Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
półkropka z przycinkiem:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 68, 29/VI/04

Dokąd jechać?

Mili państwo, wiem, że Reisefieber sprawia, że potrafią państwo skupić się tylko na liczeniu walizek, biletów, paszportów, dzieci, koszul i eurów. To obyczaj z rzymskich jeszcze czasów, gdy opuszczało się w lipcu lary i penaty wymieniając je na eury i mapy.

Dlatego nasze ostatnie przedwakacyjne spotkanie będzie krótkie. Przebiegniemy sobie parę myśli i rozjedziemy się - w góry, w błota, do wysp i do własnych wnętrz. Spotykamy się 7 września przy tych samych myślach, które tu porzucimy, bo bez nas one są bardzo nieruchliwe. Czy zauważyli państwo, że gdy zbliżamy się do nich robią one radosny rejwach prawie jak parumiesięczne psiaki? Nie ma w tym niczego dziwnego. Czy może być gorszy los niż myśli, która leży w kącie i nikt jej nie przyhołubi? Więc proszę pamiętać: rozpraszamy się na bezmyślne albo innomyślne lato, ale potem wracamy i …

I co? No właśnie. I dokąd pojedziemy? NIE, ja nie mówię o planach państwa na lato. Zastanawiam się w jakie światy wdamy się gdy wrócimy do naszych tutejszych rozmów.

Jak dotychczas to wiele tego portugalskiego nie nauczyłem państwa. To dlatego, że zamiast skupić się na koniugacji i wymowie rozpraszamy się mówiąc o wszystkim czyli ten kurs to taka polska herbatka przy dumaryni. Proszę tylko zastanowić się dokąd byśmy nie dotarli we wtorki przy większej dozie dyscypliny. Co najmniej do śród, ale kto wie czy i nie dalej.

Za dawnych czasów Jaś Waszkiewicz wyrażał dylemat „specjalista czy dyletant” zwrotem „czym lepiej być: szpilką czy naleśnikiem?” Do dziś nie potrafię znaleźć odpowiedzi, co jasno wskazuje, że za szpilką nie opowiedziałem się. Bo szpilka jest jak Bush: „kto nie jest ze mną ten jest beze mnie”.

Doceniam wartość skupiania się na tym co zasadnicze. Kiedyś świadomość tego dotarła do mnie z dużą siłą gdy z racji służbowych obowiązków wgłębiałem się w szczegóły cv mojego wydziałowego kolegi. W pewnym miejscu podał datę kiedy zaczął pracować nad opisywaną tematyką i zdumiałem się: co? Osiemnaście lat temu? Czy on nie stuknął w niewłaściwy klawisz? Ale zerknięcie na jego listę publikacji pokazało, że data była poprawna. Tak, jest znanym na świecie specjalistą z wąskiej, ale dość ważnej dziedziny. Więc taki jest koszt wejścia do światowej czołówki …

Wiem, że to nieszczególnie oryginalna refleksja. Jaka tam zresztą refleksja. Po prostu wystraszyło mnie to.

Potem pocieszył mnie Neil Postman, a raczej jego uwaga, którą mam za spory błąd. Wróciłem do czytania jego książki „Technopol”. Nawiasem, sprawdziłem, że już w 1995 roku przetłumaczono ją na polski ale nie podoba mi się tłumaczenie podtytułu - „triumf techniki nad kulturą”. W oryginale jest „The Surrender of Culture to Technology”, co właściwiej oddałoby „zdominowanie kultury przez technologię” czy może „kultura co poddała się technologii”. Pal to sześć (tłumaczenie na angielski: „coat six”), niech im będzie triumf. Na samym począteczku Postman wyniośle obchodzi się z C.P.Snowem, sugerując, że spychanie ludzkiej energii na rozważania o „Dwóch Kulturach” to marnowanie czasu i dywersja, bo nie istnieje problem dwóch kultur (technologicznej czyli matematycznej oraz humanistycznaej). Jedynym problemem jest jak nowe technologie modyfikują kulturę.

No właśnie, takie rzeczy przydarzają się specjalistom gdy zanadto przyszpilają się uczuciowo do swoich tez. Kochanieńki moj, jestem pełen podziwu dla uwag o znaczeniu pisma, strzemienia oraz stopni szkolnych w odmienianiu naszego świata. Łatwo zgodzę się, że owa kwestia dwóch kultur jest przelotna, jeszcze parę tysięcy lat i nikt nie przypomni sobie o co tam szło. Ale twierdzić, że problem nie istnieje albo odmawiać mu znaczenia tylko dlatego, że jest mniej ważny od tego co z nami robi komputer, to zbyt wysoki lot by móc oglądać ciekawe szczegóły na Ziemi.

Jak raz w ostatnich dwóch tygodniach oglądałem dwie klasyczne batalie owej międzykulturowej wojny. Jedna z nich - aż śmiech powiedzieć - była powtórką odwiecznego sporu o matury z matematyki i że rzekomo humanistom na nic one nie służą. (Jak pamiętają państwo, humanistą jest osobnik, który nie radzi sobie z matematyką.) A druga pokazywała do jakiego stopnia w pisemnej kulturze matematyka zastrasza i robi za raroga. Na egzaminie na jakąś akademię handlową we Wrocławiu pojawiło się zadanie, które powaliło wszystkich. Rzecz była w tym, że przepisując je dla ludu ktoś przedłużył zanadto jedną kreseczkę, zamiast kwadratowego pierwiastka z iksa pomniejszonego o jeden zrobił kwadratowy pierwiastek z różnicy iks minus jeden - i dość sztampowe zadanie stało się nierozwiązalne przy użyciu szkolnych metod. Czy sądzą państwo, że byłoby wiele ofiar na egzaminie z polskiego gdyby poproszono o analizę powieści „Nad Mniemnem”? Osoba nie potrafiąca poprawić błędu tego typu dałaby sobie nienajlepsze świadectwo. A tu nastąpiła rzeź niewiniątek.

Bardzo bym chciał wdać się z państwem w owe głębokie rozważania o technologiach i o tym co one wyrabiają z kulturą. To nic, że niegłęboko byśmy się w to wdali. Tyle jest tam fascynujących momentów, że i najpłytsze zetknięcie się z nimi daje człowiekowi poczucie własnej głębi.

Czasami pytam moich studentów jakie wynalazki uważają za najważniejsze w świecie. Rzecz jasna mówią o komputerze i telewizorze i w ostatniej chwili włączają zwątpiomierz, by nie palnąć czegoś o dyskotece czy o Coca-Coli. Oczywiście zmierzam do przypomnienia im, że parę pojęć matematycznych - niewymierność pierwiastka z dwóch, parabola, twierdzenie Gödla - były tak istotne w odmienieniu świata ludzkich społeczeństw jak techniczne najbardziej imponujące wichajstry. I bardzo chciałbym mieć tak wielką wiedzę, by umieć podać kilkadziesiąt takich zjawisk. Parę z nich znam i potrafię uzasadnić ich ważność - karawela, kominek, litografia, łuk czy nuty. Ale o strzemieniu potrzebowałem podpowiedzi, sam z siebie nie umiałbym go wydobyć. Kiedyś nawet zaproponowałem Waldirowi, byśmy zabawili się w skomponowanie podobnej listy - on jest nie tylko matematykiem ale i inżynierem, więc wie nieporównalnie więcej ode mnie o ideach technicznych. Ale szybko poddaliśmy się. Nie na nasze to główki.

Dlatego mam tyle podziwu dla Johna Brockmana. Niesłychanie ciekawa osobowość - powiedziałbym, że to jednoosobowa fabryka drożdży umysłowych. Jego pozycja awangardowego wydawcy czyni z niego bliskiego znajomego setek intelektualistów z całego świata. I przed paru laty w owym gronie zadał pytanie, którego owoce są skupione w tym dokumencie. Czy powinieniem wstydzić się, że po czterech latach od jego wystawienia w Internecie jeszcze nie przeczytałem wszystkiego? Chyba powinienem, ale to nie jest szybka lektura jeśli chce się dobrze ją wykorzystać.

W czym rzecz? Brockman zapytał: „jaki jest najważniejszy wynalazek z ostatnich dwóch tysięcy lat?” (Użyte w oryginale słowo „invention” łatwiej niż polski „wynalazek” przynosi skojarzenia z „pomysłem”.) I od dawna chcę z państwem pogadać o owych odpowiedziach. Więc wspomnę tylko parę haseł, by przekonać państwa, że w bardzo wielu kierunkach możemy pójść we wrześniu i gdzie byśmy nie znaleźli się to będzie tam mnóstwo intelektualnej uciechy. No po proszę tylko zerknąć na malutki wybór z idei rzuconych przez ponad setkę uczestniczących w zabawie osób:

cyfry, elektryczność, koń, koszyk, lustro, okulary, pigułka, pytanie, równość, sekularyzm, siano, strzemię.

Przepiękne zestawienie, nieprawda? Ach, gdybym miał w szkole tak prowadzone lekcje przeróżnych nauk, chyba nie chciałbym zostać strażakiem, szoferem ani piosenkarzem. No to co, spotkamy się tu we wrześniu?

Miłego odpoczynku.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu