<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Proszę państwa, przy porządkowaniu korespondencji sprzed 25 lat znalazłem coś na temat mojego dzisiejszego nastroju. Czy mogę zacząć od tego?
Miałem nieco zawikłaną administracyjnie sytuację, mój „titre de voyage” (czyli paszport uchodźczy) miał ważność na jeszcze 10 miesięcy a oferujący mi pracę uniwersytet z odległych miejsc żądał, bym miał paszport ważny co najmniej na rok. Chyba musieli mieć pewność, że mieliby dokąd mnie odesłać gdybym bardzo im się znudził. Urzędnicy francuscy ani nie chcieli rozmawiać o przedwczesnym przedłużaniu ważnych papierków no i pan Giedroyć poradził mi: „niech pan napisze do pana X”. Napisałem tak ładnie jak umiałem: „Mam nadzieję, że mój list nie zabrzmi nader obcesowo - no bo trochę dziwna historia, nieznany Panu człowiek ni z tego ni z owego prosi o radę i ewentualną pomoc” - i wyjaśniłem kto-m ja zacz i czemu mu do drzwi stukam. Po sześciu dniach miałem odpowiedź co tak się zaczynała:
Szanowny Panie!I tak dalej. A czemu to cytuję?W ostatnich latach udało mi się załatwić pewną ilość spraw - mniejszych i większych - naszym rodakom. Stąd ci ostatni wyciągnęli logiczny wniosek, że ja napewno rządzę Francją.
Dlatego też otrzymuję najrozmaitsze „zamówienia społeczne” do wykonania. Ostatnio, jakiś nieznany mi ksiądz z Kraju spędziwszy kilka dni we Francji przysłał mi swoją książeczkę p.t. „Palić czy nie palić” polecając mi wydanie jej po francusku.
Wydaje się, że nie mój list był powodem rozdrażnienia pana X. Coś mu dojadło - może ksiądz a może nieksiądz - i warknąłby na każdego, kto by wówczas do niego się zbliżył. Czy to takie rzadkie? Hmm, a czy słyszeli już państwo o dzieciach co dostają ochrzań dlatego, że rodzice wstali lewą nogą?
Normalna sytuacja, ale chciałbym uniknąć pojawienia się w niej w charakterze naburmuszonego typa, co warczy i gryzie. Ale mój nastrój ku temu mnie predestynuje. Bo nie pamiętam czy wspominałem państwu o tym, ale mam ostrą alergię na głupotę, a z głupotą miałem aż nadmiar spotkań w ostatnich dniach.
Więc zrobię tak. Ponarzekam tu trochę, żeby usprawiedliwić moją zeszłotygodniową nieobecność a potem pójdę warczeć na inne podwórko. A za tydzień wrócimy do naszych regularnych gramatycznych gawęd.
Przed laty tak, muszę zacząć od prehistorii. Nie umiem inaczej. Przed laty było tu stanowe przedsiębiorstwo telefoniczne Telesc (Telecomunicações de Santa Catarina) o jakości rzadko spotykanej w Europie, tak dobre jak najlepsze firmy z USA. Natychmiast podejrzewają państwo, że pliszka śpiewa hymn o własnym ogonie bo innych nie widziała? Rozumiem, państwo kojarzą Brazylię z Nordeste, z feudalizmem, z karnawałem. Słusznie, ale z drugiej strony jeśli to jedna z najważniejszych ekonomii świata to skąd to się bierze, zaledwie ze sprzedaży soi?
Skłoniłem państwa do przyjęcia na chwilę, że mogło to być prawdą? Wyśmienicie, dziękuję. Połączenia były szybkie, wszystkie usługi (w okolicach 1980) skomputeryzowane, naprawy błyskawiczne, funkcjonariusze uprzejmi i kompetentni. Raj? Nie, rozwój systemu był wyhamowany, czekało się na otrzymanie linii przez parę lat. Ale to nie miało związków z Telesc, lecz z rządem federalnym. Przyjaciele i znajomi króliczka zmontowali system, w którym drogi telefon (ponad $1000) zwracał się w akcjach giełdowych a w międzyczasie pracował na właściciela jako linia wynajęta za nie mniej niż miesięcznie $25. Jak żona ministra i jego kuzyn mieli po 200 linii na łeb to już dawało się żyć, więc po co rozwijać nowe centrale.
Było sobie przedsiębiorstwo, było, ale się skończyło, bo je sprzedano. Bo jak każdy wie ale nikt nie rozumie, jak rząd ma to musi przynosić to straty, a jak rząd to szwagrowi sprzeda to stanie się to zdrowym przedsiębiorstwem w kwitnącym kapitalizmie.
Sprzedano Telesc firmie co nazywa się Telecom. Linie stały się szeroko dostępne, oferty nabywania nowych linii osaczają posiadaczy telefonów od rana do późnego wieczoru (to nie nazywa się chamstwo ale telemarketing) tylko z jakością usług coś dziwnego się stało. Znikła. A gdy coś nie działa człowiek dzwoni na 0800 buba buba i wypisuje na telefonicznej klawiaturze wszystkie znane liczby między trzy a trzy miliony a potem słucha etiudy do Elizy. A gdy już nie może jej więcej słuchać, dochodzi do wniosku, że w zasadzie co nie działa to nie ma znaczenia. Ważne jest, żeby już nigdy więcej nie słuchać etiudy do Elizy przerywanej zapewnieniami, że jakaś pani o głosie Barbie jest szczęśliwa, że do niej zadzwoniono.
Przed rokiem założyłem połączenie internetowe DSL poprzez Telecom. Wybór był mały - modem na telefon albo oni. W zeszły czwartek zmienili routery marki Cisco na inne marki Siemens i kilka tysięcy ich abonentów zostało odciętych od Internetu.
Zaczęli od naprawiania tego co wiedzieli jak - czyli ustawień dla abonentów mających komputery z systemem Windows. Tacy jak ja zostali skazani na radzenie sobie samym. Dzwoniąc na 0800 buba buba słyszało się, że strasznie się cieszą, że dzwonię, ale bardzo im smutno bo nie świadczą usług dla Linuxa.
Proszę nie gniewać się za parę wyjaśnień, ale zapewne nie każdy z państwa rozumie jakiego to rzędu bzdura. Może w parę minut zdołam coś tu wyjaśnić.
Komputer nie jest fotogeniczny. Od początku nie ma szczęścia do artystów - gęby mu przyprawiali twórcy typu Goddarda. Komputery w filmach władały indywiduami i społeczeństwami, wdzierały się do mózgów i do organizacji, ale gdy miały powiedzieć trzy słowa to miały głos zepsutego odkurzacza. Taka ich uroda.
Jeszcze gorzej działo się gdy o komputerach myśleli zawodowi myśliciele. Wychodziło im czarno na białym, że komputer wie za wiele i dlatego jest niebezpieczny. Nie pytali czemu jest normalnym, że przy poszukiwaniu pracy muszę spowiadać się kandydatowi na pracodawcę ze stanu rodzinnego, z wieku i z posiadania teczki z dyplomami. Powinna go interesować tylko moja zdolność wykonywania zawodu, zgoda? A to można sprawdzić w ciągu jednodniowego stażu. Komputer nie ma tu żadnej winy.
Potem przyszedł komputer - ozdóbka domowa. Od dwudziestu iluś lat oglądam co jakiś czas tę samą baśn w tv jak to będzie wyglądał dom przyszłości. Komputer będzie odpowiedzialny za wszystko. Wygaszanie świateł, spuszczanie wody, podgrzewanie papki dla oseska i - uwaga, uwaga, to nieodmienny gwóźdź programu - pani domu w kuchni będzie mogła oglądać w komputerze przepisy kuchenne.
W międzyczasie komputerami stały się przeróżne urządzenia, od zegarka i pralki do drukarni i piekarni, ale filmy i reklamy tv ciągle sprzedają mit domowego uszczęśliwiacza wyłączającego światło i informującego, że przyszła poczta.
W ilu już filmach oglądali państwo te śliczne gołąbki? Macha skrzydełkiem, zostawia na wirtualnym biurku wirtualną kopertę, a głos panny Barbie potwierdza, że to nie sen: „przyszedł do ciebie list”.
Proszę państwa, na dwóch kontach komputerowych dostaję dziennie koło 400 listów. (Na uniwersyteckim to głównie spam.) Gdyby mi ta banda gołąbków latała z listami w dzióbkach to musiałbym siedzieć przy komputerze z naładowaną dubeltówką.
Te gołąbki to bezradność filmowców by opowiedzieć jak wygląda życie przy używaniu tej maszynki. Internet to nie gołąbki ani Windows. Firma Microsoft próbowała przechwycić tę drogę dla swoich wyłącznych usług. Zabrali się do tego z 20-letnim opóźnieniem i z nadmiarem pazerności. Gdyby ktoś wyprowadził te gołąbki na dłuższy spacer, to Internet nic na tym by nie ucierpiał. Może zamiast kursów klikania rozwinięto by paru kursów redagowania listów i pisania do rzeczy.
No więc te dziobaki z Telecom odwiedzają mnie w domu. Nie mieści im się w głowie, że muszą poprawić coś w swojej centrali a nie tu. I składają mi jakieś nieprzyzwoite oferty.
Proszę sobie wyobrazić, że ktoś zepsuł wejściowe drzwi do mojego domu i przysyła stolarza z nowymi. One nie pasują do framugi i stolarz pyta: „a czy nie lepiej by było gdyby pan przeprowadził się gdzieś indziej?”
Otóż przychodzą te osoby mające jakieś tytuły rzekomych specjalistów od informatyki, nie rozumieją co trzeba zrobić i pytają mnie: „a czy nie może pan zmienić Linuxa na Windows?”
Chyba najzabawniejszy był taki (sympatyczny zresztą) człowiek od Siemensa. Zobaczył, że pracuję na konsoli i wykrzyknął zdumiony: „o, to DOS?” Jaki tam DOS, Blada Twarz, Unix miał już 20 latek gdy DOS próbował wejść na rynek. No i zakłopotany specjalista pytał: „a pan nie ma tu jakiegoś Internet Explorer?” Chodziło mu o ekran z grafiką - czemu nie, mam, z przeglądarką Mozilla i innymi pipsztykami, ale pracuję bez bzdurek co rozpraszają uwagę. Może wyjaśnię to na obrazku. Powiedzmy, że piszę coś w LaTeX-u - mój ekran tak wygląda:

Niczego więcej nie potrzebuję. Składnia podświetlana kolorami doskonale pomaga mi w unikaniu nadmiaru formalnych błędów i mogę skupić się na meritum.
W końcu zrezygnowałem z usług tej całej ferajny, poddałem się niemiłym operacjom douczania się komputerowego i z pomocą mego guru od informatyki rozwiązaliśmy problem. Dziesięć zmarnowanych dni, kilkadziesiąt idiotycznych rozmów z manekinami z 0800 buba buba, cztery domowe wizyty od pseudo-specjalistów. I co bardzo mi było niemiłe, zostawienie Makutryny bez obiecanego 43-go bloku w obiecanym momencie.
Proszę państwa, słyszę, że Telecom wchodzi na polski rynek usług. Moje gratulacje. Może szkoda, że ktoś w polskim rządzie nie pomyślał by popytać po świecie jak to wygląda tam gdzie ta firma już weszła. A może to rządu nic a nic nie obchodzi. Ważne jest by prywatyzować. Bo państwowe to nierentowne, nieprawdaż?
Eech, uchniem
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu