Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
ogonek bez przecinka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 56, 6/IV/04

Dziwne pomysły

Proszę państwa, popełnię literacką zbrodnię i wyłożę puentę moich wywodów w pierwszym zdaniu: ja bym dał ulicę, pomnik i park Siomie Fajtlowiczowi.

Chociaż … czy to naprawdę dobry pomysł? Z pomnikiem dla Fajtlowicza w Zielonej Górze była już dość smutna historia. Z parkiem źle by było, bo tam by psy i dzieci ganiały, więc co to za hołd? A ulica by była szara a w Siomie nie ma niczego szarego. Więc może tak się do tego wezmę: wydaje mi się, że choć wśród znanych nam z Zielonej Góry ludzi nie brakowało dużych talentów w bardzo wielu dziedzinach, to są niezłe powody do wysławiania Siemiona Fajtlowicza, bo jego wkład do świata myśli jest jednym z najbardziej znaczących. Nie świata zielonogórskiego czy lubuskiego czy krajowego, ale po prostu do świata myśli.

Proszę państwa, jeśli pojawi się tu po drodze nazwisko, które nic państwu nie mówi, proszę nie wpadać w kompleksy ale też proszę nie nakłuwać moich wywodów podejrzeniami, że widzę ze świata tylko tyle ile da się widzieć z zawodowego zaścianka.

Wydajne działanie (a również szansa na mecenat) w świecie Akademii przywiędłyby gdyby ogłaszać się tak energicznie jak w innych dziedzinach kultury. Więc na ogół wielcy stąd są cisi. A ludzie szukając sław do uwielbiania kierują się uchem: „idźmy tam gdzie jest najgłośniej.” I w dodatku, choć sławy z Akademii umieją pisać mądrze i ciekawie, trudniej jest znaleźć ich utwory w kiosku na stacji autobusowej czy w księgarni.

Kłopot staje się olbrzymi gdy z jakichś przyczyn taka osoba świadomie ogranicza rozprzestrzenianie się wieści o niej. Nie warto zanudzać państwa technikaliami, ale proszę mi wierzyć: gdy kompilowałem ową płytkę Math Landscapes (Pejzaże matematyczne) z materiałów internetowych, wiedziałem, że musi tam mieć swoje miejsce Jan Mycielski, ale on nie zadbał nawet o wystawienie w Sieci listy jego publikacji! Jedynie znalazł chęć na żarcik z sympatycznym obrazkiem cielaka na stronie z informacjami o nim. I świat został rozbity na dwa nierówne kawałki: grupa ludzi, którzy mieli bezpośredni kontakt z nim i żywią do niego najgłębszy szacunek - oraz reszta świata, która nigdy o nim nie słyszała. Gdyby chociaż chciało mu się robić skandale albo gdyby zwariował, to może wyszedłby z tego dobry film. A tak to nic - ani filmu, ani haiku.

Nie pamiętam dokładnie kiedy to było - okolice roku 1968, powiedziałbym. Przerwa w seminarium profesora Mycielskiego. W gronie stojących osób każdy może otworzyć buzię i gdybym miał więcej zdrowego sensu to słuchałbym jedynie, być może na klęczkach. Ale obdarzony przywilejem wykazywania się głupotą wdaję się w rozmowę o komputerach. Komentując jakąś uwagę profesora, mówię: „chyba wielu matematyków niecierpliwie czeka na moment gdy komputer stanie się tak potężny, że będzie można zlecić mu dowodzenie twierdzeń, a ludzie będą mogli zajmować się jedynie wymyślaniem ciekawych hipotez”. Mycielski spogląda z delikatną ironią, ale odpowiada jak dorosłemu rozmówcy i to pełnymi zdaniami. Nie będę przypisywał mu sformułowań, których nie pamiętam, ale sens wywodu był dokładnie taki: „wręcz odwrotnie, rozwój komputerów pozwoli na to, że niewdzięczna praca z eksperymentowaniem, analizą resultatów i wysuwaniem hipotez będzie mogła zostać zepchnięta na nie, a rasowy matematyk będzie mógł zająć się prawdziwie twórczą działalnością polegającą na odrzucaniu lub dowodzeniu tych hipotez”.

Tak zdumiewająco mi to zabrzmiało, że zdołało mi to zamknąć buzię. Nie miałem wielu szans na wywiedzenie się co sklaniało profesora do tej wizji, bowiem wkrótce potem stał się północno-amerykańskim uczonym z Boulder, Colorado. Ale opinia owa była tak odmienna od wszystkiego, co mi układało się w głowie na temat komputerów, że nie dało się jej zapomnieć. Gdyby powiedział to ktoś mniejszej postury może bym ów pogląd zlekceważył, ale lekceważenie poglądów Mycielskiego byłoby intelektualnym samobójstwem.

Później widziałem jego prace z najróżniejszych dziedzin matematyki, o muzyce, z logiki, o budowie mózgu - i mogłem tylko zazdrościć Siomie Fajtlowiczowi, który z wrocławskiego matematyka zamienił się przy intensywnej pomocy ciemniaków w kolegę instytutowego Jana Mycielskiego w Boulder.

Skok o 20 lat do przodu. Napisany przez Siomę program Graffiti formułuje w żywiołowo rozwijającej się dziedzinie matematyki, w teorii grafów, całą lawinę problemów i hipotez. Czego brakuje tu do szczęścia to jacyś znani matematycy, którzy zadaliby sobie trud dowodzenia tych hipotez, nieprawdaż? Ale nie, nie brakuje niczego, szczęście jest kompletne. Prawie cała światowa czołówka rozwijająca teorię grafów, począwszy od legendarnego Paula Erdősa, pracuje nad owymi hipotezami.

Czemu zacząłem historię od Jana Mycielskiego? Może mylę się sugerując, że idee rozsiewane przez Mycielskiego zakwitły w działalności Siomy? To możliwe, ale raczej nieprawdopodobne. Jeśli Jan Mycielski zadawał sobie trud wyjaśniania swych poglądów w przerwach w seminarium to ileż rozmów nie miał on z północno-amerykańskim matematykiem Siomą …

Oj, to chyba niedobry pomysł z pokpiwaniem z kwestii narodowościowych. Niechcąco mogę wprowadzić krajowych mędrców od spraw Syjonu w ciężki kociokwik. Nigdy by nie zrozumieli co się we Wrocławiu działo: prawdziwy polski hrabia, który robił za sekretarza u Żyda.

O owym pracowawcy mawiano nieco złośliwie, że jego największym odkryciem naukowym był Stefan Banach. Ale Hugo Steinhaus miał niesamowite wyczucie do uwypuklania ciekawej matematyki w bardzo praktycznych, codziennych kwestiach. Praktyk od początku do końca? Nie, bo pod koniec drogi wdaje się wraz z Mycielskim w niesłychanie abstrakcyjne konsekwencje ich aksjomatu determinacji, o którym wiele jeszcze będzie się pisać w XXI wieku. Mycielski, subtelny filozof z dozą lekceważenia dla komputera (w korespondencji nie myśli nawet o używaniu znaków diakrytycznych i nie wydaje się zainteresowany dowiadywaniem się co to jest np. przeszukiwarka) zasiewa niecodzienne pomysły w otoczeniu. A pomysły te są całkowicie poza głównymi ścieżkami przebieganymi przez specjalistów od „sztucznej inteligencji”. Sioma, jeden z najbłyskotliwszych matematyków z Wrocławia, który jeszcze w okresie robienia doktoratu nie miał większej wiedzy o komputerach, wdaje się w sprawę i tworzy program uważany dziś za jedną z najciekawszych w świecie realizacji jeśli chodzi o poduczanie i rozwijanie inteligencji komputerów.

Jeśli ktoś z państwa zaciął się w sobie przed kilkunastu minutami, że nic z tego nie rozumie bo nie interesuje się matematyką i komputerami, to proszę rozważyć to z punktu widzenia czysto pedagogicznego. Cała odmienność między dwoma podejściami (tym, które wpojono nam na temat dziejowej roli komputerów i tym, którego użył Sioma) może być opisana tymi dwoma zdaniami:

  • Zadawaj pytania komputerowi a on ci da coraz więcej odpowiedzi.
  • Podawaj odpowiedzi komputerowi a on ci zada coraz więcej pytań.

Ach, miły moment dla feministek. Program jest rodzaju żeńskiego (o czym zapewnia jej ojciec i matka czyli Sioma). Ona nazywa się G. Galatea Graffiti.

Wiem, proszę państwa. Póki nie pojawi się o tym artykuł w Newsweeku albo w Sternie to nie ma o czym mówić. A jak pojawi się to wszyscy zaczną przeglądać pudełka z korespondencją by znaleźć cenny własnoręczny podpis Siomy. To normalny tok spraw. Chyba nigdy inaczej nie było, chyba nigdy inaczej nie będzie. Mało prawdopodobne, by Stern tak bardzo nie miał tematów, by stoczył się do poziomu matematyki. Ale gdyby to się zdarzyło, łatwiej będzie państwu z pogodną miną oświadczyć głośno w ożywionym pokoju: „dla mnie to zawsze było jasne, że on wypłynie na wierzch”.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu