<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Czy zauwa najmocniej przepraszam. Dobry wieczór państwu. Idąc tu rozmawiałem już mentalnie z państwem i zapomniałem o formach towarzyskich. To dlatego zacząłem od środka. Nie, nie chodzi o żadną wydajność na osobogodzinę. Trzymajmy się brazylijskich obyczajów, bez zbędnej gonitwy. Wszystko w porządku? A ciocia? Wszystko ślicznie? No to doskonale. Proszę ją pozdrowić. To do następnego tygodnia. Zaraz, chwileczkę, coś tu nie tak. Po co ja tu przyszedłem? No tak, czterdziesty blok. Nie, wyśmienicie, już zaczynamy.
Czy zauważyli państwo, że kolory źle się tłumaczy z portugalskiego? Już mówiliśmy o zwrocie tudo azul, ktory nie robi aluzji do smutnego bluesa ale do pogodnego nieba, więc wszystko niebieskie oznacza w istocie wszystko idzie wyśmienicie. A teraz chcę wytłumaczyć się z mojego sorriso amarelo, który jest bardziej skrzywioną miną niż żółtym uśmiechem. Nie śmieję się pełną piersią z dowcipu Pana Dostojnika, bo ja ten dowcip już tyle razy słyszałem w Brazylii, że to wprost nie do wiary. Tu rządzący opowiadają go przy prawie każdym spotkaniu z dziennikarzami.
Co za dowcip? To państwo nie słyszeli? Wyczytałem właśnie w „Donosach”, że Pan Dostojnik oznajmił: Odnieśliśmy sukces po czym wyjaśnił, że jedyny problem to niemożność przebicia się do opinii publicznej z informacjami o tym sukcesie.
Całe szczęście, że nie chodzi o niewdzięczne społeczeństwo. Wtedy trzeba by było używać rady Bertolda Brechta: „Gdy rząd jest niezadowolony ze swego społeczeństwa, powinien wybrać sobie inne”. W wypadku niezadowolenia z dziennikarzy mam prostszą radę: „panowie, a złapać to tałatajstwo za mordę, jak to kiedyś robiliście. Nie pamiętacie? Prasa i tv przebijała się do opinii publicznej z waszymi sukcesami dzień i noc. Więcej powiem: wychodziła bokiem.”
Skoro już mnie tak wepchnęło na tematy polityczne, byłby to stosowny moment na odszczekanie czegoś i doszczekanie czegoś innego. Otóż przedłożyłem tu ongiś uwagę, że nie potrafiłem przewidzieć szybkiego a bezkrwawego końca dyktatury ciemniaków i niekiedy broniłem się mówiąc, że nawet Departament Stanu choć specjalistów miał co niemiara, też niczego się nie spodziewał. Czas na malutkie rewizje, które wywracają wszystko do góry nogami. Historyjka będzie trochę nieskładna, ale i rzeczywistość była nieskładną.
Po pierwsze, to nawet w moim bliskim otoczeniu były osoby, co przewidywały, że to się dość szybko rozleci i mówiły mi o swoich przekonaniach. Tak Wacek Timoszyk jak i Jurek Kocik jasno i ze stosownym wyprzedzeniem wyłożyli to - i działali zgodnie z tymi przekonaniami. Wacek działał z daleka ale o ile wiem, to ich akcje - grupy ludzi znających się na elektronice - miały ładne graficzne efekty z pojawianiem się w krajowej tv bez zaproszenia a co to ja będę gadał. Może kiedyś zbierze się on do opisywania tego, zanim nowo wykrzesane pokolenie bohaterów nie przypisze sobie wszelkich bohaterskich wyczynów z przeszłości.
Jurek działał z bliska, co miało dla niego mniej miłe konsekwencje. Do dziś chciałby on się dowiedzieć czy któryś z ubeków, którzy mu zarekwirowali prawie gotową pracę doktorską z grup Liego, wykorzystał materiały dla własnej partyjno-matematycznej kariery. Potem Jurek napisał całkiem nową i inną już w USA i nie chwali się swoimi działaniami, bo nie lubi zaciekłej konkurencji gaduł. Ale może i on coś kiedyś popisze? Przecież należy zostawiać dokumentację na przyszłość, nawet jeśli dziś prawie nikogo to nie obchodzi.
Wojtek Kubalewski przypomina mi, że bardzo dokładnie przewidywał rozwój zdarzeń nasz rodak, Juliusz Mieroszewski. Zdanie cytowane przez Wojtka:
Jestem pewien, że jeszcze wiek XX-ty będzie świadkiem Wiosny Ludów nie tylko w Warszawie i w Pradze, lecz również w Kijowie i w Moskwie.można zestawić z najgenialniejszymi przewidywaniami politycznymi Józefa Piłsudzkiego.
A więc nasza ziemia obrodziła wizjonerami, a tylko w USA ich zbrakło? Oj, coś mi się zaczyna widzieć, że inaczej to stało.
Zacznę od wspomnień człowieka, którego bardzo podziwiam. Sidney Greenfield. Antropolog, brazylianista, Fulbright scholar. W sześćdziesiątych latach badał tu rozprzestrzenianie się kultów religijnych w społeczeństwach miejskich - a więc trudno tu powiedzieć czy to jeszcze antropologia czy już socjologia. Tak czy inaczej, szło głównie o umbandę. Bardzo ta religia jest przemieszana z wątkami chrześcijańskimi - i proszę, by mówili państwo umbanda, a nie macumba. Zwrot znany państwu z tytułu powieści Choromańskiego to dzisiaj określenie wartościujące, odnoszące się raczej do zabiegów magicznych i to nie tych najbardziej dobrodusznych.
No i Sidney studiował to wszystko w Salvadorze, stolicy stanu Bahia i w innych miejscach, więc znał nie tylko język portugalski ale i elementy yoruba i świetnie rozumiał mentalność białych Brazylijczyków i czarnych Brazylijczyków. Wiedział wiele o tym kraju i bardzo go lubił. No i w 1964 przyszedł pucz, nazywany przez spiskowców „rewolucją”. Sporo się po tym primaaprilisie 1964 roku obróciło - a najbardziej to, że bardzo (lecz mile) zaskoczone USA natychmiast odpaliło pełnemu dobrych intencji wojskowemu rządowi całe góry dziatlików. Nie chce mi się sprawdzać w google'ach, ale były tego miliardy dolarów.
Sidney tak to opowiada. Niezadługo po brazylijskim przewrocie wybiera się znów do Brazylii i przylatuje na Florydę. I widzi tam przewalające się hordy brazylijskiej middle class, którzy średnią klasą byli by może w USA, ale wedle standardów brazylijskich byli bogaczami. I cały ten radosny tłumek jest intensywnie zajęty shopping spree czyli konsumistyczną hulanką. A może lepiej to oddać: „rozpustą zakupów”. Więc młody ale ceniony specjalista, prof.dr Sidney Greenfield odpala natychmiast memoriał do Departamentu Stanu, w naiwnym przekonaniu, że może władze USA nie zdają sobie sprawy jaki użytek robią nowe brazylijskie władze z tych potężnych kredytów udzielonych na rozwój gospodarki i zniwelowanie różnic społecznych itd.
Mija pewien czas, rozmowa Sidney'a z jego władzami idzie jak między dziadem a obrazem, ale analiza wiadomości i badania na miejscu jasno wykazują: to nie przypadek, to zamiar. Departament Stanu nie może być taki głupi, żeby nie zauważyć, że dziennie wraca do ojczyzny poprzez handel i agencje nieruchomości (bądź to na Florydzie, bądź to w Nowym Jorku) parę milionów dolarów pożyczonych na genialne projekty brazylijskiej renowacji.
A więc kupiono sobie Brazylię. Nie, po co kupować cały kraj. Kupiono mizerne dusze nowobogackich spokrewnionych z wojskowymi, pazernie chwytających cywilizacyjne błyskotki. Parę procent populacji za parę miliardów dolarów - nie tak bardzo znowu roztrwonionych, przecież szybko wróciły do domu. Wyszły towary, ale został dług, który miał zakrzepnąć w późniejszych dwustu czy może trzystu miliardach, które rzekomo Brazylia jest winna. A kto jest winny rozpuście? Rozpustnik, oczywiście.
Kiedyś powiązałem to sobie (z dużym opóźnieniem, przyznaję) z hurtowymi zakupami intelektualistów brazylijskich. Wojskowi chcieli już odejść od władzy, bo zostawał tam tylko smród wmiecionej pod dywan zgnilizny a nie zostało prawie nic w kasie. Nazywało się to abertura lenta, gradual e segura czyli otwarcie powolne, stopniowe i bezpieczne. Chyba jest jasne, że „bezpieczne” dla wojskowych, szło o to by tym okropnym przeciwnikom czyli komunistom władza nie wpadła w ręce. Cywil tak, ale cywil na smyczy. Cywil bez smyczy to komunista.
Miało to doprowadzić do - jak rzekł pan generał Golbery do Couto de Silva - democracia relativa. To chyba coś podobnego do częściowej ciąży, ale dokładnie nikt tego zwierzaka nie zbadał.
(Zabawne, że wkrótce potem poszła także trzyprzymiotnikowa anistia ampla, geral e irrestrita - amnestia obszerna, ogólna i nieograniczona. Większy kąt otwarcia w amnestii niż w otwarciu wyjaśniał się tym, że wybaczano martwym bojownikom i biednym uciekinierom, ale za to także wojskowym co wdali się w tortury czy inne niegodziwości.)
Gdzie w chwili przekazywania władzy jest potencjalne źródło kłopotów? Na uniwersytetach. Studenci są niebezpieczni gdy chwytają w powietrzu idee, ale idei dostarczają im artyści i intelektualiści. A gdyby tak kupić ten cały chłam? Zalać to towarzystwo papką z kaszki manny. Utopić artystów w festiwalach i nagrodach, w wyzwalającym prawie do śpiewania o dupie Maryni i do eksponowania tejże. A tych rzekomych myślicieli zatkać datkami. Tak, to trochę kosztuje, zamknąć pokojowo dziób kilkudziesięciu tysiącom ludzi co dziób by otworzyć mogli, ale jak otwarcie to otwarcie, dziób zamknięty to gwarancja, że otwarcie będzie bezpieczne.
Ça, ce n'etait pas mal, comme une ouverture
Proszę państwa, ja już kończę. Niewiele mam do powiedzenia. Tylko jedno brzydkie i niepokojące podejrzenie. W bloku 28 pokpiwałem sobie, że przekupywanie olbrzymich grup społecznych to brazylijski wynalazek, ale tak sobie myślę: przecież Departament Stanu nie musiał odkrywać Ameryki. Po prostu zastosowano technikę zakupów z 1964. Tym razem kupiono komunistyczne wierchuszki. Najpierw zdrowo ich postraszono, a potem powiedziano: kochani, oto wasze kredyty. Uwielbiamy waszą suwerenność więc nikt nie będzie sprawdzał jak to z powrotem deponujecie w naszych bankach na waszych prywatnych kontach. No, kosztuje to nas trochę, ale i tak to tańsze niż bajkowe projekty wypożyczone z Gwiezdnych Wojen. I zamknęli komunizm.
Ale nie komunistów.
I dlatego dzisiaj dostojnicy różnych maści, zawsze zresztą czerwonawych Tak, mają państwo rację, to strasznie nudna historia. W następnym bloku zajmiemy się skandalami i seksem. Opowiem (jeśli nie zapomnę) jaką techniką kupiono brazylijskich pracowników naukowych czyli uczonych czyli intelektualistów, a potem dla powiększenia nakładu naszych bajtów czyli poczytności kursu przejdziemy do japońskiej prostytucji i do moich kłopotów związanych z nagą małpą. Tak, po tutejszemu to o macaco nu.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu