Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
półkropka z przycinkiem:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 71, 21/IX/04

O sławnych i nie

Proszę państwa, nie zrozumiałem kto tu komu godności przydaje. Byli państwo w Palmiarni? Zdjęcia państwo porobili? I nikt tu relacji nie spisze? A chciałbym ja zrozumieć czy to Rada Miasta do sławnych osób się przyszywa czy też, dzięki tej wspaniałej decyzji, gwiazdy nam dobrze znane na firmamencie miejsce swoje znajdą.

Z pewnością Zbyszkowi i Uli takie miry i kadzidła bardzo w przeszłości by się przydały. Ot, zwykłe i ludzkie odpieprzenie się od Czarnucha, zasugerowane przez miejskich notabli, gdy kupą, panowie! napadano na niego w szkole i w komitecie. Albo drobna dotacja przed 25 laty, by Ula Dudziak, zamiast po piwnicach się pałętać i do rur śpiewać, mogła mieć własne i sławne studio w Zielonej Górze, do którego z nabożeństwem przyjeżdżałyby jazzowe sławy na staże …

O co mi chodzi z tymi rurami? Ach, przepraszam, to taki prywatny żarcik. Moje jedyne pozapolskie spotkanie z Ulą było w Akwizgranie, gdy ja na trzecim piętrze w łazience z rur usłyszeć mogłem co ona tam w piwnicy wyśpiewywała. Więc ja poszedłem górą, a ona doliną? To tylko pozory. W tym moim mieszkanku do rur przywierałem, by nie płacić sporej ilości marek za wstęp do słynnej Malteserkeller, w której ona występowała.

No, była jeszcze jej płyta wytłoczona w Brazylii, która była miłym zaskoczeniem; a więc choć nie podśpiewywała chwytliwych refrenów, nagrywano ją w słynnych studiach i nawet do antypodów to docierało … A może nie takie to dziwne, bo w kwestii nagrań Brazylia jest kolonią nagrywałek z USA.

Proszę państwa, gdy myślę o niej, pamięć nieuchronnie mi podsuwa wspomnienie ciemnoskórej i dużowymiarowej dziewczyny z Martyniki, która miała wspaniały recital przed wielu laty w Bures-sur-Yvette. Mieszkałem tam w Cité-U (czyli w jednym z akademików), wtopiony w międzynarodowy tłum studentów i pracowników uniwersytetu Paris XI. Bogactwo kultur i talentów naturalnie prowadziło do organizowania uniwersyteckiego festiwalu - i owe dziewczę tam się przedstawiło.

To był od pierwszej do ostatniej minuty pełen szok. Słuchałem wówczas ile się dało Joan Baez i Leonarda Cohena i Bernarda Lavillier i Judy Collins i Janis Joplin i nie wiem kogo tam jeszcze - ale ta dziewczyna była po prostu o klasę lepsza…

Znajomi Francuzi nigdy nie słyszeli o niej. Oczywiście - uprzedzając tok narracji - przyznano jej pierwszą nagrodę. Ale gdy po jej występie pojawiły się boliwijskie słodkie flety, źle wpływające na mój żołądek, poszedłem porozmawiać z nią. Była sama, publiczność uwielbiała flety.

Jej nieco zabawny akcent dodawał mi odwagi do mówienia po francusku; ale gdy brakowało mi zwrotów, w angielskim miała jak najpoprawniejszą brytyjską wymowę. Czy wiedziała, że jest najlepsza? Tak, przyznała spokojnie. Nie było w tym próżności, lecz fachowa wycena. Czy zdziwi ją, że miałem ją za lepszą od nagrywanych wszędzie światowych sław? Nie, ona też myślała, że jest conajmniej równie dobra, ale miała lepszy repertuar.

Dlaczego więc nie znałem jej z radia, z nagrań, z afiszy? Czy chodziło o męsko-damskie wymogi, które prowadziły do mikrofonu? Może połączenie mojej bezceremonialności i oczywistego szacunku dla jej talentu otworzyło w niej ochotę do mówienia. Sporo nasłuchałem się. Pamiętam anegdoty i wywody, choć nie pamiętam jej imienia. Przedstawiając to (po wielu latach) w miarę krótko i jasno, w istocie droga do nagrań była najeżona łóżkami, ale to nie sławni właściciele firm wymagali takiego slalomu. To wszystkie płotki techniczne, kierownicy nagrania, technicy od dźwięku, prawnicy od podpisywania papierków, wszyscy oni byli pełni obietnic, że jeśli, to - oraz zawoalowanych wahań, że jeśli nie, to tamto. Mówiła, że przez to przerwała rozmowy z wielu studiami. Ale w niektórych mieli świadomość, że ważniejsze są pieniądze, które by tworzyły jej talenty. Zawieźli ją do Londynu i gdzieś tam jeszcze i mówiło się poważnie o kontraktach, ale podsuwali jej teksty i nuty, do których miała odrazę. Ja ciebie kocham, a ty mnie nie, ach, jak to źle, ach jak to źle. Prychnęła wzgardliwie: „Czegoś takiego nie chciałabym mieć ani przez trzy minuty na całej płycie. Jedyne, co mnie interesuje to śpiewanie pieśni rewolucyjnych i o moim ludzie z Martyniki”

No, w istocie. Czasy nie skłaniały się ku rewolucyjnym pieśniom. W Commonwealth (czyli dzisiejszym Zjednoczonym Królestwie) nadchodził thatcheryzm, Ronald Reagan rządził dobrotliwie Kalifornią i Joan Baez mogła sobie nań wypyszczać, ale lewica już nagrywała prawowite country and western, bo trzeba było żyć. Nieco wcześniej zjednoczona lewica z USA zdołała osiągnąć swój śmiertelny sukces, zmuszając rząd do przegrania wojny w Wietnamie - i nie mieli już więcej nic do gadania. Dziewczyna z Martyniki miała wygrywać konkursy na festiwalach studenckich, bez praw do nagrań i kontraktów. Szła moda na wystrojone jak papugi bezpłciowce.

Ale Ula przecież wygrała? Jej wymogi muzyczne nie były zgodne z popularnymi wymogami, ale nie przestawiła się na masowe bzdurki z klipami dla tv. Więc było można, za cenę sporych poświęceń …

No właśnie. Bardzo jestem ciekaw: ile to ją kosztowało? Nie dziwi mnie, że nie mówi i nie pisze o tym. Przecież ciągle jest na scenie - i oby tam zostala przez wiele kolejnych lat. A zbyt duża doza prawdy mogłaby pokwasić wiele osobistych relacji i zawodowych przyjaźni. Więc przypuszczalnie nigdy nie dowiem się od niej jak wyglądały przeszkody na drodze do sztuki. Ale gdyby kiedyś to wszystko spisała, natychmiast zamówiłbym przez Sieć jej książkę.

A skoro od Uli wybrałem się aż do Martyniki, to zakończę tę gawędę relacją z Gujany Francuskiej. To też ichni zamorski departament, miejsca tam więcej niż na Litwie, a ludzi tyle co w Zielonej Górze z Przylepem. Dla Brazylijczyków to prawie raj, kto się tam dostaje to szybko się dorabia, bo standardy francuskie, opieka lekarska, pensje itp, rzeczy prawie w Brazylii niesłychane.

Ostatnio w rozmowie ze znajomą powtórzyłem uwagę Ryszarda Kapuścińskiego o Afrykańczykach, którzy godzinami siedzą przy drodze w kucki i polerują patyczkami swoje zęby. Rozmówczyni zastanowiła się przez chwilę i powiedziała, że niedawno wróciła z Gujany Francuskiej, gdzie najsmutniejszym dla niej widokiem byli jej czarni mieszkańcy, siedzący całymi dniami przy drogach ze smutną miną. Pieniędzy im nie brak, ale nie ma pracy. Francja ma tam swój ośrodek badań przestrzennych i nie może sobie pozwolić na społeczne niepokoje. Płaci więc drogo za nieróbstwo.

To zawsze tak się kończy gdy dobrotliwe mocarstwo kolonialne dobrze dba o podbity lud. Indianie w USA. Eskimosi … przepraszam, Inuici w Kanadzie. Albo w Grenlandii. Jedyny lud, który zachował nieco większą aktywność to Czeczeni.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu