Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
kropka nad kropką i inne nowinki:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 46, 18/XI/03

Pszczółki i te rzeczy

Proszę państwa, zastanowiłem się kiedyś czy ja tu robię za trutnia czy za pszczółkę. Jak państwo pamiętają, pszczółka zasysa sobie słodycze to tu, to tam, ale od niechcenia przenosi pyłek z kwiatka na kwiatek i kwiatki są bardzo wdzięczne. (Podoba się pani wystąpienie w roli kwiatka? Ależ w pełni pani na to zasługuje!) Natomiast truteń niczego podobnego nie robi i los jego nie jest wesoły. Szło mi oczywiście o to, że powtarzam tu państwu wieści doskonale znane z innych miejsc i nie wymyślam żadnych własnych mądrych teorii. Więc spytałem domowego biologa czyli żonę jak to jest z zostawaniem trutniem albo pszczółką a ona mi przypomniała całkiem zapomniane mi ze szkoły historie o partogenezie czyli dzieworództwie dla zostania trutniem i o zapłodnieniu dla pszczółki. Śmieszne, żeby po portugalsku przypominano mi kto to był ksiądz Jan Dzierżon, chociaż ona nie mówiła o kropce nad zet.

(A skoro blisko Dzierżoniowa jestem, to z dumą zawiadamiam, że jednak znam i to osobiście wspomnianego w 42-im bloku Gabrysia Ławita. On sam to wyznał. Ale nie wiedziałem, że to jego była popularna na rajdach pieśń „I cała nocka pełna jest polucji na samą myśl o wielkim Wodzu Rewolucji ”. No tak, wówczas lepiej było dla jego zdrowia, że autora nie cytowano przy każdym wykonaniu na scenie czy przy ognisku.)

Wracając do owadów. Jakoś mi smutno było, że to może z dzieworództwa jestem trutniem (a zerknięcie do lustra na to wskazuje) ale prawda okazała się jeszcze smutniejsza. Zapładnianie jajka z przyszłym trutniem niczego by nie dało - artykuł z National Geographic mówi, że przyszłe trutnie i przyszłe pszczoły mają odmienne zespoły chromosomów. Są to nowinki o płciowym życiu pszczół, oceniane przez fachowców jako „rozwiązanie 150-letniej łamigłówki”.

W dziedzinie życia płciowego pszczółek i niepszczółek to jeden z nielicznych sukcesow z ostatnich stu lat, o którym mi wiadomo. Rzut oka na kroniki z odnośnego tematu ujawnia niewiarogodną mieszankę, w której głupota mogła pojawić się w sosie ideologicznym czy naukowym, a największe sławy XX wieku bywały uwikłane w monumentalne brednie.

Zacznę od opowieści regionalnej i mało istotnej. Przez swój skromny wymiar umożliwia ona zrozumienie którędy intelektualne wybryki sław smutnie wchodzą w życie zwykłych ludzi. Opis o cierpieniach milionów jest bardziej rzetelny, ale na ogół nieczytelny. Albo nieczytany.

Było to przed 15 laty. Partido dos Trabalhadores (Partia Pracowników, dziś u władzy) zdobywała swoje pierwsze pozycje w mało znaczących burmistrzostwach i w parlamentach stanowych. Pani Marta Suplicy chyba nie marzyła wówczas o kierowaniu São Paulo, jednego z największych miast na świecie a Lula stawał do każdych wyborów prezydenckich raczej dla sportu i z obowiązku partyjnego. Wtedy to zawędrowałem z Wackiem i z António, działaczem PT, do Porto Velho, stolicy stanu Rondônia. Był to początek eskapady amazońskiej. W mieście mieliśmy towarzystwo Almira, partyjnego przyjaciela António, parlamentarnego doradcy posła z ich partii. Młody ten i niemądry człowiek zaskoczył nas w pół godziny po zawarciu znajomości opowiadaniami o swoich przygodach z młodziutkimi dziewczynami, prawie dziećmi. Gdy wyraziliśmy z Wackiem nasze zaskoczenie, wyjaśnił nam, że nie rozumieliśmy Amazonii. Tu kobiety dojrzewały wcześniej. Kwestia wilgotności gleby. Było to potwierdzone badaniami naukowymi. Powinniśmy poczytać o tym, najlepiej w pracach seksuologa Marty Suplicy.

Nieco później w skromnym hoteliku rozglądałem się w łazience za jakąś lekturą gdy uświadomiłem sobie, że rozłożona na podłodze jako ścierka do podłogi miejscowa gazeta była sprzed 3 miesięcy, ale nader aktualna. Duży nagłówek obwieszczał wywiad z wizytującą region sławą z São Paulo, panią psycholog Martą Suplicy, wyspecjalizowaną w sztandarowych dla lewicy seksualnych tezach (prawo do małżeństw homoseksualnych stało na początku szeregu). W artykule wyjaśniała ona, że powietrze w tym regionie było wilgotne a dziewczyny zaczynały życie seksualne wcześnie. Na tej podstawie dawało się postawić tezę, że wczesna inicjacja seksualna prowadziła do wilgotności amazońskiej gleby, ale ona wolała opowiedzieć się za czymś równie mądrym choć wręcz odwrotnym. To wilgotność klimatu przynosiła wcześniejsze dojrzewanie kobiet.

Wystarczyło tego stempla naukowego, by tacy jak poznany przez nas doradca parlamentarny zrozumieli nieuchronność swoich poczynań biologicznych przy nawiązywaniu romansów z 14-letnimi panienkami. Można to opisać jako integrację życia z nauką.

Przygotowałem scenę na wejście większych sław: początek wieku, wchodzi Zygmunt Freud i wnosi rewelacyjną teorię transferencji doznań łechtaczkowych u dziewczyn na doznania pochwowe u kobiet. Jak tego sobie nie przetransferuje to nie jest kobietą i kropka, rzekł mądry mężczyzna. W detale nie wdawał się, czy transferencja miała iść milimetr na tydzień czy też doznania hop! i już były tam gdzie zdaniem mędrca być powinny.

Czy istnieje polski przekład eseju Stephena Jay Goulda „Male nipples and clitorial ripples”? Mam go w tomie „Bully for brontosaurus” z 1991 roku. Cała ta pocieszna historia jest tam szczegółowo opisana, łącznie z trudnościami, które napotkał raport „Seksualne zachowanie ludzkiej samicy” z 1953 roku opracowany przez ekipę Alfreda Kinsey'a. Nieprzeliczona ilość kobiet na świecie cierpiała przez swoją wiarę w biologiczne fantazje Freuda, przekonana o własnej nienormalności fizycznej. Ciekaw jestem czy gdzieś na peryferii gabinetów psychologicznych, wśród starych praktyków tej dziedziny, do dziś nie wciska się tych ciemnot biednym a ufnym kobietom.

Dużo sławniejszą jest afera z rzekomą „rewolucją seksualną ”, która miała odbyć się gdzieś w latach 60-tych. Może to najbardziej osławiona ze światowych rewolucji.

Dziwne, że zdarzyła się w istocie, ale dobre 40 lat wcześniej.

Pigułka? Zgoda, lata 60-te. Hałaśliwe i zbiorowe wyzwanie społeczne manifestacją upodobań homoseksualnych? Tak, to ten sam okres. Ale to było bardziej publicznym smakowaniem dań, które już od dawna były pichcone bez większego rozgłosu ale w wystarczającej temperaturze. Kto wątpi w trafność przypisania tych zmian społecznych latom 20-tym niech życzliwie zerknie na kolekcje fotografii z lat bliskich I-szej Wojnie Światowej. Zdjęcia ubrań, wyrazów twarzy, pozycji ciała na zdjęciach przed 1914 i po 1918. Długość spódnic, papieros na ulicy, ostry makijaż - wystarczy to, by rozproszyć wielką część wątpliwości.

Naprawdę muszę wdać się w wyjaśnienia? Robili to już różni dobrzy specjaliści, ale że nie mam pod ręką dobrych odniesień (a po polsku nigdy ich nie znałem) spróbuję opowiedzieć to po swojemu.

Prawo kobiety do pójścia do łóżka z kim miała ochotę (bo nie o prawo mężczyzny do niekaralnego seksu szło przecież w tej historii) było konsekwencją ogólnego uwolnienia kobiety z kuchni i pozwolenia jej na pójście do miasta. A dostała prawo do wyjścia na ulicę, bo mogła wreszcie pracować poza domem. A mogła pracować poza domem, bo musiała pracować poza domem, bo wszyscy prawie mężczyźni poszli na wojnę. Zostali tylko dyrektorzy i kierownicy. I ktoś musiał zastąpić w fabrykach i biurach pracowników, którzy wtedy gnili przez cztery lata w okopach.

Po czterech latach nie było tak łatwo zagnać ją z powrotem do kuchni i pralni. Ale musiała tam wrócić, bo wrócił do domu mąż czy brat czy ojciec, więc wróciły też jego gacie do prania i jego żołądek do wyżywienia. Sprawę rozwiązały agentki rewolucji seksualnej zwane pralką, lodówką oraz kupą innych wichajstrów mechanicznych, które pozwalały kobietom na pracę na dwóch etatach, w domu i poza domem.

A gdy zaczęła mieć troszkę własnych pieniędzy, zaczęła podejmować niezależne decyzje w kwestii wydawania ich. I pojawiły się niewyobrażalne przedtem pomysły takie jak rozwód albo życie bez oficjalnego partnera.

Dla dopełnienia obrazu trzeba powiedzieć też o głębokich zmianach, które przeżyli mężczyźni tego pokolenia. Otóż to częste w antropologii zjawisko, że nieznajomość lokalnych języków czyni wszystko egzotycznym i ośmiela do niedopuszczalnych w innych warunkach pomysłów. Coś takiego przydarzyło się paru milionom purytańskich obywateli USA. Przerzucono ich znienacka do innego świata i pomieszały się im kody. Towarzyskie rozmowy z Francuzkami czy Niemkami miały smak wyzwolenia, ich miny wydawały się wyzwaniem. Wracali do domu i zaczynali rozmowy ze swoimi ukochanymi w stylu zupełnie nieznanym w owym kraju. Powtórzenie tego zjawiska u milionów osób (i pojawienie się podobnego fenomenu w krajach europejskich) w ciągu paru lat przekształciło model damsko - męskich zachowań wypracowany przez zachodnią kulturę w przeciągu prawie dwustu lat.

A ponadto: przy największym szacunku dla pigułki, proszę zauważyć, że wyprzedzająca ją o dwadzieścia lat penicylina usunęła inną barykadę na drodze do szczęśliwego łóżeczka dla każdego i dla wszystkich. Kiła nie miała już być wyrokiem dożywotnim. A o rzeżączce można było przestać mówić i myśleć.

Po obśmianiu Freudowskiego mitu o spacerze kobiecego orgazmu z łechtaczki do pochwy oraz innego mitu o dużym koncercie z narkotykami, który miałby przekształcić świat zmysłów, na co byłaby teraz kolej? Chyba na encyklikę Pawła VI pod tytułem „Humanae Vitae ” - „O ludzkim życiu”. W podtytule: „O regulacji urodzin”. Był to lipiec 1968 roku. Zaczęła się jedna z największych polemik doktrynalnych Kościoła katolickiego mających bezpośrednie konsekwencje społeczne.

Jedną z najistotniejszych reakcji było pojawienie się w księgarniach już w 1969 roku książki Wolfganga Wicklera „Sind wir Sünder? Naturgesetze der Ehe ”. (Polskie wydanie w serii „plus minus nieskończoność” pod tytułem „Czy jesteśmy grzesznikami? Prawa naturalne małżeństwa” ukazało się w 1974 roku.) Przedmowa Konrada Lorenza (który miał dostać nagrodę Nobla cztery lata później, ale był już uznanym autorytetem w kwestii zachowań zwierząt) gwarantowała, że tyczy się dzieła poważnego i rozważnego. Papież w encyklice wygłaszał poglądy o związkach między czterema funcjami wynikającymi bezpośrednio z życia płciowego: łącznik uczuciowy pary, przedłużanie gatunku czyli reprodukcja, wychowywanie młodych, komórka społeczna stabilizująca całe społeczeństwo. Papieska teza o naturalnej nierozdzielności tych zjawisk została rozmontowana i unicestwiona przez biologa, który z katolickiej lecz naukowej pozycji upraszał papieża o wypowiadanie niepodważalnych i nieomylnych osądów w jego dziedzinie, czyli w teologii, zostawiając to co naturalne biologom.

Niewiele to pomogło. Choć czas stworzył szokująco odmienne warunki życia i umiar niespecjalistów bardzo by dopomógł w rozwiązywaniu tragicznych dylematów ludzkości, następny papież dużo energiczniej niż Paweł VI wdał się w rozgłaszanie opinii z całą pewnością bardziej należących do biologii niż do teologii.

Proszę zauważyć, że używam poprawnie słowa „tragedia ”, jak nauczono mnie w szkole. Nie chodzi bynajmniej o gwałtowne czy niespodziewane zajścia. Idzie tu o tragizm wyboru między dwoma sprzecznymi racjami. Każda z nich ma głębię, historię i emocjonalny ciężar. Sprawy kontroli narodzeń, nadzoru nad życiem seksualnym młodych ludzi, kwestie związków seksu i ekonomii, seksu i chorób, wszystko to byłoby boleśnie trudne do powolnego rozwiązywania nawet przy największym umiarze i dobrej woli wszystkich zaangażowancych w rozmowę. Przy dogmatycznym zatrzaskiwaniu drzwi dostaje się jedynie wpychanie całych społeczeństw w stan niewypowiedzialnego cierpienia.

Jesteśmy dopiero w latach 60-tych a już mamy 12 Kb tekstu? Więc czas na zatrzymanie się tutaj. Myślę, że za tydzień wszystko to będzie ciągle aktualne i żaden istotny postęp nie nastąpi tu szybko.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu