrzenianie się kultów religijnych w aglomeracjach miejskich (wówczas nie był jeszcze Fulbright scholar, zaledwie zaczynał naukową karierę): przy zmianie samolotu w Miami niezadługo po puczu, zaszokowała go ilość Brazylijczyków spędzających tam krocie. To byla rozpusta zakupów (shopping spree) i przecież nie takie miało być przeznaczenie miliardowych pożyczek danych nowemu rządowi brazylijskiemu. Tak przynajmniej pomyślał młody naukowiec i odpalił raport do Departamentu Stanu czyli do ichniego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ale gdy odpowiedź nie pojawiała się a w Brazylii widział jak i komu owe pieniądze przyczyniają się do dobrobytu, pogłębił swoje refleksje i musiał zmienić swoje poglądy na wiele zjawisk ze światowej polityki.

Ciekaw jestem czy istnieją studia badające (istniejące lub nie) przesunięcie w fazie pożyczek dla trzeciego świata i rozwoju budowlanego i handlowego na Florydzie i w paru innych Stanach.

Zjawisko z 90-tych lat z USA i Europy nieopanowanego bogacenia się bardzo bogatych i stopniowego kurczenia się tzw. „klasy średniej” jest wiernym powtórzeniem procesu, który Brazylia poznała o paręnaście lat wcześniej.

Ważnym elementem ukrzepienia władzy nowej klasy bogatych byly delikatne zmiany w prawie. Gdy przywilej dostanie stempel Parlamentu, staje się prawem, i od tego momentu lepiej go nie tykać. Czasami działania bazy i nadbudowy wchodzą w zabawny konflikt (najmocniej przepraszam tych z państwa, którzy mają zastarzałą alergię na owe terminy, jeśli trzeba to dołożę przy nich parę emotikonów), co zasygnalizowałem pod koniec naszego zeszłotygodniowego spotkania. Otóż w katolickim kraju mózgi kobiet rozwijają się wolniej i dlatego mężczyzna osiągał pełnoletniość dochodząc do osiemnastki, ale dziewczyna do wieku 21 lat była zależna od rodziców tak prawnie jak i finansowo. Czyli jeśli takie 20-letnie dziewczę leżało sobie w domu na kanapie to można było odliczyć przy rozliczeniach podatkowych koszt utrzymywania w domu osoby nieletniej. Ale wojskowi poszli o krok sprytniej i dalej.

Jakieś dziwne prawo (którego struktury nie znam i nie będę pierwszym, co niebacznie wda się w studia nad nim) ustaliło, że w wypadku śmierci wojskowego, jego córki, o ile niezamężne, będą dostawały stosowną rentę. A renty po wojskowych są całkiem stosowne.

Myślę, że domyślają się państwo rozwoju sytuacji. Wystarczy powiedzieć, że choć nie obracałem się w zmilitaryzowanych kręgach, znam trzy panie, dzisiaj już więcej niż dojrzałe, które były córkami wojskowych i nigdy nie wyszły za mąż. Jedna z nich jest bezdzietna i może przez styl życia byłaby bezmężna z rentą czy bez renty, a w jej rodzinie katolicyzm był reprezentowany raczej obocznie, większość tam jest spirytystami czy z umbandy. Druga pani była z rodziny katolickiej, ma towarzysza od chyba dwudziestu lat i prawie dorosłego syna (tylko bliscy jej ludzie wiedzą, że nie mają ślubu, na ogół nikogo tu to nie obchodzi) i przyznaje, że odejście do protestantyzmu (ostatnio chyba była prezbiterianką z Kościoła Maranata) było związane z naciskami proboszcza dotyczącymi chrztu - no a przecież nie zrzekłaby się renty, która w niektórych okresach była jedynym oparciem finansowym jej rodziny. Trzecia jest nieformalnie rozwiedziona (bo nie była formalnie mężatką), ma dwoje dzieci, zarabia dobrze ale renta z pewnością pomaga jej w utrzymaniu właściwego poziomu życia. Uważa się w zasadzie za katoliczkę, ale nie wdaje się w rozważania nad związkami między bazą a nadbudową.

W ostatnich latach wojskowi zachowywali się właściwie, to znaczy czysto zawodowo. Dbali o granice, wycofali wojskowych dziadków z przemysłu i szkolnictwa (jakiekolwiek skojarzenia z polskimi ubekami od wychowania obywatelskiego czy z politrukami w przemyśle nie będą źle ukierunkowane) i nie wystawiali nadmiaru kandydatów na posłów i senatorów. Ale coś im ostatnio strzyknęło i poszli do żłobu z nadmiarem apetytu.

Prawie nikt nie wiedział, że przeszło w jakimś ciele ustawodawczym prawo ustalające, że latorośle wojskowych na mocy izonomii mogły przenosić się ze swoich kursów uniwersyteckich na jakąkolwiek inną uczelnię, która miała taki sam kierunek studiów. Okazało się, że powodem montażu tego cyrku były przenosiny ze studiów prawa z uniwersytetów prywatnych na uniwersytety federalne.

Przed miesiącem mówiłem tu co myślę o lekarzach. Na podstawie tego mogą wyobrazić sobie państwo co myślę o prawnikach. W rzeczy samej, nawet napisałem to kiedyś, porównując matematyków i prawników. Było to we wstępie do mojej kompilacji witryn matematycznych. Mój przyjaciel pomagający mi przedłożyć to w przyzwoitym portugalskim (a będący ojcem dwóch prawników) spytał mnie czemu narażam się na cykl procesów sądowych. „Przecież piszę prawdę” - broniłem się, ale rzekł on: „być może będziesz musiał dowieść tego przed sądem.” Przemyślałem sobie jego opinię i znacznie stonowałem moją wypowiedź. Przypomniałem sobie, że ile razy słyszałem o obywatelu wygrywającym przed sądem jakiś proces, tyczyło to adwokatów prowadzących procesy we własnym interesie. Żyję oplątany niewidzialną siecią nakazów i zakazów; jeśli treść moich uwag ogólnych zaboli szczególnie któregoś brazylijskiego prawnika, przez resztę życia będę odwiedzał sądy i co gorsza w towarzystwie broniącego mnie prawnika, bo tylko takie osoby mają prawo odzywać się do sędziego.

Więc może kiedyś w samobójczym odruchu dopiszę gdzieś to, co wówczas wykasowałem, ale póki co zauważę tylko, że jak czarowny zapach dobrze uwarzonej potrawy z daleka przemawia do pewnego typu owadów tak studia prawnicze pociągają pewien typ młodych ludzi i bodajże nie zależy to od systemu politycznego czy szerokości geograficznej. I w Brazylii choć studia prawnicze na uniwersytetach federalnych są słabej jakości, to jednak tłok jest tam niesamowity i wymyślili sobie w jakichś tam generalicjach jakim skrótem etycznie doprowadzić swoich synów do adwokatur i pozycji radcy prawnego i innych delikatesów.

Sprawa prosta: zapisujemy latorośl na jakiś prywatny uniwersytecik, gdzie wstępny egzamin wymaga, by kandydat poprawnie zidentyfikował wiek, w którym żyjemy - i natychmiast zawiadamiamy uniwersytet federalny, że nasze dziecię, mieszkające w Zamorskim Zagórzu właśnie przeprowadziło się do naszego domu i prosi o transferencję na kurs prawa tutejszego uniwersytetu, zgodnie z prawem tiupu-tiupu, z roku 2004, paragraf 8 kaput i fiut.

Żarło doskonale, ale przeżarło się to na drugą stronę. Parę uniwersytetów federalnych oznajmiło, że nie otworzą egzaminów wstępnych na prawo, bo mają 40 miejsc oraz 85 podań o transferencję dla dzieci z wojskowych rodzin. Zrobił się wystarczający skandal, by jakiś odważniejszy prawnik wystąpił kwestionując zasadność owego prawa i jakiś jeszcze odważniejszy sędzia orzekł, że było one niekonstytucyjne. Izonomia (czyli równe przywileje dla równych instytucji) nie obowiązuje gdy instytucje mają odmienne zasady przyjmowania, finansowania, nauczania i tak dalej.

I póki co to to. Ale z pewnością to nie koniec bajki o dzielnym prawniku i okropnej hydrze, bo hydry mają wiele główek, a każda główka ma buzię ze strasznie dużym apetytem i każdy znany mi postęp ma swoje fazy zastępu czy jak to tam się nazywa, gdy wszystko rozkłada się i źle pachnie. I dlatego żegnam państwa z umiarkowanym optymizmem.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu