Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
kreska nad e oraz ogonek pod c:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 41, 30/IX/03

Odnośniki

Bardzo państwa przepraszam za spóźnienie. Typowe kłopoty z molem książkowym. Jak wlazł przed paru dniami w książki to dopiero głód (i obowiązek pójścia do pracy) stamtąd go wyciągnęły.

Cierkawe. Chciałem powiedzieć ciekawe, ale celowo nie poprawię, żeby pokazać jak jestem zadyszany i jak się spieszę. Więc ciekawe, że można bez wstydu przyznać się do bycia molem książkowym, ale ci co wsiąkli w komputery nie chcą uznać, że są komputerowymi pluskwami. I jeśli dobrze pamiętam, to nie chodziło tam w Los Alamos o pluskwy, lecz o karaluchy. Nie było w tym błędu autorów wyrażenia, bo bodajże używa się w Stanach słowa bug także dla ogólnego określenia owada, ale miłe zwierzątko co przegryzało druciki unieruchomiając programy to nie była pchła.

Mój śpiew o wyższości książek nad komputerami bierze się z (jeszcze jednego) konkretnego wydarzenia. Ktoś w zeskanowanym własnym artykule wspomina dwóch autorów. Jednego z nich, przypisanego do roku 1010, niejakiego al-Fachri, nijak i nigdzie nie znalazłem. (Wynik jest znany i prosty: suma sześcianów kolejnych liczb od jedynki do n-tej to liczba trójkątna o numerze n podniesiona do kwadratu, ale poruszyłoby studentów, że takie coś jest znane od tysiąca lat.) A w innej tożsamości człowiek cytuje Marchanda. Poszukiwania w Sieci dały mnóstwo ciekawych materiałów, ale odszukałem dokładne dane o tym D.Marchand (i przypisanie go do roku 1877) w niezawodnej History of the Theory of Numbers Dicksona. No, przynajmniej to będę mógł spokojnie cytować. Nie znoszę cytowania bez pewności, że moje dane są poprawne - co warte jest sianie kwiatków lewą ręką jeśli prawa sieje zielsko?

A jaki tego związek z praktycznym życiem, z pensją, z kwiatami dla żony i z kolibrowym lotem zawisaka? Jest, jest, zyski konkretne z takich bibliograficznych poszukiwań są dużo większe niż ktoś z państwa mógłby się spodziewać. Przyznaję, że zdarza się to i w Sieci, bo mnie w pewnym momencie wrzuciło do artykułu Jamesa Marchanda o „Symbolicznej naturze Wszechświata” gdzie poczytałem o związkach między średniowieczną poezją niemiecką a liczbowymi wzorcami w geometrii - ale dużo ciekawiej było gdy brnąłem przez tom 64 pisma The College Mathematics Journal. Zwiódł mnie na ubocze wywiad z człowiekiem, którego czytam wszystko co potrafię. Freeman Dyson. Wywiad sprzed 9 lat. Z pewnością już go czytałem, ale ostatnio jestem zanurzony w rozmowy o Polsce sprzed lat, co było cudnie i co gdzie cuchnie - i zupełnie nowym okiem odczytałem ten urywek jego wspomnień z 1941 roku ze studiów w Cambridge u legendarnego matematyka G.H. Hardy'ego:

… Było tylko czterech studentów wokół stołu. Był tam Aronszajn, który później osiedlił się w tym kraju. Był szeregowcem w polskim wojsku i zawsze przychodził w mundurze. Było wielu Polaków, którzy dotarli do Anglii na emigrację z polskim wojskiem. Mieli oni tylko dwa patenty. Albo byli pułkownikami albo szeregowcami. Zawsze łatwo było powiedzieć kto jest kim, bo gdy byli Żydami to byli szeregowcami; a gdy nie byli Żydami, byli pułkownikami. Aronszajn był szeregowcem …

Chciałbym, żeby ludzie co opowiadają o słynnej i odwiecznej polskiej tolerancji przekonali prof. Dysona, że jego odczucia i opinie były całkiem błędne i że Polska nie była taka, że jest mnóstwo szkalowania i w ogóle nasza kultura stoi na chrześcijaństwie, co musi być wpisane w konstytucję Unii.

Nie wiem jak mieszczą się w tym Alfred Tarski i Nachman Aronszajn ale przypominam sobie zaskakujący kontakt z obu tymi panami. Kiedyś miałem kartkę pocztową jednego z nich wysłaną do drugiego - nie pamiętam kto pisał do kogo, nie wiem też jak to trafiło do mnie do domu. Może zaplątała się wsród papierów, które mi zostawił Sioma Fajtlowicz (ach, kiedy ja wreszcie napiszę tu o Uli i o Eli i o Siomie?) A może była w którejś z książek z instytutu, wśród darów dosyłanych z USA?

Tak czy inaczej, jak jeszcze sobie przypomnę, że mój kolega z roku Leszek Pacholski miał pracę napisaną wspólnie z Tarskim, to czuję się jakoś dużo ważniejszy i bliższy Freemana Dysona i mogę schować różne drobne frustracje na inne, gorsze życie. Przy okazji, czemu ci ludzie co wierzą w reinkarnacje zawsze przypominają sobie swoje żywoty książęce i magnackie? A tak karczmarzem z XV wieku to być nie łaska?

Przypomniałem sobie ten nudny i głupi dowcip - chyba Włodek Groblewski opowiedział mi go w Bledzewie. Co on teraz robi - chyba jest w Poznaniu? Tak, słabe dowcipy mają silne życie.

Ostatnio usłyszałem ich całą kupę. Jacek Jarecki mi opowiadał. A opowiadając twierdził, że kojarzy je z osobami. I przypomniały mu się one, bo to właśnie ode mnie przed laty je usłyszał. I teraz zaledwie mi je zwraca. Stary i słaby dowcip, wracający po latach do domu, to chyba gorsze niż rachunek za gaz, który pan Fogg wystawia po 80 dniach służącemu.

Chcą państwo usłyszeć ten dowcip? Co jest takiego w słabych dowcipach, że ludzie chcą się z nimi zmierzyć? Dobrze, opowiem, tyle, że on jest długi, więc będę opowiadał za sceną, moim drugim głosem - ale w tej chwili nie mogę powiedzieć czemu mi się przypomniał, bo wyłożyć przed czasem słaby i długi dowcip to już naprawdę zbrodnia.

Dowcip jest o proboszczu, który wchodzi na ambonę i zaczyna kazanie. Drodzy parafianie! Nie jeden, nie dwa, nie trzy, nie cztery,

Czasami to długa i nieprosta historia z szukaniem odnośników. Przed 9 laty znalazłem w księgarni po portugalsku Imperium Ryszarda Kapuścińskiego. Byłem dumny, że to mój rodak. Czułem się mądrzejszy czytając o tylu ważnych sprawach, o których nie miałem pojęcia. I zafascynował mnie zawodowo urywek w rozdziale o Azerbejdżanie, gdy mowa jest o hurufitach.

Kapuściński informuje, że wedle ich wiary liczby 28 i 32 mają związek ze stworzeniem świata … Ach, dowcip:

nie pięć, nie sześć, nie siedem, nie osiem, nie dziewięć

Byłem wówczas w środku wykładu o systemach liczbowych i wiele razy wracałem do ich magii dla nie-matematyków i ich nudzie, zostawianej matematykom. Czemu - pytałem - matematyk powinien być nudny a ci co bezsensownie używają jego narzędzi mają być ciekawi i tajemniczy? Mówiłem o znaczeniu poszczególnych liczb w różnych kulturach - ale na ogół były to liczby pierwsze. Oczywiście trzy. Siedem. Trzynaście. Miałem moją dozę prania mózgu przez munitów (ci od pana Moona) i dowiedziałem się od nich o potędze liczby trzydzieści jeden. Też pierwsza.

… nie piętnaście, nie szesnaście, nie siedemnaście, nie osiemnaście

A tu pojawiały się liczby wcale nie pierwsze. Obie są ciekawe - 28 już pojawiała się w starożytności, jako druga z kolejnych liczb doskonałych (suma jej dzielników mniejszych od niej jest równa jej samej), spory kawałek Elementów Euklidesa jest poświęcony jej i jej koleżankom - ale nigdy nie słyszałem o jej mistycznej roli. Zacząłem przemyśliwać o zapytaniu pana Kapuścińskiego skąd on to wie, bowiem żadna z encyklopedii w domu czy na uniwerku nie znała tych panów Imadeddin Nemezi ani też Shihabedin Fazlullach Naimi Tebrizi Azterabadi al-Hurufi.

Po roku miałem komputera i zabrałem się systematyczniej do poszukiwań. W międzyczasie brazylijski wydawca Kapuścińskiego przysłał mi jego adres, ale jakoś mi nie tak było z pisaniem. „Szanowny Panie, jestem matematykiem i chciałbym, żeby mi Pan powiedział gdzie Pan wydziobał w Azerbejdżanie te liczby.” Przecież on ma chyba setkę listów miesięcznie od wariatów.

Pchnąć mejla to by się dało, ale adres emejlowy Kapuścińskiego nie chciał się ujawnić. Pojawiła się w Sieci sensacja - AltaVista - ale i u nich nic nie było o hurufitach. I jak by nie transkrybować owe arabskie imiona …

nie dziewiętnaście, nie dwadzieścia, nie dwadzieścia jeden, nie dwadzieścia dwa

W 1996 leciałem do Polski i w planie było zatrzymanie się w Paryżu u przyjaciela z Ceará, robiącego tam post-doc. Wyśmienicie. Pamiętałem, że był w Paryżu spory ośrodek kulturalny arabski. Mają tam encyklopedie, znawców, opowiedzą mi w czym rzecz.

To było najbardziej nudne popołudnie, które jakakolwiek blada twarz kiedykolwiek spędziła w Paryżu. Po godzinie podejrzliwego obwąchiwania mnie (coraz bardziej mi się zbiera na obgadanie tu tej ślicznej cechy moich wszystkich znajomych Arabów) dotarłem do biurka człowieka, który z zapałem wyjaśnił mi jego własną rolę w religii, w językoznawstwie i w kulturze arabskiej i tak starannie wekslował pytania o hurufitach na inne tory, że przez dwa tygodnie później śniły mi się węgorze i piłkarskie dryble i gadanie o dupie Maryni.

nie trzydzieści, nie trzydzieści jeden, nie trzydzieści dwa, lecz trzydzieści trzy lata żył nasz Pan, Jezus Chrystus. Amen!

Wróciłem do Brazylii tak nieoświecony w kwestii dwudziestu ośmiu i trzydziestu dwóch jak z niej wyjechałem. No tak, nawet w Paryżu …

Tak, liczba 33 też nie jest pierwsza i jest ważna w religii.

Proszę państwa, znowu nie było niczego o seksie w Japonii, ale za to pojawiło się parę zupełnie nowych obietnic. Czyli wszystko jest przed nami. A imię wszystkiego jest czterdzieści i cztery.

Więc żeby coś dobrego z tej lekcji wyszło, uprzejmie informuję, że cztery to quatro, ale quarto to tak czwarty jak i pokój, ale w sensie quarto a nie paz.

Fiquem em paz czyli zostańcie w pokoju. Ducha, proszę państwa, ducha.

Aha, i jak te krzesła w tej nowej sali www.makusyny.pl, wygodniejsze? Technologia z USA!

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu