Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
kropka z pięciokropkiem:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 64, 1/VI/04

Dawno

Było to, proszę państwa, przed rokiem. Brok był - przeplaszam, blok był 32. I jak zawsze w dwa tygodnie po Boboli, były moje urodziny i pokazałem państwu parę etapów mojego porostu i zaniku włosów i żałowałem, że nie znajduję zdjęcia z książeczki wojskowej.

A potem była przeprowadzka i zdjęcie odnalazło się. A raczej jego kseroks, niestety. Ale i tak można domyślić się jeża na głowie i glębokiej miłości do wojska w oczach. Ono zresztą mnie też.

Dziwne dzieje mają niektóre prześmieszki. Wywiozłem ze sobą w świat książeczkę jako dokumentację uczuciową - a dwadzieścia lat później okazało się, że to ona właśnie skróciła do paru tygodni zwyczajowy długi proces odzyskiwania polskiego paszportu. Niewiele warte były titre de voyage i legitymacja adiunkta z Politechniki, akt urodzenia i inne papiórki - to wszystko można rzekomo sfałszować, a książeczki wojskowej nie. To dowodzi, że nawet wojsko może przydać się do czegoś.

Sympatyczna pani Grażyna, konsul z Kurytyby, opowiedziała mi parę zabawnych anegdot o tych bólach z dokumentacją, ale najbardziej zapadła mi w pamięć historia pewnego 75-latka, żyjacego tutaj od czasów wojny, z którym mieli wiele roboty. Dane były niby dokładne, ale nie odnajdywali w kraju zapisów po urzędach i parafiach. A że ów pan podał nawet nazwiska kolegów z wojska, odnaleziono ich i stwierdzono, że nasz rodak mówił prawdę, tylko nieco odmłodzoną. Miał 78 lat i kłamał w konsulacie, żeby się nie wsypać z kłamstwem, które zaserwował swojej narzeczonej.

Nie można kłamać kobietom. Narzeczoną zdołał oszukać, ale pani Grażyna go przejrzała.

Niedawno

Proszę państwa, list Zbyszka, o którym napomknąłem przed tygodniem niesie parę zdań, które rozumiem jako pytanie „a skąd ci się to wzięło?” Cieszy mnie bardzo, że nie był to wyrzut „co za głupie żarty trzymają się ciebie?” i chętnie złożę wyjaśnienia. Tym chętniej, że mogę wystąpić w moim naturalnym wystroju laika.

Zaczęło się od refleksji, niegłębokiej choć spowodowanej konkretną sytuacją, w którą miałem wgląd, że czasami wkładamy olbrzymią energię, czas i pieniądze nie wiedząc w istocie w co się wdajemy. Jakiś wczesny impuls, przebrany za „głębokie przekonanie” wyznacza wąską dróżkę, która równie dobrze może prowadzić do olśniewających widoków jak i ku zupełnej nicości. Łatwo mi podać przykłady nicościowych zakończeń ze świata nauk ścisłych, ale ich atrakcyjność jest ograniczona do grona, które przeżyło szkoły zachowując wiarę, że nauki ścisłe komuś do czegoś służą. Pomyślałem o dziedzinie, która jest wystarczająco znana i dostatecznie dziś zdyskredytowana, by samo jej przywołanie skojarzyło się z fiaskiem i przegraną. A więc alchemia i poszukiwanie nieśmiertelności.

Żeby uzasadnić moje wdawanie się w opowieść, musiałem stworzyć postać z Brazylii i cieszył mnie zamiar formalny: miał to być ktoś śniący o wiecznym rozsławieniu swego imienia - a jedyna osoba (czyli ja), która o nim napisze owego imienia nawet nie wspomni.

Ale Brazylijczyk zajmujący się alchemią? Jeśli współczesny, to przykład na kukunamuniu, czyli na komizm a nie na tragedię. A Brazylia przeszłości to coś tak antyintelektualnego, że aż smutno gadać. To historia mordów i łupieży, wyzysku i dworskiego próżniactwa, nie ma jak wplątać tu naukowo usposobionego ducha. No, chyba że byłby to Żyd, z tych co przyjechali tu z Holandii z Maurycym von Nassau.

Reszta narracji zaczęła układać się tak jak musiała się ułożyć, z niewielkim moim wkładem. Szukał wiedzy? Więc miał doskonałe kontakty z czołówką myślicieli z różnych krajów. Nie było wówczas samolotów ani poczty ze znaczkami, ale były osoby takie jak Ojciec Marin Mersenne, członek Zakonu Braci Mininalnych, którego listy spinały społeczność naukową niegorzej niż duża lista dyskusyjna. Więc Ten z Recife wiedziałby o dziesięcioletnich poszukiwaniach alchemicznych Isaaca Newtona. Dziś w szkole o tym zapewne nie uczą, bo mówi się tylko o zwycięzcach. Zwycięzcą był Newton - matematyk czy Newton - fizyk. Jako alchemik przegrał z kretesem. Ale w tamtych czasach można by było wyobrażać sobie, że ten niechętnie drukujący Anglik zachował swój manuskrypt do późniejszego poprawienia albo wydrukował tajnie. Czy mógłby napisać go po hebrajsku? Czemu nie, przecież znał ten język wystarczająco dobrze, by z niego tłumaczyć na angielski.

Ale czemu bohaterem miał być ktoś z Brazylii podziwiający Newtona, a nie mazowiecki czy wielkopolski student Brożka lub Witelona?

Cóż, taki jest świat moich fascynacji. I jak umiem tak staram się innym je przekazać. Od lat coraz bardziej zajmuje mnie ciąg dziejów dwóch krajów, które na różne sposoby walcząc z morzem formowały swoje narodowe charaktery: Portugalia i Holandia. Ciekawsze niż dociekanie kto pisał teksty Szekspira lub jakie paliwo jest używane w latających spodkach wydają mi się lektury o roli kontra-żagla czyli karaweli w kształtowaniu historii świata. Lub o tym jak Newtonowe pytania o naturze ruchu czy kolorów miały prowadzić do zmiany sposobu życia całych społeczeństw. Albo odkrywanie, że związki technologii i nauki wcale nie były tak proste w historii jak naiwnie wyobrażałem to sobie.

Czasami prowadzi mnie do małej rewolucji pojęciowej znalezienie nieoczekiwanych znaczeń słów, które już miałem za zrozumiałe. Myślę w tej chwili o niespodzianym świetle przekazanym przez dzieło Briana L.Silvera z 1998 roku „The Ascent of Science”. Przez wiele lat interpretowałem zwrot Kartezjusza „Cogito, ergo sum” jako odpór dany idealizmowi, podważającemu realność istnienia, choć bez wyzwania stawianemu jakimkolwiek naukom Kościoła. Ale nie, okazuje się, że interpretacja była całkiem fałszywa. Prymat Boskiego słowa był dla Kartezjusza niedyskutowalny, chodziło raczej o to, którędy ono do nas dociera. Zwrot „pojmuję, więc istnieję” nie był obrazą Stwórcy, ale Kościoła: „nie potrzebuję waszego pośrednictwa”. W 13 lat po jego śmierci Kościół odwzajemnił mu się godnie, umieszczając jego dzieła na Indeksie.

Mój bohater jest głęboko religijny? Większość ludzi nauki z owych czasów była. Bełkot o walce dzielnych materialistów przeciw zacofaniu Kościoła powiększa jedynie nieporozumienia wokół niesłychanie złożonej drogi, na którą wkroczyła ongiś nauka w charakterze służebnicy Pana, a po której w parę wieków później kroczyła jako przewodniczka Człowieka.

Dało by się mówić o tym i mówić. Ile to nieporozumień wokół rzekomej racjonalności Renesansu, wokół niechętnego przyjęcia tez Kopernika, wokół procesu Galileusza … Ale jeśli dużo tu mówić, to lepiej mówić kiedy indziej. Jeśli mówić dziś to nudzić. Dobrze umieć stanąć.

Więc stanę nieco niechętnie. Czy kiedyś tu do tego wrócę? Nie wiem, nie znam przyszłości …

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu