<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Przyznaję: takie teksty mogą być tak nudne, że nasz talent pójdzie spać i nie włączy budzika. Ale jeśli znajdzie się artykuł techniczny, krótki, ciekawy i w obu wersjach, pisanej i dzwiękowej, to sprawa staje się całkiem miła. I dlatego zachęcam państwa do zajrzenia na tę witrynę z zapisem radiowych pogadanek o wynalazkach i wynalazcach. Ich autorem jest John H. Lienhard.
Aha, full titles of episodes to pełne tytuły epizodów. Gdyby zaprzeć się, że wszystko ma być odsłuchane, to na następnych sześć lat mamy do wysłuchania jeden krótki odcinek dziennie. Prawie 2.000 gawęd - czysta robota. Myślę, że w Stanach są miliony ludzi słuchających tego. Leci to systematycznie od roku 1988.
Nie, oczywiście nie namawiam nikogo do słuchania wszystkiego. Wielu z tych rzeczy uczy się człowiek w przyzwoitej szkole. Wiele innych to takie patriotyczne zaśpiewy nasi ludzie pierwsi to zrobili. Proszę wydziobywać sobie tysiąc rodzynków z tego tortu przygotowanego przez Uniwersytet w Houston.
Trafiłem na to zabawnie - dwukrotnie konsultując sieciowe materiały w dwóch odmiennych kwestiach. Obie one mają związek z nieistniejącymi jeszcze moimi pisankami, jedna o poczcie pneumatycznej, druga o wchodzeniu wgłąb Ziemi. (Jeśli więcej powiem to zapeszę i nigdy tego nie napiszę.) Oba razy google miał odniesienia do owej witryny.
Mam ochotę na parę uwag nawiązujących do ich dwóch opowiadań. To niezła odskocznia dla wyjaśnienia mojego nastawienie do USA. (Jakie ma znaczenie co ja myślę o USA? Dobre pytanie. Wieczorem przemyślę je sobie.) Czasami słyszę, że jestem antyamerykańsko usposobiony; mówiący to zapomina, że z własnej woli jestem z Ameryki, choć nie Północnej. Ale zarzut fobii anty-USA też nie przylepia się dobrze do mnie. Jasne, gdybym żył w innym miejscu, moje informacje, codzienne odniesienia czy sympatie byłyby nieco inne. Ale stąd jest ciągle bardzo daleko do zakażenia się latynoskim antyamerykanizmem. To zwierzątko istnieje i jest dobrze uzębione, ale zawsze miało zbyt komunizującą mordkę, by chciało mi się zaprosić je do domu.
Innymi słowy, z jednej strony mnie biją za obronę zgniłego imperializmu, a z drugiej słyszę, że żyjąc w Brazylii straciłem poczucie realizmu i bronię ignorantów i leni. Czego to dowodzi? Chyba tego, że jestem pośrodku. I tak przystaje człowiekowi, który bardziej ufa w wartość pytań niż odpowiedzi.
Przejdźmy więc do ilustracji. Pierwsza historyjka jest o przekonaniu pana Johna Symmesa (1780 - 1829), że Ziemia w środku jest pusta i całkiem do życia. Trzeba tylko znaleźć tam wejście. Gdzie? Na biegunach.
Pomysł miał ciekawą przeszłość - był potomkiem teorii Edmunda Halley'a (tego od komety) o czterech koncentrycznych sferach wewnątrz Ziemi; matematyk Leonhard Euler też był sympatykiem tej teorii. Łatwo dostrzec w niej pokrewieństwo z odwiecznym poszukiwaniem dziwnego ale doskonałego ładu, jak w modelu Keplera platońskich brył, osadzonych jedna w drugiej. Dziwnie znajomo to brzmi? Tak, Jules Verne napisał na ten temat swoją książkę o podróży do środka Ziemi.
Odległa przeszłość? Nie we wszystkich aspektach. Wydaje się, że teoria była mile widziana wśród czołówki intelektualnej Trzeciej Rzeszy - a do dziś można znaleźć koreszanów, różokrzyżowców i Steinerowskich antropozofów, którzy wierzą, że konspiracja CIA ukrywa wejście do środka Ziemi przed uczciwymi ludzmi. Wedle jednej z żywych ciągle teorii, to stamtąd wystartowują latające spodki.
Epizod z numerem 1904 opowiada jak inny barwny typ, Charles Wilkes, prowadził przez pięć lat ekspedycję w poszukiwaniu owych wejść do wnętrza Ziemi. Fascynujące jest to, że została ona (po wielu latach nalegań tak Symmesa jak później jego syna oraz rozlicznych zwolenników teorii) autoryzowana w 1838 roku przez Senat USA. Coś jakby dzisiejsza NASA.
Druga historyjka jest związana z uruchomieniem pierwszej i krótkiej linii londyńskiego metro w 1863 roku. (W naszej kulturze ta data niesie nie-technologiczne skojarzenia ) Zaczynały wykazywać swój sens wieloletnie studia i usiłowania - już 20 lat wcześniej skonstruowano tunel pod Tamizą. Nowojorczyk Alfred Ely Beach śledził od lat te postępy. Londyński sukces zdopingował go do działania.
Był już sławny i bogaty. Gdy miał 30 lat, w 1856 roku, jego maszyna do pisania dla niewidomych zdobyła złoty medal na wystawie wynalazków naukowych i przemysłowych. Założył i wydawał pismo Scientific American (to samo, które można obecnie kupić co miesiąc w większości krajów na świecie). I w 1868 roku był już przygotowany na podjęcie konstrukcji 300-metrowego odcinka metro pod Broadwayem. Ale był kłopot: Rada Miasta miała zasłużoną sławę organu w pełni skorumpowanego i Beach obawiał się, że żądania łapówek opróżniłyby jego kasę. Wystąpił więc z prośbą o zezwolenie na przekopanie się pod ulicą dla zainstalowania poczty pneumatycznej. W największej tajemnicy wdał się w dwumiesięczne nocne wykopki. Po dwóch latach został otwarty pierwszy w Nowym Świecie odcinek pneumatycznego metro, imponujący technologią i estetyką swego wykończenia. 20% kosztów pokrył sam Beach.
Ale przekupny burmistrz miasta miał ostatnie słowo: choć projekt Beacha na konstrukcję kolejnego odcinka za 5 milionów dolarów został teoretycznie przyjęty, w praktyce wygrał konkurencyjny burmistrzowski projekt nadziemnego metro, które miało kosztować 80 milionów. Później Beach zbankrutował z powodu krachu giełdowego i jego króciutkie metro zostało zapomniane - ale jego techniki prac podziemnych zostały wykorzystane przez angielskich inżynierów w rozwoju londyńskiego metro.
Do jakich wniosków prowadzą te historie? Nie mam pojęcia jakie wnioski zechcą państwo wyciągnąć, ale każdy ma tu wspaniały materiał do refleksji. Moje refleksje zachowam przy sobie, zapewniając jednak państwa, że widzę tu o wiele więcej imponujących niż obrzydliwych charakterów. Imponuje mi kraj, w którym Senat źle czy dobrze, ale zajmuje się kwestiami naukowymi od samego swego zarania. Niosą mi nadzieję historie obywateli, którzy zamiast poddać się przekupnym politykom, realizowali swoje wizje wkładając w nie swój entuzjazm, inteligencję i swoje pieniądze.
Czy to wszystko wiąże mi się jakoś z Polską? Oj, wiąże, wiąże. Ale nie będę o tym mówił dzisiaj. Ani za tydzień.
Bowiem w następnym bloku, zamiast patrzeć śmiało do przodu, wrócę do mojego poprzedniego tekstu. To nie będzie introspektywa z powodu moich urodzin. Wręcz odwrotnie, nastąpi to na ogólne życzenie publiczności czyli w związku z listem otrzymanym od Zbyszka Czarnucha. Zeszłotygodniowa historyjka ma powiązania z jego apelem sprzed roku dotyczącym księcia Maurycego von Nassau i nieco o tym pogawędzę. Żegnam państwa serdecznie.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu