<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Zapuszczam się tu i tam - zawsze przygotowany na niewyobrażalne. W ostatnim dodatku Plus-Minus w Rzeczpospolitej artykuł Ślady moich braci opowiada jak Moris Trost wraca do Komarowa na Lubelszczyźnie, gdzie przeżył okupację niemiecką. Zajął się ocalaniem żydowskich cmentarzy - rozrzucone po okolicy nieoznaczone groby chowały jego rodzinę, przyjaciół Po co mu to po tylu latach? Cóż, sposób, w jaki odnosimy się do tych, co odeszli, jest od tysiącleci wskaźnikiem naszego człowieczeństwa. Cmentarze to nasz spadek i nasza nieuchronna lokata na przyszłość. To nielekka lektura. A szok przyszedł z nieoczekiwanej strony. Cytuję:
W samym Komarowie jest jeszcze jeden grób, w jednym z prywatnych ogrodów. - Proszę kopać - powiedziała jego właścicielka Trostowi - ale za każde zmarnowane drzewko zapłaci mi pan 50 tysięcy złotych. - To niech sobie leżą żydowskie kości w pani ogrodzie - odpowiedział.
Nie mam wiele do powiedzenia tu. Właściwie mam tylko jedno słowo: swołocz.
Nieco rozmowniejszy staję się myśląc o grożącej Kerry'emu ekskomunice. Czy czytali państwo o tym? Jest tu pełnia logiki. Jeśli świat jest czarno-biały, a nieprzerywalność ciąży jest biała, to jakikolwiek inny pogląd jest czarny. Nie ma miejsca na niech każdy rozsądzi to w swoim sumieniu czy prywatnie odrzucam, ale to nie sfera działania rządu. Nie jest śnieżno-biały, no to jest czarny jak smoła.
To, że wyższy kler z USA używa ambon do wskazywania wiernym jak powinni głosować, nie zaskakuje mnie. Widzę to tutaj przy każdych wyborach; w municypalnych właśnie co wybrali się na radnych we Floripie jeden pastor z Kościoła Uniwersalnego i jeden z Kościoła Czworokątnego. A w sąsiednim São José niejaki Padre Cicero starał się zostać ludowym burmistrzem dzięki partii PT. W końcu, USA to taka Brazylia, tyle, że bez poczucia humoru. I bez urn elektronicznych.
Jaki jest wpływ takich apelów? Chyba to istotne, że świeże są jeszcze wspomnienia afer z pederastią wielu księży. Administrując falę skandali hierarchia kościelna USA nie zachowała się zbyt jednoznacznie i zostawiło to nieuchronny osad na ich możliwościach wpływania na sumienia. Ale mam moje kłopoty z moją Brazylią, więc po co będę się martwił o ichnią. Ponadto, czy ewentualna wygrana Kerry'ego znacznie poprawi świat? (Protokoł z Kyoto? Złapanie za mordę saudyjskich tyranów? Naprawa ichniego szkolnictwa? Wątpię, wątpię, wątpię.) I w końcu: czy ewentualna wygrana George'a Busha będzie podobna do końca świata? Jeśli wierzyć Jurkowi Krzystkowi, który żyje tam, a ma zrównoważone widzenie świata i przemyślane osądy, ważną tego konsekwencją mogłaby być przyszła kandydatura prezydencka (excusez-moi) Jeba Busha. Niedobrze to pachnie, ale to by było dopiero za cztery lata. (Nawiasem, jedna z zapadających w pamięć ocen Jurka nie dotyczy polityki a J.S.Bacha: Grać można Bacha na wiele sposobów. Najpierw nie grano go w ogóle.)
Wdaję się w ten wątek, by przesterować niewłaściwe (moim zdaniem) osadzanie go w kategoriach doktrynalnych. Sądzę, że motywacje nie są natury metafizycznej, a psychologicznej.
Oglądam zapiski 19-letniego chłopca, który miał bardzo ostre konflikty z otoczeniem. Odrzucanie rządu, partii (przecież jedynej słusznej!), religii, rodziny, szkoły, pracy Wszystko logiczne i pryncypialne. W notatkach widzę te sformułowania: Nie mam wyboru ze sztywnością moich zasad. Nie mam rozpisanej na przypadki moralności, pełnej mądrości i wyrozumienia. Muszę trzymać się reguł, bo nie zostaje mi nic innego. W mętnych sformułowaniach niebezpieczne drapieżniki czyhają na mnie; łatwo wywiodą mnie na manowce i złamią mi kręgosłup. Czasami pytają mnie czy mi nie jest ciężko z moją twardością. Przecież to nie chodzi o ciężary ale o mój wewnętrzny spokój.
Ów chłopiec wiedział, że może nie mieć racji i nie dorabiał do tego motywacji filozoficznych. Na ogół odmawiał dyskutowania, bojąc się osaczenia przez mistrzów dialektyki.
Co stało się ze mną, że nie pozostałem na zawsze w owym skostnieniu? Nie, wcale nie sugeruję, że mając dziś 61 lat jestem mistrzem elastyczności. Po prostu owa twardość nie jest mi dziś potrzebna. Trochę rozmyła się przy uczuciowym rozwijaniu się; wpływ Ani, później innych znaczących w moim życiu pań. Trochę bezpieczeństwo (względne, względne ) życia poza uściskiem łap peerlela. Budowanie po trosze jakiejś chwiejnej równowagi. Nigdy ona nie jest zagwarantowana ani pewna, ale jakoś tam wiodę żywot dorosłego mężczyzny, codzienność ma dopływ do moich poglądów, nie zagrażając mojej normalności.
Spisane zasady ułatwiają działanie. Ów rzecznik PKP, który uzasadniał grzywnę nałożoną na pokaleczonego przez parowóz obywatela, też miał jasny pogląd na sprawę. Obywatel spowodował opóźnienia - obywatel musi płacić. W końcu, kto mu pozwolił leżeć na torach?
Może to nie sprawa przepełnienia filozofią tych purpuratów, a ich niepełności uczuciowej? Chwiejności i lęku w spotkaniach z niejednoznaczną i dziwną rzeczywistością?
Ale jest tu jeszcze jeden element, też nikły związek mający z filozofią.
Czytałem kiedyś w starym numerze pisma Encounter (ach, kiedy znajdę czas, by oddać pismu należny hołd? Przecież tak wiele mu zawdzięczam) artykuł Yehudi Menuhina o Arturo Toscaninim. Wpadła mi w pamięć anegdota o tym jak w czasie próby w Nowym Jorku zadzwonił telefon; mistrz podskoczył w jego stronę i wyrwał gniazdko ze ściany, przynosząc ulgę i wdzięczność muzyków.
Natychmiast przypomniałem ją sobie przed paru laty gdy tv-BBC nadawała program o nim. Niespodziewanie usłyszałem jedną z najmądrzejszych uwag mających związek z moim zawodem belfra. Ktoś dobrze znający działalność Toscaniniego (nie pomnę jego imienia) opowiadał, że w czasie prób Toscanini był wszechobecny, energiczny, pełen szerokich gestów; w czasie koncertów był bardzo stonowany, ekonomiczny w ruchach, prawie samounicestwiający się, jak gdyby chciał zostawić więcej miejsca dla muzyki. Ów świadek dodał kpiąco: wręcz odwrotnie, niż większość dyrygentów, którzy są stonowani w czasie prób i zwracający całą uwagę na siebie w czasie koncertów.
I tu chyba leży drugi pogrzebany pies. Zbyt często błysk trąbki i piękno własnej dłoni, elegancko ją ujmującej, waży dla muzyka więcej niż łagodne zaniknięcie w tkaninie innych dźwięków.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu