Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
półkropka z przycinkiem:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 70, 14/IX/04

Piłka nożna i sztuczne biusty

Ciekaw jestem czy przypominają sobie państwo jak przed niespełna pół rokiem podżartowywałem (w relacji z miejscowej ulicy), że w lokalnym barku dyskutują „czy Figueirense może kiedyś dojść do finału ligi brazylijskiej”. No i wkrótce potem zaczęło się wydawać, że wykrakałem.

O „lidze” trudno tu mówić. Z setki świetnych klubów piłkarskich najlepszych 24 bierze udział w wielomiesięcznej mordędze piłkarskiej w systemie „każdy z każdym”. Oficjalna nazwa: rozgrywki serii A; nieoficjalna: Brasileirão. Zaczęło się w tym roku 21 kwietnia, w dzień po tym jak wystawiłem ów felieton w Makutrynie.

Figueirense jest w serii A już od paru lat, drużyna nie odpadała ale i nie błyszczała. W zeszłym roku skończyła na 11-tej pozycji. Ale w tym roku, od samego początku, zaczęło się dziać coś dziwnego. A że ostatnio mamy niecały kilometr z mieszkania do ich stadionu i zjednoczona radość kibiców dochodzi tu łagodną falą dźwiękową, nasi chłopcy zażądali, by tata załatwił im legitymacje torcedor-mirim czyli małego kibica. W ten sposób oni mają wstęp na mecze za darmo. Tata nie, ale trzeba cierpieć w imię ich przyszłych wspomnień. I zaczęliśmy systematycznie kibicować.

Proszę państwa, mniej więcej po 10 kolejkach, w których pierwszeństwo odbierały sobie wzajemnie dwie drużyny z tego (malutkiego przecież) stanu, zdumiona gazeta Folha de São Paulo łupnęła nagłówek na pierwszej stronie: „Święta Święta Katarzyna!” Ton innych centralnych gazet nie był zbyt odmienny.

Ta druga drużyna to Criciuma z miasta o tej samej nazwie. Nigdy państwo o nim nie słyszeli? Oczywiście. Turystycznie to żadna atrakcja - miasto górnicze, a że blisko wybrzeża Atlantyku, to nic nie zmienia. Takie prawie nadmorskie zadupie. Ale obie drużyny łupały bezlitośnie inne, których nazwy państwo z pewnością znają, bo są słynne gdziekolwiek, dokąd sięga tv.

Dziennikarze bez trudności odkryli wiele składowych elementów tego sportowego cudu: solidna administracja klubowa. Zrzeszeni i płacący składki kibice bez rozrób, dzięki czemu można iść na mecz z rodziną (tak, słownictwo głośniejsze niż w tv, ale jakościowo takie same. Zastrzegłem malcom: jak będziecie powtarzali słowa i gesty, to nie pójdziemy więcej). Świetne zaplecze treningowe i medyczne. Wysokie ale wyrównane płace (między 7 a 20 tysięcy polskich złotych miesięcznie), więc nie ma mściwych nastawień „jak on zarabia za dwudziestu to niech gra za dwudziestu”. Owe płace wypłacane wedle kalendarza, żadnych tam (jak we Flamengo) parumiesięcznych poślizgów. Technik, który nie jest żadną gwiazdą (były członek komisji), lubiany i szanowany przez piłkarzy. Czyli wszystko tak jak powinno być.

A potem zaczął się odwrót. Część zjazdu w tabeli była naturalna: jeśli ktoś ma być u góry, to ktoś inny musi tam zrobić miejsce. Wszyscy w tym zestawie są dobrzy, poziom jest niesłychanie wyrównany. Ponadto, zespoły z tzw. osi Rio - São Paulo są dużo bardziej znane, więc jeśli jakiś książe arabski chce sobie zafundować drużynę, tam jedzie na zakupy. Więc trzeba za … no, nie wiem czy za „wszelką cenę”, ale z pewnością za wielomilionową cenę zachować dobrą pozycję słynnych drużyn. Zaczęła się długa seria bardzo dziwnych sędziowskich wyroków; tu pojawiała się jedenastka bez powodu, tam bez powodu nie była zauważana. Normalka. Każdy poważny pretendent do tronu a pochodzący z nieznanej rodziny musi przewidzieć najdziwniejsze zasadzki, które napotka po drodze. Ale wkrótce zaczęły się kłopoty innego typu.

Znienacka, przed jedną z trudnych gier, roznosi się wieść, że świetny napastnik idzie do Independiente z Argentyny. Po dwóch tygodniach rozgardiaszu w zespole, gdy wydaje się, że już przeboleli stratę, dwóch innych ważnych w systemie graczy odchodzi. Nie wie się za ile „wypożyczono” jednego z nich jakiejś drużynie brazylijskiej, ale rzekomo drugi został sprzedany do Portugalii za dwa miliony euro. Drużyna zaczyna dostawać w kuper, spada gdzieś na 14-ą pozycję. Kibice reagują we właściwy sobie sposób: prawie zawsze pełny 20-tysięczny stadion ujawnia łysiny, w misce nie ma więcej niż 7 tysięcy osób, a wśród nich wiele niepłacących dzieci.

Oczywisty absurd, ale przedsiębiorcy od imprez sportowych nie są samobójcami, więc co tu się dzieje? Próba znalezienia sensu w tym bezsensie, którą państwu przedstawię, być może jest niecelna, ale niczego lepszego chwilowo nie wymyślę. Więc sądzę, że wyjaśnienie idzie poprzez osobę właściciela tego cyrku.

Były dziennikarz, wchodzi do któregoś kolejnego prawicowego rządu stanowego. Pisze się sekretarz, czyta się minister. Gdy paruletnia kadencja się skończyła, nie był już dziennikarzem, był bogatym przedsiębiorcą.

Nie opowiadał jak uzyskał pierwszy milion. Ale następne wychodziły także z dobrej organizacji Figueirense. Zastosował co trzeba było, by bałagan zamienić w przedsiębiorstwo, syna ustawił jako dyrektora klubu i wszyscy byli szczęśliwi.

Gdyby był przedsiębiorcą sportowym, tez zdumiewający demontaż wygrywającej drużyny w środku mistrzostw byłby legitymacją do szpitala psychiatrycznego. Ale on jest przedsiębiorcą od wielu imprez. I głównie od jego dawnej zabawy, od polityki.

A nadchodzą w Brazylii wybory municypalne. Burmistrzowie, radni. Na początku października najlepsi przedstawiciele ludu dobiegną do koryt. Przepraszam, do trudnych głosowań nad cennymi ustawami. Budowy i naprawy, komunikacja i śmiecie, żywność dla więzień i zeszyty dla szkół … Kibice? Drużyna? No tak, lubimy, cenimy, ale bądźmy dorośli, teraz trzeba inwestować w naszych kandydatów.

I stoi przede mną ten problem: jak mam moim rozentuzjazmowanym domowym kibicom wytłumaczyć co jest czym? Wiele wysiłku mnie kosztuje niemówienie głośno co myślę o ich programach szkolnych, o walorach ich nauczycieli, o mnóstwie drobiazgów związanych z pochodami, procesjami i narodowymi śpiewami. Jeśli będą krytyczni (a boję się, że będą wcale nie mniej niż mama i tata), to niech sami z siebie takimi się staną. Albo przez osmozę. Ale wykładów o gównie, na którym opiera się życie społeczne, nie będę im robił. Nie potrafię ocenić wszelkich konsekwencji takich lekcyjek, a skutki uboczne mogą być bardzo kosztowne.

Ale szkoda mi ich. Widzę jak zamartwiają się. Polubili tę drużynę, władowali emocje, czas i pamięć w wyuczenie się życiorysów i tabel rozgrywek, w nazwy stadionów i nazwiska techników. Nie powinno się tak głupio igrać z emocjami.

Gdy dorosły człowiek zapłonie miłością do pani, która zainwestowała nieco w silikonowe krążki, nieszczególnie mi go żal. Gdy w zbliżeniu jej piersi zaczną mu kląskać a pośladki mlaskać, zrozumie, że są rzeczy w tym świecie, które nie tylko centymetrem należy wyceniać. Gdy inny przygłup rozczarowuje się, że prześliczna brunetka ma nadmiar detali anatomicznych i przyznaje się do imienia Kaziu, jego wina. Może zbyt szybko nastąpił sprint do pełnego zespolenia. Ale gdzie jest wina dzieci, którym potężna propaganda pokazuje idoli - a potem okazuje się, że to nie bohaterowie a produkty z wystawy?

Ech, wydaje się, że gdzie polityk nie wejdzie to wszystko zafajda. Może dlatego siedzę od lat w tym, w czym siedzę. Tu tak mało pieniedzy przetacza się, że ta miła rasa rzadko pojawia się w moim światku.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu