<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Najpierw pójdzie wyjaśnienie czemu tak nie lubię jak pisze ktoś do mnie na wydziałowy adres, zapamiętany w książkach adresowych życzliwych osób. Jeśli zerkną państwo na ten obrazek:
uświadomią sobie państwo jeszcze raz, że karuzela durnoty internetowej kręci się tak w piątek jak i w świątek i nigdy nie popuszcza. To kawałek opisu wielkanocnej (przepraszam za wyrażenie) „korespondencji”. Zauważają państwo, że niektóre posłania doszły w niedzielę ale wyskoczyły datą w poniedziałek? Widocznie wypluły je maszyny z Dalekiej Azji, gdzie nastał wcześniej nowy dzień.
Bardzo różne są motywacje dziobaków wdających się w wysyłkę tego śmiecia: od głupoty ideologicznej (zwalczajmy imperializm internetowy) poprzez głupotę młodzieńczą (choć latek mam jedenaście to potrafię wysłać milion listów dziennie) do głupoty handlowej (może półgłówek zamówi u mnie Viagrę domowej produkcji?) I wydaje się, że będę musiał długo z tym współżyć, bo mój administrator uniwersytecki daleki jest od emerytury a nie ma ochoty nauczyć się jak się instaluje program „spamassassin”.
Drugie wyjaśnienie będzie - odstukajmy w niemalowany plastyk - całkiem zbędne, ale to tak na wszelki wypadek. Też kwestia komputerowa. Pojawił się na monitorze pewien bardzo niemiły komunikat i niestety to nie pierwszy raz. Tego typu błędy są zgłaszane gdy źle się dzieje z płytą główną. Więc byłaby to awaria, która może mnie zwrócić do papierowego, niekomputerowego życia na parę miesięcy, bo to niestety nie jest kwestia wymiany HD czy czegoś co zmieściłoby się w bieżącym budżecie. A komputer, który mam na uniwerku jest śliczną ozdobą biurka, i szef mi oznajmił, że jak sobie kupię nowy to będę go miał w instytucie.
Więc gdybym stąd znikł na jakiś czas to proszę nie przysyłać domniemanej wdowie epigramów ani nie podejrzewać, że nie odpisuję, bo nikogo nie lubię. Łatwo zapominamy jak niepewny i niestabilny jest świat internetowy.
Kolejne wyjaśnienie będzie powolniejsze od obżartego ślimaka, ale jednak je popełnię. Chodzi o alternatywę. Nie, żadną tam konkretną alternatywę, ale o wszelkie oweż na świecie, czyli o termin techniczny. Osoby, które w szkole miały dobrego nauczyciela matematyki i nie spały na jego lekcjach, bardzo przepraszam za zanudzanie. Kto miał dobrą nauczycielkę, jak wyżej.
Słowo albo nazywa się kleik przepraszam, spójnik. Służy do zlepiania dwóch zdań w jedno: albo zjem pierwsze ciastko albo zjem drugie ciastko. Matematyk powie, że ma tu alternatywę, ktoś inny może będzie obstawał, że są tu dwie alternatywy - i nie będziemy spierali się kto ma więcej racji, bo to klasyczny przepis na duże bulgotanie w małym garnuszku. W różnych środowiskach ten sam termin jest inaczej pojmowany i świat nie powinien zawalić się od tego.
Jak ciastek będzie więcej a tematów do rozmowy mało, to da się sporządzić jeszcze dłuższe zdanie: albo zjem pierwsze ciastko albo zjem drugie ciastko albo zjem trzecie ciastko. Państwo może powiedzą, że mają trzy alternatywy, ja będę mówić o alternatywie z trzema możliwościami, ale ani państwo ani ja nie wytrzymają rozwinięcia powyższego zdania w pełnej formie gdy ciastek będzie osiem albo czternaście. To nie byłoby nudzeniem ale zarzynaniem tępym językiem.
W takiej sytuacji powiemy „to samo”, ale w inny sposób. Przypuszczalnie tak: zjem któreś z tych czternastu ciastek lub wsród tych czternastu ciastek jest takie, które zjem. Ale matematyk unika słowa „jest”, bo boi się filozofów. Więc powie raczej: istnieje taki ciastkowy numerek między jeden a czternaście, że zjem ciastko z tym numerem. I taka konstrukcja językowa:
istnieje takie coś, że nastąpi zdarzenie opisane cosiemjest tak często używana, że ten kawałek zwrotu (rozbity na dwie części)
istnieje [...] takie, że [...]otrzymuje skrótowy, symboliczny zapis, ostatnio w formie wywróconego do góry nogami E. Dawniej używano powiększonego V, udającego „dużą” alternatywę, bo albo ma swój symbol prawie identyczny z literą v. I cały ten skrót, ten symbol, nazywa się kwantyfikatorem. Więc kwantyfikator to nie wyróżnienie ani obraza, ani nagroda, ale termin ze szkolnego jeszcze „rachunku zdań”.
Tak, są dwa różne kwantyfikatory. Ten opisany przed chwilą to „egzystencjalny” rozszerzający możliwości słowa albo. Drugi, wymyślony dla słowa i, nazywają kwantyfikatorem uniwersalnym, ale on też nie gryzie i nie poniża. Nikt nie może zabronić osobom piszącym w księdze korespondencji Makutryny używania słowa „kwantyfikator” nadając mu nowe i fantazyjne znaczenia. Ale warto pogodzić się z rzeczywistością i zaakceptować to, że owe słowo ma już ustalony sens.
Ostatnie dzisiejsze wyjaśnienie związane jest z blokiem 54 dotyczącym napisanego przeze mnie listu w imieniu pana Hitlera.
Tekst był mój ale wierzę w to, że cytat był naprawdę owego słynnego pisarza. Nie potrafię wskazać gdzie on się jawi, bo nie mam egzemplarza „Mein Kampf” w domu. Podobno było to w latach 90-tych wydane po polsku. (Mój słownik mi sugeruje, że oprócz znaczenia „moja walka” tytuł niesie też znaczenie „mojego wyzwania”.) To dłuższa i osobna sprawa ze sprawdzaniem autentyczności cytatów i ten wątek zostawię na inny raz. Załóżmy tu, że cytat jest poprawny. Zajmijmy się tym „co autor miał na myśli” czyli o co mi chodziło.
Nie jestem amatorem spotkań autorskich dla wyjaśnienia w parę godzin tego co nie zostało wyjaśnione na czterystu stronach. Ani ośmiu godzin DVD podających wersje tego, co nie weszło do 90 minut filmu. Ani errat, które należy nakleić na radio przy słuchaniu kiksów słynnej pieśniarki. No, zrobię wyjątek dla filmu „8 1/2”, bo był zabawny.
Jeśli więc dostaję pytania o co mi chodziło to moja chęć zaskoczenia państwa udała mi się nieco lepiej niż trzeba, czyli klapa. A może rzecz w czym innym, może jestem tak cyniczny, sardoniczny i kostyczny, że dla państwa jest to wręcz i wnóż niewyobrażalne? Więc paru wyjaśnień jednak nie uniknę.
Czy chciałem zaszokować? Nie. Zaskoczyć? Tak. Wystarczyłoby mi, gdyby zaskoczony czytelnik poczuł się zobowiązany do powrotu do początku tekstu i jeszcze raz go odczytał dość uważnie. Jakie miał wyciągnąć wnioski? A skąd ja to mogę wiedzieć, przecież czytelnik wyciąga wnioski ze swojej a nie z mojej głowy. Ale chciałem nakłonić do przyjęcia pewnego sposobu patrzenia na rzeczywistość. Może wyjaśnię to opowiadając moją ulubioną ale jak najprawdziwszą anegdotę.
Małe miasteczko w interiorze stanu Santa Catarina, zgromadzenie przedwyborcze w udekorowanej sali z wygodnymi fotelami, na sali dobrze ubrani kupcy, przemysłowcy, ksiądz proboszcz, fazendeiros. Innymi słowy, bardziej na prawo nie da się bo tu kończy się piedestał. (Owa partia wówczas nazywała się PPS, jedno z tych P od progresso, a S oczywiście od social. Do dziś zmieniła parokrotnie nazwę ale nie skład osobowy.) Przy mikrofonie młody człowiek z krawatem czyta tekst: „ będziemy walczyli o równość społeczną, o sprawiedliwy rozdział bogactw narodowych, o jak najszybszą reformę rolną ” W tym momencie jakiś zapieniony fazendeiro nie wytrzymuje, podnosi się i wrzeszczy: „co to jest *&^%$, czy to wiec partii komunistycznej?!!” Zdumiony człowiek przy mikrofonie godnie odpowiada: „spokojnie, drogi panie kolego, przecież czytam urywki naszego statutu partyjnego!”. „Aha” - rozluźnia się fazendeiro, spokój wraca na salę.
Piszę postępowe statuty partyjne ze zniżką, lewą nogą i w środku nocy. To znaczy, mogę pisać, dla rozrywki, ale inni robią to naprawdę i na poważne. I nikt nie pisze w programie kupy wydrwigroszy „wycyckamy z was wszystko, i radźcie sobie jak chcecie”. Z pewnością sformułowania będą brzmiały dużo lepiej, coś o porządku społecznym, o rozbudzeniu ambicji i szansie wzrostu - i nieuchronnie parę zamaskowanych kpin o rozdawaniu wędek.
Gdzie nie rozglądnąć się po demokratycznym świecie, złotouści stają się tyranami (a przynajmniej bardzo się starają). Często zostają zbrodniarzami, przychodzą nowi złotouści jeszcze gorsi, lud wzywa do powrotu starego albo przynajmniej jego syna czy zięcia. (Czy nazwisko Sukarnoputri coś państwu przypomina? A Mugabi? Nie, ten sprzed 24 lat to nie ojciec obecnego, to ten sam Robert.) Opowiadają banialuki o puszczaniu złodziei w skarpetkach albo o zdejmowaniu podatków z bogatych po to, żeby biedni mieli szanse wzbogacenia się. And so it goes.
Die Gedanken sind frei. Dziś należy to tłumaczyć: „idee są gratis”. I ich atrapy niestety też. Nie jest za darmo uczenie się jak je odróżniać, ale nie wszystkim chce się. I tu motyw tragedii: tak ci, co uczą się tej sztuki jak i inni (czyli demokratyczna większość) głosują.
Czy wnuk Jaruzelskiego, wysławiając osiągnięcia dziadka, któregoś dnia mógłby dojść do władzy? Trudno powiedzieć, to zależy od głupot, których narobią kolejni rządzący. A potomek Idi Dada Amina w Ugandzie? Niełatwo wykluczyć to tak całkiem. A nieznany potomek Hitlera? Wydaje się, że tu jest granica zapominania, że temu mężowi stanu pamięta się jego osiągnięcia. Dlaczego więc innym tak łatwo zapominamy? I czemu łapią nas na najgłupsze obietnice?
Nie zawsze jest tak źle, powiedzą mi państwo. W istocie, pan Vaclav Havel to była zdumiewająca odmiana. No i co, uczymy się czegoś studiując jego przykład? Wydaje się, że nawet Czesi tego nie czynią.
Kiedyś wduszano mi w pamięć przygłupie hasło, że Polska nie miała swojego Quislinga. Dziś jest mi istotniejszym, że Polska nie ma swojego Havela.
Até logo.
POSTSCRIPTUM
Proszę państwa, bierzemy dzisiejsze (14/II/2004) „Życie Warszawy” i w artykule Patrycji Koteckiej czytamy:
Lider Samoobrony znów szokuje
Szokujace wyznanie Andrzeja Leppera: Hitler mial dobry program.
Oczywiście pisząc 57-my blok przemykało mi przez myśl nazwisko tego polskiego męża stanu - choćby dlatego, że jest niepokojąca analogia w łatwości, z jaką można było wsadzić tego pana do kryminału i jak bardzo unikano wypełnienia tego obowiązku. I oczywiście nie wyobrażałem sobie, że zdarzy mi się aż tak dobre wyczucie czasu.
Szczerze i uczciwie mówiąc: wolałbym nie mieć go. Ani wyczucia ani Leppera.
A ja tu roiłem o polskim Havelu
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu