Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
węzeł w krawacie i w gardle:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 38, 9/IX/03

Ludożerstwo i inne brzydkie grzechy

Dobry wieczór państwu. A raczej szczerze mówiąc, nieprzyzwoicie późna nocka. Ale to nie powód, żeby ziewać. Nawiasem, czasami podziwiam moich studentów. Wchodzę, podchodzę do stołu, już otwieram usta, żeby moim usypiającym głosem powiedzieć „dzieńdobry” a oni już ziewają. Jak oni to zgadli?

Zastanawiam się nad zakupem stroju Wikinga, takie przebranie mogło by ożywić grupę na jakieś 15 minut. I jakie to by było nowe! Byłbym piewszym w historii Wikingiem uczącym barbarzyńców sita Erastotenesa. Ach, co ja wygaduję … Proszę wydelecić sobie parę ostatnich linijek i zaczniemy jeszcze raz od początku.

Dobry wieczór państwu. Chcę opowiedzieć o koncercie opartym na wybranych ariach z opery pana Litwiniuka, pod dyrekcją kapelmistrza Jacka Jareckiego.

Otóż pewnego wieczoru wróciłem do domu i Bilu (obecnie prawie 5-kilowy potwór zjadający skarpetki i chwytający za spodnie) był dziwnie ożywiony. W istocie coś się działo. W drzwiach pojawili się synowie, zażądali zamknięcia oczu a gdy siadłem to dobrze było, że siedziałem, bo cała rodzina łącznie ze szwagierką zaczęła śpiewać drogą każdej Makusyńskiej duszy pieśń

Ja jestem ludożerca,
Ty jesteś ludożerca,
Robimy dzikie miny
I mamy dzikie serca.

Chór wsparty przez gitarę zdumiał mnie. Jakość muzyczna nie była niespodzianką, ale ta wyśmienita wymowa wcale nieprostych polskich dźwięków … Proszę państwa, dla normalnego brazylijskiego ucha dźwięki susza, szusza i siusia są nieodróżnialne - a tu wymawiano (a raczej wyśpiewywano) wszystko z perfekcją.

Tak więc Jacek wzmocnił w mojej rodzinie poczucie narodowości … no jakiej narodowości, proszę państwa? A przecież odpowiedź jest tak prosta: poczucie narodowości brazylijskiej. Przypomniał im ich ważną kulturowo i kulinarnie cząstkę. To magiczny tu termin: antropofagia. Tak, to jest to samo co ludożerstwo, tylko że na greckim obrusie.

Czy mogę prosić o przeniesienie się mentalnie do lat 20-tych zeszłego wieku? Chodzi mi o klimat współczesności czyli modernizmu i futuryzmu. Doskonale to się czuje przypominając sobie wyzwanie Leona Chwistka: Chcemy szczać we wszystkich kolorach. Kosztowało go to profesurę, ale wpisało się do historii dużymi literami. Zresztą we wszystkich kolorach. No a jak to wyglądało w Brazylii?

Też nieźle. Rok 1928, młodzi literaci i poeci w ciągu Semana da Arte Moderna, Tygodnia Sztuki Współczesnej wrzucają na rynek literacki zdrową bombę: pismo Antropofagia. Oswald de Andrade pisze Manifesto Antropófago. Wspomnienie tego skandalu ożywia scenę literacką jeszcze dzisiaj. No i o to autorom chodziło:

A revista de antropofagia não tem orientação ou pensamento de espécie alguma: só tem estômago.
Czyli:
Pismo ludożerstwa nie ma orientacji czy myśli jakiegokolwiek rodzaju: ma tylko brzuch.
Jeśli przyuważyć że niejaki Jacob Pum-Pum (co można by się spolszczyć jako Kubuś Pierdziołek) umieścił taki wierszyk na temat narodowych barw Brazylii:
Combinação de Cores
Verdamarelo
Dâ azul?
Não dá azar.
    Zestaw kolorów
Zielonyiżółty
Da niebieski?
Nie da pecha
to gorące uczucia władz wojskowych, cywilnych oraz kościelnych w stosunku do sympatycznych młodzików powinny stać się łatwe do wyobrażenia.

Czemu właśnie ludożerstwo? Jak popatrzeć nieco na historię Brazylii, tych parę milionów zadręczonych na śmierć Indian oraz kilkanaście milionów Afrykaninów, jak pomyśleć o dziejach dzisiejszych czarnych Brazylijczyków skazanych na los trzeciej kategorii to pytanie rozmywa się w oczywistości skojarzeń. Ale pretekstem literackim jest historia pierwszego biskupa brazylijskiego. I jego 90 towarzyszy podróży. Zapamiętano jedynie nazwisko biskupa: Pedro Fernandes de Sardinha. Wracali do Portugalii. Statek rozbił się na skałach. Indianie z plemienia Caeté (w dzisiejszym stanie Alagoas) zrobili ucztę. Był to pamiętny dzień 16 czerwca 1556 roku.

Nawiasem, ten prezydent Fernando Collor też był z Alagoas. Jak i jego tatuś, senator Republiki, co kiedyś na śmierć ustrzelił w Senacie swojego kolegę senatora.

Po takim wprowadzeniu możemy przejść do czytania poezji. Autor to José Paulo Paes.

L'affaire Sardinha
O bispo ensinou ao bugre
Que pão não é pão, mas Deus
Presente em eucaristia.
 
E como um dia faltasse
Pão ao bugre, ele comeu
O bispo, eucaristicamente.
    L'affaire Sardinha
Biskup nauczał dzikusa
Że chleb to nie chleb, lecz Bóg
Obecny w eucharystii.
 
A że pewnego dnia zbrakło
Chleba dzikiemu, to zjadł
Biskupa, eucharystycznie.

Poezji pana José Paulo Paes będzie tu więcej w następnych blokach. To rzadki przypadek poety, który ma wiersze polityczne, które są wierszami a nie brednią. Zobaczą państwo, obiecuję.

Ojej. Znowu obietnica. No to przejdźmy do obietnicy sprzed zimy czyli dla państwa sprzed lata. Pisałem, że po powrocie opowiem o brazylijskim endemicznym syfilisie. Otóż historyjka tak to brnie przez polski bzdurobór.

Polacy piszący o Brazylii? Nieliczni. Fiedler. Choromański. Bodajże Kapuściński coś napisał. Mam szczerą nadzieję, że ten zapamiętany przeze mnie artykuł nie był jego, bo musiałbym trochę sobie go przewartościować.

Otóż na początku 70-tych lat przeczytałem w jakimś polskim tygodniku artykuł o wrażeniach z Rio. Zapamiętałem zaledwie jedną rewelację, o endemicznym syfilisie w Brazylii. Takie dziwne nosy były tego dowodem a sprawa miała być tak powszechna, że autor opisywał jak to w dobrej mieszczańskiej rodzinie gdzie podwieczorek mu podano ojciec rodziny przepraszał go, że córka nie pojawi się przy stole, bo jej dzisiaj mocno syfilis dokucza.

Bardzo zdumiało mnie to ale co kraj to obyczaj. Musi tacy oni wyrozumiali. I będąc już w Brazylii parę razy tę rewelację przypominałem sobie ale nigdy jej potwierdzenia nie dostrzegłem. Ściślej mówiąc, nigdy nie spotkałem tu człowieka co by mową normalną czy szeptem, z wyzwaniem czy w zaufaniu, do posiadania syfilisa pod własną skórą czy we własnej rodzinie się przyznał. AIDS owszem, czasami jakiś aktor oświadcza, że ma AIDS i wszyscy go za to cenią. Znam fajną dziewczynę z tą chorobą. Mąż jej się zastrzelił i została młodą wdową z dwojgiem małych dzieci i nikt nic z tego nie rozumiał bo nie było śladów kryzysu w jego życiu. Ale po dwóch latach przy jakichś badaniach krwi okazało się, że jest chora.

Dobrze, że się przedwcześnie nie załamała. Gdy obwieściła swój stan bliskim i znajomym, ktoś z jej przyjaciół, bez chorób a z dużym afektem dla niej, poprosił ją o rękę, nóżkę i całą resztę, łącznie z dwojgiem jej dzieci. O ile wiem żyją szczęśliwie i spokojnie. Plotki co do mnie dotarły mówią, że nie używają prezerwatyw. Ktoś mi tłumaczył, że ryzyko zarażenia się w tzw. „normalnym” stosunku jest rzędu pół procenta. Co to dokładnie znaczy nie wiem, ale dziwnie daleko odbiega od telewizyjnego terroryzmu.

A wracając do kiły, to po iluś latach wpadłem na rozwiązanie. Z nosami to proste, siodełkowy nos to taka afrykańska uroda w niektórych grupach etnicznych. Może w Sudanie widząc białego a niskiego człowieka uważają, że ma on zepsutą krew i dlatego nie dorósł. To by była taka naturalna wymiana uprzejmości między-etnicznych. A z cierpieniami przynoszonymi przez chorobę to z pewnością chodziło o enxaqueca (co czyta się „eńszakieka”), której dziobak nie potrafił przetłumaczyć na migrenę.

Tak, do migreny wrócę tu wkrótce. Nie, do syfilisa raczej nie, co wiedziałem o nim ciekawego to już opowiedziałem.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu