Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
Jamby, tymby i onomby:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 39, 16/IX/03

Gorzki smak krótkich słów

Proszę państwa, musimy intensywnie wziąć się do roboty. To jedyne wyjście, kiedy nie ma pracy. Statystycznie rzecz ujmując, co piąta osoba wśród państwa jest bezrobotna, co jest dość dowcipnym opisem sytuacji, w której człowiek (a głównie kobieta) ma robotę na cały dzień starając się dożyć do następnego miesiąca.

Przeżywanie do pierwszego jest refleksem dawnych obyczajów gdy miało się pracę i w okolicach pierwszego dostawało się pensję. Skoro pensji i tak nie ma, to dla większości osób równie ambitnym programem mogło by być dotrwanie do dwunastego. Albo do dwudziestego trzeciego. Ale czasami to jest tak łatwe jak dotarcie do czterdziestego albo do minus ósmego. Wyśmienite wyjście w takiej sytuacji to wziąć się za portugalski. Powiększa to szanse na godziwą pracę z interesującym zarobkiem. Tak, równie wydajnie jak ukończenie jakiegoś kierunku z Politechniki. Lecz przynajmniej nie trzeba zakuwać tabel wytrzymałości odlewów żeliwnych ani słuchać nieprzystojności o wałach swobodnych.

Przy okazji: czy jest już międzynarodowy patent na ten genialny wynalazek z nieodpłatną pracą? Zaiste, Polak potrafi i wydaje się, że wymyślono to w III Rzeczpospolitej: godziwa praca z obietnicą, że może po jakimś czasie będzie płaca. Co w tym wszystkim najbardziej mnie dziwi, że gdy widzę jakieś scenki w tv z krajowymi notablami, to wszyscy oni tacy zadowoleni. Myślę sobie wtedy: a może oni z Kanady? Albo z Norwegii? Ale gdy otwierają usta, by kaleczyć tego ehm znaczy się my tu polskiego, to już wiem, że oni nasi.

I dziwię się. Bo gdybym na przykład to ja od paru lat stał w kuchni i widział codziennie, że znowu mleko mi wykipiało tak samo jak wczoraj i przedwczoraj, to chyba przyszło by mi do głowy, że tu coś nie tak. I wtedy stałbym się trochę smutny. Ale im smutki nie w głowie. Taki to by pojechał do Jerozolimy, stanął pod Ścianą Płaczu i uśmiechnął się radośnie do kamery.

Dość ględzenia. Musimy nadrabiać zaległości. A może podrabiać przedległości. Ważne, żeby przed brazylijskim latem umieli już państwo na pamięć parę wierszy. Dlatego wrócę do poezji pana José Paulo Paes. Czemu znowu do niego? Bo go lubię. Bo jego wiersze są krótkie. Bo pod jego wierszami są długie historie.

Chociaż … nie zawsze. Przecież tutaj wszystko jest jasne:

À bengala
Contigo me faço
pastor do rebanho
de meus próprios passos.
    Lasce
Będąc z tobą zostałem
pasterzem stada
moich własnych kroków.

Ma on cykl wierszy o datach i w paru z nich trzeba objaśniać nie wiersz a kalendarz. Ale w tym o 12 czerwca może nie? Czy w kraju jest Dzień Narzeczonych?

Jednak nie obejdzie się bez wyjaśnień. Już było tu to słowo: namorado. Tu nie idzie o obietnicę małżeństwa ale o kochanie się. „Mój umiłowany”? A może „miły”? Jeśli małżeństwo zostawia dorosłych synów i idzie do kina, może usłyszeć od nich: vocês vão pro cinema ou pra namorar? - idziecie do kina czy na czułości? - ale to nie całkiem ten sens. No, nie da się oddać dokładnie.

12 de junho, dia dos namorados

A verdadeira festa
mas pra que fogueira
rojão
quentão?

basta o fogo nas veias
e a escuridão
coração
    12 czerwiec, dzień zakochanych

Prawdziwe święto
ale po co ognisko
petarda
grzaniec?

wystarczy ogień w żyłach
i ciemność
serce

Zaczyna zaciekawiać państwa czy nie będę mieć kłopotów z prawami autorskimi? Chyba nie, bo moje intencje są czyste. Pan José Paulo mieszka gdzieś w São Paulo i nieźle się natrudziłem by wejść w kontakt z nim ale póki co to nico. Ma ponad siedemdziesiątkę i może nie lubi Sieci a może nie ma ochoty na uczenie się głupotek komputerowych? Z wierszy wygląda bardzo skromna osoba, może celowo unika kontaktów?

Mówiłem państwu, że jego wiersze polityczne jestem w stanie czytać? Ale właśnie dlatego, że to refleksja, a nie polityka. I takie to króciutkie …

19 de abril

Dia do Índio
o dia dos que têm
os seus dias contados
    19 kwiecień

Dzień Indianina
dzień tych co mają
swoje dni policzone

Czytałem, że w niektórych szkołach są czytanki o Indianach, którzy wychodzą z wigwamów i rzucają tomahawkami. Wyśmienicie, całe szczęście, że nie bumerangami. A tutejsze ludy miały całkiem inną architekturę (o ile ją miały) i ich dłuuuga i owalna kurna chata, w gruncie rzeczy „pomieszczenie do wszystkich aspektów życia” to maloca. Ale te dziwactwa są zrozumiałe - stąd naprzykład do Yanomami tak mi daleko jak państwu do naszych chłopców pod Bagdadem.

A teraz to trochę opowieści o historii współczesnej. Był to rok 1964 i pan generał Vernon Walters (zmarł w 2002r.), attaché wojskowy w Brazylii chyba miał pypcia na języku od tych długich nocnych rozmówek - ale warto było. Decyzje zostały podjęte, wojskowi odsuną od władzy komunizującego rzekomo prezydenta Jango Goulart. Akcja zaczęła się z rana pierwszego kwietnia. Zaczęli i dopiero potem zorientowali się, że to prima aprilis. Niedobra data - i niedobrze brzmi ona po portugalsku: o dia da mentira. Dzień kłamstwa.

Nawet bez daty miały być kłopoty. Wojskowi nazywali to „rewolucją”. Politycznie niepraworządni - „puczem”. Za mówienie o puczu można było słać do ciupy, ale co zrobić z datą? Można przesunąć. Oficjalna wersja do dziś tkwiąca w podręcznikach: przewrót nastąpił 31 marca. No i teraz idziemy w wiersze.

31º de março / 1º de abril

Dúvida Revolucionária
ontem foi hoje?
ou hoje é que é ontem?
    31 marzec / 1 kwiecień

Rewolucyjna wątpliwość
wczoraj było dzisiaj?
czy to dzisiaj jest wczoraj?

A że dzisiaj już jest jutro, to bardzo ciepło żegnam państwa. Do następnych wierszyków.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu