Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
kropka przed przecinkiem i bez ogonka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 53, 16/III/04

Podanie nie do odrzucenia

Oo, czemu tu taka ponura atmosfera? Wszyscy smutni? No to zastosujemy terapię szpitalną. Z pewnością wiedzą państwo z własnego lub spokrewnionego pobytu w szpitalu, że lekarz tak sobie dopomaga, lekarstwo mniej-więcej - i jedyną ulgę przynosi słuchanie o dolegliwościach innych, bo wtedy uświadamiamy sobie, że nie jest tak źle z nami.

Gdy piloci są oskarżani za zachowanie premiera przy życiu a dochodzenia nisko przyklejane jak wypluta guma do żucia pokazują, że wszyscy sa skorumpowani ale niektórzy skorumpowańsi, dobrze na humor państwa podziała nieco wieści ze słonecznej Brazylii.

Tak nawiasem, przed paru dni miałem dialog, w który państwo nie będą chcieli uwierzyć. Dowodzi to, że takiego czegoś to ja bym nie wymyślił. Był to w miarę chłodny dzień, mile widziany po serii nieznośnie upalnych, i mój rozmówca czekając na wypisywany przeze mnie czek zabawiał mnie uwagami: „no chyba już się skończyło lato? Całe szczęście. To co teraz będzie? Wiosna? A może jesień? Nie, chyba wiosna, co?” Uspokoiłem go, żeby się nie przejmował, że choć technicznie czyli kalendarzowo do 21 marca mamy lato, to tak naprawdę mamy tu tylko dwie pory roku: leje albo nie leje.

To taki drobny refleks abstrakcyjnego nauczania, opartego na podręcznikach żywcem tłumaczonych ongiś z francuskiego a teraz z angielskiego. Wykuwają dzieciątka o śniegu i o spadających liściach a tu zawsze zielono i zawsze rośnie fasolka. Trzeba tylko pamiętać kiedy są tanie truskawki (wrzesień), kiedy winogrona (luty) a kiedy pomarańcze (kiedykolwiek).

Przejdźmy więc do narzekania na dolegliwości. O jednej z nich chyba nawet w odległej, egzotycznej Polsce państwo słyszeli: rządząca Partia Pracowników nie była tak dziewicza i ideologiczna jak to się wydawało. Dowiedziono, że gry hazardowe sympatycznie dokładały do jej kasy, co z pewnością dopomogło w wyborach sprzed półtora roku. Chodzi głównie o bingo.

Miałem koneksje z bingo od dziecka, ale wówczas nazywało się to „Chińczyku, nie irytuj się”. A teraz bingo straciło koneksje z dziećmi a nawiązało z kacapami, którzy chcą pieniędzy bez pracy, oraz z paru rodami z Sycylii. Zewnętrze zrobiło się bardzo wytworne (prawie tak wytworne jak banków z Avenida Paulista w São Paulo) a o wnętrzu lepiej nie mówić, bo będzie cuchnąć aż do końca naszej rozmowy. Zaraza ta była utłuczona przez dyktatora sprzed 50 lat, Getúlio Vargas, a zmartwychwstała z poprzedzającym Lulę prezydentem, którego imienia nie chce mi się przypominać. No i gdy wybuchnął skandal, Lula pokazał, że wie jak się rządzi: zamiast mówić o swoim kasjerze i jego powiązaniach z półświatkiem finansowym, wydał dekret likwidujący z dnia na dzień bingo w kraju.

Proszę państwa, szybki test na zdobycie tytułu homo politicus: jaki był najgłośniejszy argument protestujących właścicieli bingo? Pan Kazik z przedostatniej ławki? Tak, słucham? No, zaimponował mi pan. Oczywiście: ileż to osób zostanie bezrobotnych i ile gospodarka kraju straci w podatkach i w produkcie globalnym.

Zdumiewa mnie jak niejednorodnie używa się tego argumentu. Stosuje się go do wódy, ale nie do pędzonej w domu. A przecież tak czy inaczej to powiększa produkcję krajową. Używa się go w przemyśle tytoniowym ale nie na temat marihuany czy Ecstasy. Niektóre kraje doceniają już wkład gospodarczy dawany przez prostytutki i liczą na przychodzące od nich podatki (choć nie wiem czy zachęcając je do wzmożonej produkcji). Gry hazardowe są rzekomo dźwignią i podporą sportu ale z niezrozumiałych dla mnie przyczyn morderstwa na zamówienie nie wchodzą w rachuby narodowe. A przecież jeśli takie coś ma swoją stałą cenę to ma zapewne i wartość, a jak ma wartość to trzeba sklasyfikować, zaplanować i opodatkować.

No więc doliczono się, że pośrednio i bezpośrednio ponad 100.000 osób utrzymuje się z bingo. Wniósłbym stąd, że przez bingo 300.000 osób przestaje się utrzymywać przy sensownym życiu i wdaje się w potępieńczy taniec wiecznego dłużnika, ale dzięki temu może pół miliona lichwiarzy i ich rodzin ma zapewniony godny żywot, więc wszystko idzie dobrze jeśli wierzyć w rachunki ekonomiczne.

Może i nie warto wspominać publicznego egzaminu konkursowego z Mato Grosso, gdzie egzaminator, komendant stanowej policji, z przyjemnością odkrył, że pierwsze trzy miejsca zostały zajęte przez jego syna i dwóch siostrzeńców. Nic tak nie cieszy jak genetyczne potwierdzenie własnych talentów. Szkoda, że publiczny prokurator spowodował unieważnienie egzaminu. Musi nigdy nie słyszał o sławnych rodzinach typu Bach czy Dumas i chciał się wybić. Wcześniej czy później zostanie wybity.

Przejdźmy do własnego stanu. Maleńkie to, ale postępowe. Trochę ponad 1% powierzchni Brazylii, prawie 2,5% jej ludności, ale radzi sobie dzielnie. Czy dotarły do państwa przed paru miesiącami te historie o okrutnym rządzie Luli, który nakazał biednym 90-latkom pojawić się osobiście w bankach, by udowodnić, że istnieją i wypełnić okropne formularze przed otrzymaniem swoich zasłużonych emerytur? Formularze sprowadzały się do paru pytań (wiek i adres), ale hałas był spory.

No więc może nie była to całkiem bezzasadna akcja. Stanowy prokurator publiczny ujawnił, że pod podejrzeniem fałszerstwa jest w samej Świętej Katarzynie 170 tysięcy procesów przyznających emeryturę. Trzęsie się ze strachu w grobach wielu emerytów - co będzie z ich krewnymi gdy zostanie potwierdzone ich prawdziwe miejsce zamieszkania?

Proszę państwa, zrelatywizujmy to, jeśli liczba „170000” komuś nie imponuje. Zdaje się że 3% ludu tego stanu dostaje fałszywe emerytury. To znaczący i ładny wynik, nawet w światowej skali.

Ale najzabawniejsza historia zaczęła się w Joinville, największym mieście tego stanu. To godne uwagi miejsce, gdzie zawsze można znaleźć Bratwurst oraz Eisbein, gdzie produkuje się znaczną część samochodów brazylijskich (choć w świadomości publicznej honor ten należy do metropolii São Paulo, która jednak głównie montuje, a nie produkuje wozy) i gdzie nawet Balet Bolszoj ma swoją filię. Otóż miejscowe władze otrzymały przed paru tygodniami donos, że w miejscowym burdelu prostytuuje się dzieci i nieletnie. Odpowiednia komisja udała się natychmiast na wskazane miejsce ale nic nie zdziałała. Ze środka wyszedł pewien pan, pokazał dokument dowodzący, że jest stanowym komendantem policji i jako taki nie wpuści do środka nikogo, bo tam wszystko jest w porządku.

W środku były chyba dość wesoło, nieoficjalne doniesienia mówią, że był tam w owym momencie szef owego komendanta czyli sekretarz (stanowy minister) bezpieczeństwa publicznego. Oraz cały jego entourage. Męski, bo siły żeńskie były lokalne.

Podejrzewa się, że w istocie burdel pracował jak należy, bez dzieci i nieletnich, a donos był zagraniem politycznym, by skompromitować jedną grupę, która nie tak dawno przegnała od władzy inną grupę, która nie potrzebowała chodzić do burdelu bo gdzie stawiała nogę tam stawał się burdel. Tak czy inaczej, komisja z Joinville składała się z poważnych ludzi, którzy nie dali się zastraszyć, zrobili rejwach i chwilowo pan komendant jest zawieszony, co chyba oznacza, że musi otrzymywać pensję bez prawa do pojawiania się w pracy.

Prasa wołała o jak najszybszy powrót z USA pana gubernatora, gdzie miał przebywać na wczasach wykorzystując je twórczo na kurs językowy. Ale gdy wrócił, mój człowiek w rządzie uświadomił mi, że pan gubernator bawił w USA na kuracji odwykowej, bo jest zdecydowanym i wiernym alkoholikiem. Była w tym pewna logika, skoro do zalewania pały rządzący używają najchętniej zagranicznych whiskey, to niech i odlewają pałę za granicą. Do miejscowych klinik idą ci, co zalali się miejscową caipirinha.

(Ach Jacku, Jacku, co za wspomnienia wywołuje to smakowite słowo … Ale gdy wyjechałeś to nie ma z kim sobie zapić, bo Vanilda ciężko znosi zapach alkoholu.)

Co się stało gdy pan gubernator wrócił? Natychmiast zapytał pana komendanta co w burdelu robił. A pan komendant godnie odpowiedział, że nie wiedział, że tam był burdel. Doskonale go rozumiem. Widzi człowiek ganiające półnagie dziewczątka i myśli: „czyżby trenowały one do programu Big Brother Brasil? No to trzeba dopomóc młodym talentom. Policja musi się integrować ze społeczeństwem!”

Proszę państwa, jeśli mamy w tym stanie kumoterstwo i przekupstwo, prostytucję i ochlajstwo, to chyba jest udowodnione, że Santa Catarina godnie kultywuje tradycje, na których oparta jest europejska kultura. I dlatego należy jak najpoważniej rozważyć kwestię przyjęcia tego stanu do Unii Europejskiej.

To prawda, nie ma tu jeszcze skandali z pedofilią w stylu belgijskiego procesu pana Marc Dutroux, nie ma strachu przed Arabami ani holenderskich czy szweckich zabójstw polityków, ale wszystko przyjdzie z czasem. Należy przyjąć do Europy i trochę odczekać.

Dostrzegają tu państwo pewne problemy geograficzne? Ja nie widzę żadnego. Jeśli Polska może należeć do organizacji związanej z Północnym Atlantykiem i bronić wolności w środku Azji, to komu by przeszkadzała w Unii taka portugalsko-niemiecka Santa Catarina?

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu