<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Ostatni Twój Blok pt. Ulica właściwie zasmucił mnie; dlaczego nie opisujesz luksusowych willi w pięknych ogrodach
Hmm, któż nie lubi bajek. Ale rzadko potrafię napisać ładną bajkę. One mają życie płodowe dłuższe niż słoniątka. Więc opowiem coś innego: prawdę.
( W tej historii o Mikołaju, Antku i Bogdanie tylko temu drugiemu zmieniłem imię.)
Z Mikołajem i Antkiem do końca byliśmy razem w klasie. Dlatego mogłem teraz, po spisaniu relacji, zerknąć do tej dziwnej karki sporządzonej parę dni przed maturą, gdy Ania Maciejewicz, Jadzia Korcz i ja oderwaliśmy się od nauki i wystawiliśmy stopnie wszystkim naszym kolegom. Po serii szczegółowych wyróżnień i odróżnień stoi końcowy werdykt o tym kto jak daleko miał zajechać. W skali od 0 do 5 tylko jedna osoba (Wiesiek) ma tam notę 4, sześć osób ma 3. Jedną z nich jest Mikołaj. (Autorzy owych wycen nieskromnie dopisali 3 także przy swoich nazwiskach.)
Atmosfera domu Mikołaja wróciła mi w szczegółach gdy rozmawiałem z moim szwagrem. Znał ojca Mikołaja i ma dla niego tylko dobre słowa. Ja też. Uśmiechnięci rodzice, miła siostra, fajne mechanizmy rozładowywania napięć - robili sobie obowiązkową kopię Rodziny Zagryziaków, gdy przez parę godzin musieli warczeć jedno na drugiego. Dobrze czułem się tam. Antek też, choć kiedyś dowiedziałem się, że w pokoleniu ich rodziców to różnie bywało Ojciec Antka był majorem UB i w tej funkcji pojawił się kiedyś w domu Mikusia. Szukali dolarów. W cukierniczce. Kto pamięta owe czasy (lub czytał o nich) wie, że prawdziwy wróg ludu miał dolary. I chował je w niepodejrzanych miejscach. Szczególnie w cukierniczce.
Wydaje się, że tylko w domu podejrzanego młodzież znała sprawę ale ta wiedza nie miała wpływu na przyjaźń. Ot, takie losy, takie czasy.
W domu Antka bywałem rzadko i niechętnie. Wiedza o zajęciu jego ojca, miłego starszego pana, bardzo mnie ścinała wewnątrz. Czy był dobrym ojcem? Ach komu to oceniać. Ale cieszę się, że mój ojciec nie nakładał mi na szyję dzwoneczka jak owieczce. Tak, Antek nie zgubił się nigdy, ale czy pomogło mu to znaleźć się w sobie?
Z naszej czwórki Bogdan był klasowo najwłaściwszy. Jego ojciec tyrał w odlewni. Po powrocie do domu pił i tłukł. Głównie żonę ale gdy zdołał to i synów.
Gdy przygotowywaliśmy się z Bogdanem do egzaminów wstępnych, przegryzając się głównie przez Co to jest matematyka (zdawał na filozofię) zdumiewała mnie jego zdolność wnikania w teksty Kanta. Niedawno widziałem artykuły z pewnej grupy dyskusyjnej z historii matematyki, które na chwilę stworzyły we mnie wrażenie, że rozumiem o co chodzi w tych kategoriach a priori i a posteriori, analitycznych i syntetycznych. Bogdan wówczas już starał się mi to wytłumaczyć, ale nadaremnie. Byłem za głupi na to. Imponowałem mu znajomością Kapitału Marksa i Sagi rodu Forsythe'ów, ale na takie dziwne lektury on by nie marnował czasu. Gdy wymienialiśmy kiedyś opinie o doświadczeniach z podstawówki powiedział, że gdy już umieli trochę pisać kazała im pani nauczycielka napisać pełne zdanie. I Bogdan napisał: kiedy szedłem pierwszy raz do szkoły poślizgnąłem się na gównie. Nie służy to jako dowód na moją opinię, ale Bogdan był jedną z najgłębszych osób, które kiedykolwiek znałem.
I dostał mu się jeden z najdziwniejszych życiorysów. Straciliśmy codzienny kontakt z nim gdy pojechał do stolicy. Kończąc studia był neotomistą. Szykował się ciekawy doktorat, ale jego Mistrza, Leszka Kołakowskiego, wyjechano z Kraju. Potem ciemniaki zajęli się jego uczniami i pozbyli się Bogdana z UW. Mając zamkniety dostęp do działalności naukowej wrócił do Zielonej Góry, by pracować jako urzędnik. Ożenił się z naszą szkolną koleżanką nie znając jej. Odkrycie, że olbrzymia ilość mężczyzn ją znała i to już od szkolnych czasów przywiodło go do lotu bez skrzydeł. Bruk nie był przystankiem przed śmiercią ale przed latami szpitala. Drugie małżeństwo. Bogdan wyszedł z niego do domu opieki Brata Alberta. Tam zgasł przed paru laty.
Los Antka nie ma lotów i skoków, po prostu płynie. Od czterdziestu paru lat w alkoholu. Jacek Jarecki, który ma doświadczenia z pracy z Kotańskim mówił mi, że alkoholik ma siatkę opiekuńczą tworzoną mu przez społeczeństwo. Torturuje rodzinę i znajomych, nudzi i męczy, ale przeżywa ich wszystkich i zapija się do dojścia do pełnej nieśmiertelności.
Nieprzeciętnie inteligentny chłopak. Miał wiele uroku. I możliwości. Chyba miał genialne zdrowie, skoro przetrzymał w tym trybie trwania.
Mikuś był rozważny i mądry. Rodzina, którą stworzyli z Teresą miała i ma wszystkie walory, które znałem z domu jego rodziców. Może kiedyś opowiem o jego wspaniałych zagraniach gdy czasy były niejasne i dla właściwego działania trzeba było mieć dużą ostrość widzenia. Nawet gdy potworny odpad z Czernobyla dotarł do jego organizmu, potrafił oprzeć się i ciągle jest tym samym człowiekiem, do którego zawsze chciałbym zajść na herbatę z makowcem. I zaprosić z całą rodziną do mojej chałupy.
Jak to było, Bogdan zawsze mógł się rozluźnić i potraktować życie jako miłą rozrywkę? Antek zawsze mógł wylać wódę do klozetu i zasłynąć jako utalentowany specjalista? Mikołaj mógł odkryć swoje inne strony utrzymując kochanki i robiąc intrygi? Jeśli mogli, czemu to im nie przytrafiło się?
Byłem kiedyś w takiej paranoicznej grupie dyskusyjnej, gdzie dyskutanci najbardziej bali się, że w przyszłości będą nam wszczepiać czipy i będą kontrolować nasze zachowania. Ale wydaje się, że czipy, z którymi żyliśmy, sterowały nami bezlitośnie. Niełatwe i nieczęste było odczipowanie się. Było? A może nie było
Czy to wstęp do eseju o wolnej woli i determinacji? Nie, to nie dla mnie tak głębokie tematy. Nawet nie wiem co to jest wolna wola. I nie pamiętam nazwy tej serii z brytyjskiej telewizji, o której opowiadała mi moja siostra Ewa. Filmowali grupę młodych - a potem coraz starszych - od maleńkiego. Co siedem lat kolejny odcinek. Mówiła mi, że to przerażające, że te prawie oseski już miały napisane na czółkach jakie będą miały role w ostatnim odcinku.
Czy zakończę opowieść mówiąc jak to wszystko sprawiedliwie rozwiązuje się w niebie? A skądże, przecież wiedzą państwo o moich przekonaniach metafizycznych. Skąd takie podejrzenia?
Z tego, że zapowiedziałem szczęśliwe zakończenie?!
PROSZĘ PAŃSTWA! Przepraszam, ale tego naprawdę nie spodziewałem się. Co ja mam zrobić, żeby unikać takich nieporozumień? Myślałem, że to bardzo jasne wyrażenie: Relacja ze szczęśliwym zakończeniem. Relacja, nie życiorysy moich przyjaciół.
Gdybym zamierzał szczęśliwie zakończyć ich życiorysy, urywałbym opis przy jakimkolwiek dobrze zapowiadającym się epizodzie: miłosne uniesienie, rozgwar biesiadników na urodzinach, śmiech dziecka, szacunek w oczach kolegów z pracy. Takich plamek ciepła i barw mieli wiele - a jak to się w całości wyważało niech krytycy sztuk plastycznych wyceniają.
Ja obiecałem, że relacja dobrze się skończy. Proszę zauważyć parę szczegółów. Po pierwsze, jeśli państwo ciągle tu są a ja ciągle rozwijam te uwagi, to żyjemy. Państwo żyją. Ja żyję. Ciągle wygrywamy w tej partii o byt. Po drugie, porozumiewamy się naszym własnym językiem. To nie jest rosyjski ani niemiecki, choć nie brakło projektów prowadzących ku temu. Ani też miejsce urodzenia nie zobowiązało nas do używania chińskiego czy arabskiego, z nieodzownym udziałem w ich jakże sławnych kulturach. Rozmawiamy po polsku. Po trzecie, ten polski jest niepodobny do brutalnego bełkotu z postępowych powieści, bo nie wpadliśmy do wirówki mody. Używamy języka do przekazu myśli.
I w końcu, choć mówimy o niełatwych sprawach, w naszym małym gronie nikt nie wyciągnął na stół magazynu o życiu gwiazd, o skandalach wysoko ustawionych bandziorów, o szykownych lokalach odwiedzanych przez ich synów. Nie wdaliśmy się w wyperfumowane atrapy informacji. Zatrzymaliśmy się przy temacie, który może nas prowadzić do odmiennych odczuć i wniosków. Ale jesteśmy razem. Nawet bez obietnicy bajki.
I to jest właśnie bardzo piękne. Bardzo państwu dziękuję za tę wizytę.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu