Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
ogonek bez przecinka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 59, 27/IV/04

Trzech przyjaciół i wolna wola
Relacja ze szczęśliwym zakończeniem

Dzień dobry. Co by państwo zrobili otrzymawszy takie przesłanie? Już czytam:
Ostatni Twój Blok pt. Ulica właściwie zasmucił mnie; dlaczego nie opisujesz luksusowych willi w pięknych ogrodach …

Hmm, któż nie lubi bajek. Ale rzadko potrafię napisać ładną bajkę. One mają życie płodowe dłuższe niż słoniątka. Więc opowiem coś innego: prawdę.

( W tej historii o Mikołaju, Antku i Bogdanie tylko temu drugiemu zmieniłem imię.)

Z Mikołajem i Antkiem do końca byliśmy razem w klasie. Dlatego mogłem teraz, po spisaniu relacji, zerknąć do tej dziwnej karki sporządzonej parę dni przed maturą, gdy Ania Maciejewicz, Jadzia Korcz i ja oderwaliśmy się od nauki i wystawiliśmy „stopnie” wszystkim naszym kolegom. Po serii szczegółowych wyróżnień i odróżnień stoi końcowy werdykt o tym kto jak daleko miał zajechać. W skali od 0 do 5 tylko jedna osoba (Wiesiek) ma tam notę 4, sześć osób ma 3. Jedną z nich jest Mikołaj. (Autorzy owych wycen nieskromnie dopisali „3” także przy swoich nazwiskach.)

Atmosfera domu Mikołaja wróciła mi w szczegółach gdy rozmawiałem z moim szwagrem. Znał ojca Mikołaja i ma dla niego tylko dobre słowa. Ja też. Uśmiechnięci rodzice, miła siostra, fajne mechanizmy rozładowywania napięć - robili sobie obowiązkową kopię Rodziny Zagryziaków, gdy przez parę godzin musieli warczeć jedno na drugiego. Dobrze czułem się tam. Antek też, choć kiedyś dowiedziałem się, że w pokoleniu ich rodziców to różnie bywało … Ojciec Antka był majorem UB i w tej funkcji pojawił się kiedyś w domu Mikusia. Szukali dolarów. W cukierniczce. Kto pamięta owe czasy (lub czytał o nich) wie, że prawdziwy wróg ludu miał dolary. I chował je w niepodejrzanych miejscach. Szczególnie w cukierniczce.

Wydaje się, że tylko w domu podejrzanego młodzież znała sprawę ale ta wiedza nie miała wpływu na przyjaźń. Ot, takie losy, takie czasy.

W domu Antka bywałem rzadko i niechętnie. Wiedza o zajęciu jego ojca, miłego starszego pana, bardzo mnie ścinała wewnątrz. Czy był dobrym ojcem? Ach … komu to oceniać. Ale cieszę się, że mój ojciec nie nakładał mi na szyję dzwoneczka jak owieczce. Tak, Antek nie zgubił się nigdy, ale czy pomogło mu to znaleźć się w sobie?

Z naszej czwórki Bogdan był klasowo najwłaściwszy. Jego ojciec tyrał w odlewni. Po powrocie do domu pił i tłukł. Głównie żonę ale gdy zdołał to i synów.

Gdy przygotowywaliśmy się z Bogdanem do egzaminów wstępnych, przegryzając się głównie przez „Co to jest matematyka” (zdawał na filozofię) zdumiewała mnie jego zdolność wnikania w teksty Kanta. Niedawno widziałem artykuły z pewnej grupy dyskusyjnej z historii matematyki, które na chwilę stworzyły we mnie wrażenie, że rozumiem o co chodzi w tych kategoriach a prioria posteriori, analitycznychsyntetycznych. Bogdan wówczas już starał się mi to wytłumaczyć, ale nadaremnie. Byłem za głupi na to. Imponowałem mu znajomością Kapitału Marksa i Sagi rodu Forsythe'ów, ale na takie dziwne lektury on by nie marnował czasu. Gdy wymienialiśmy kiedyś opinie o doświadczeniach z podstawówki powiedział, że gdy już umieli trochę pisać kazała im pani nauczycielka napisać pełne zdanie. I Bogdan napisał: „kiedy szedłem pierwszy raz do szkoły poślizgnąłem się na gównie”. Nie służy to jako dowód na moją opinię, ale Bogdan był jedną z najgłębszych osób, które kiedykolwiek znałem.

I dostał mu się jeden z najdziwniejszych życiorysów. Straciliśmy codzienny kontakt z nim gdy pojechał do stolicy. Kończąc studia był neotomistą. Szykował się ciekawy doktorat, ale jego Mistrza, Leszka Kołakowskiego, wyjechano z Kraju. Potem ciemniaki zajęli się jego uczniami i pozbyli się Bogdana z UW. Mając zamkniety dostęp do działalności naukowej wrócił do Zielonej Góry, by pracować jako urzędnik. Ożenił się z naszą szkolną koleżanką nie znając jej. Odkrycie, że olbrzymia ilość mężczyzn ją znała i to już od szkolnych czasów przywiodło go do lotu bez skrzydeł. Bruk nie był przystankiem przed śmiercią ale przed latami szpitala. Drugie małżeństwo. Bogdan wyszedł z niego do domu opieki Brata Alberta. Tam zgasł przed paru laty.

Los Antka nie ma lotów i skoków, po prostu płynie. Od czterdziestu paru lat w alkoholu. Jacek Jarecki, który ma doświadczenia z pracy z Kotańskim mówił mi, że alkoholik ma siatkę opiekuńczą tworzoną mu przez społeczeństwo. Torturuje rodzinę i znajomych, nudzi i męczy, ale przeżywa ich wszystkich i zapija się do dojścia do pełnej nieśmiertelności.

Nieprzeciętnie inteligentny chłopak. Miał wiele uroku. I możliwości. Chyba miał genialne zdrowie, skoro przetrzymał w tym trybie trwania.

Mikuś był rozważny i mądry. Rodzina, którą stworzyli z Teresą miała i ma wszystkie walory, które znałem z domu jego rodziców. Może kiedyś opowiem o jego wspaniałych zagraniach gdy czasy były niejasne i dla właściwego działania trzeba było mieć dużą ostrość widzenia. Nawet gdy potworny odpad z Czernobyla dotarł do jego organizmu, potrafił oprzeć się i ciągle jest tym samym człowiekiem, do którego zawsze chciałbym zajść na herbatę z makowcem. I zaprosić z całą rodziną do mojej chałupy.

Jak to było, Bogdan zawsze mógł się rozluźnić i potraktować życie jako miłą rozrywkę? Antek zawsze mógł wylać wódę do klozetu i zasłynąć jako utalentowany specjalista? Mikołaj mógł odkryć swoje inne strony utrzymując kochanki i robiąc intrygi? Jeśli mogli, czemu to im nie przytrafiło się?

Byłem kiedyś w takiej paranoicznej grupie dyskusyjnej, gdzie dyskutanci najbardziej bali się, że w przyszłości będą nam wszczepiać czipy i będą kontrolować nasze zachowania. Ale wydaje się, że czipy, z którymi żyliśmy, sterowały nami bezlitośnie. Niełatwe i nieczęste było odczipowanie się. Było? A może nie było …

Czy to wstęp do eseju o wolnej woli i determinacji? Nie, to nie dla mnie tak głębokie tematy. Nawet nie wiem co to jest wolna wola. I nie pamiętam nazwy tej serii z brytyjskiej telewizji, o której opowiadała mi moja siostra Ewa. Filmowali grupę młodych - a potem coraz starszych - od maleńkiego. Co siedem lat kolejny odcinek. Mówiła mi, że to przerażające, że te prawie oseski już miały napisane na czółkach jakie będą miały role w ostatnim odcinku.

Czy zakończę opowieść mówiąc jak to wszystko sprawiedliwie rozwiązuje się w niebie? A skądże, przecież wiedzą państwo o moich przekonaniach metafizycznych. Skąd takie podejrzenia?

Z tego, że zapowiedziałem szczęśliwe zakończenie?!

PROSZĘ PAŃSTWA! Przepraszam, ale tego naprawdę nie spodziewałem się. Co ja mam zrobić, żeby unikać takich nieporozumień? Myślałem, że to bardzo jasne wyrażenie: Relacja ze szczęśliwym zakończeniem. Relacja, nie życiorysy moich przyjaciół.

Gdybym zamierzał szczęśliwie zakończyć ich życiorysy, urywałbym opis przy jakimkolwiek dobrze zapowiadającym się epizodzie: miłosne uniesienie, rozgwar biesiadników na urodzinach, śmiech dziecka, szacunek w oczach kolegów z pracy. Takich plamek ciepła i barw mieli wiele - a jak to się w całości wyważało niech krytycy sztuk plastycznych wyceniają.

Ja obiecałem, że relacja dobrze się skończy. Proszę zauważyć parę szczegółów. Po pierwsze, jeśli państwo ciągle tu są a ja ciągle rozwijam te uwagi, to żyjemy. Państwo żyją. Ja żyję. Ciągle wygrywamy w tej partii o byt. Po drugie, porozumiewamy się naszym własnym językiem. To nie jest rosyjski ani niemiecki, choć nie brakło projektów prowadzących ku temu. Ani też miejsce urodzenia nie zobowiązało nas do używania chińskiego czy arabskiego, z nieodzownym udziałem w ich jakże sławnych kulturach. Rozmawiamy po polsku. Po trzecie, ten polski jest niepodobny do brutalnego bełkotu z postępowych powieści, bo nie wpadliśmy do wirówki mody. Używamy języka do przekazu myśli.

I w końcu, choć mówimy o niełatwych sprawach, w naszym małym gronie nikt nie wyciągnął na stół magazynu o życiu gwiazd, o skandalach wysoko ustawionych bandziorów, o szykownych lokalach odwiedzanych przez ich synów. Nie wdaliśmy się w wyperfumowane atrapy informacji. Zatrzymaliśmy się przy temacie, który może nas prowadzić do odmiennych odczuć i wniosków. Ale jesteśmy razem. Nawet bez obietnicy bajki.

I to jest właśnie bardzo piękne. Bardzo państwu dziękuję za tę wizytę.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu