<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Pantanal to Białowieża?
Dzień dobry, miło widzieć państwa znowu. Nie, piranie nie wygrały z nami. Nie, myśmy nie wygrali z piraniami. Mam dla państwa przykrą wiadomość: piranie szlag trafił. W ciągu tych 18 lat od mojego pierwszego pobytu w Pantanale dużo się zmieniło. Aż mi się nie chce mówić o tym. I o czym zresztą mówić. Proszę wpaść do Puszczy Białowieskiej i będziemy się doskonale rozumieli. Klimat inny, ale kretyńska mentalność ta sama. Coś tam przetrwało kilkadziesiąt tysięcy lat prawie nietknięte? Ha, ha! To tylko dlatego, że dopiero niedawno myśmy się urodzili. Ale damy sobie z tym radę i na gładkim terenie zbudujemy dla naszych synów centrum handlowe.
Emocjonalny odprysk odpryśnięty, wróćmy do zorganizowanej i systematycznej pracy, która zawsze cechowała nasze spotkania.
Dziennik podróży
Ni mo. Zdaje się Jacek coś pisze. Myśmy mieli jasny społeczny podział pracy. Ja prowadziłem wóz i zamawiałem kajpirinie, Bob prowadził łódkę i bronił nas przed aligatorami a Jacek patrzał i myślał. Jak skończy mu się okres analizy przejdzie do syntezy i chyba coś wrzuci na Makutrynę.
Podróżne znoje
Gdy się mówi po polsku dziennie ponad 16 godzin to żuchwy strasznie bolą.
Pamiątki z podróży
Dostałem przed tygodniem. Z Foz do Iguaçu. Velocidade medida: 73,00 km/h. Velocidade regulamentada: 60,00 km/h. Velocidade considerada: 66,00 km/h. Tłumaczenie: stówa do zapłacenia jeśli przed 3/X/03. Potem to R$127,69. Morał dla młodzieży: Młodzieży! Nie przekraczaj dozwolonej prędkości o 21,666%! Fuj!
Plotki podróżne
Ci moi towarzysze podróży to naprawdę ktosie. Zachęcam wszystkich do sklonowania ich i wyjechania z nimi na jakiś fajny wyjazd.
Więcej plotek
Barek przydrożny. Po drugiej kolejce kajpirinii poprosiliśmy o sól. Nie, do kajpirinii idzie cukier. Sól była do sałatki. Człowiek z barku przyniósł małą zieloną kartkę i solniczkę. Położył na stole. Jacek podniósł, wysypał nieco soli na kartkę i oddał człowiekowi solniczkę. Ten popatrzał na nas niepewnie i postawił ją znowu na stole. „Czemu, Jacku?” - postanowiłem zrozumieć przyjaciela. „A co, coś nie tak?” - zdziwił się Jacek. Strząsnąłem sól i obróciłem kartkę. Druczek do zaznaczania zamówionych napitków i najadków. Czyli rachunek. Najbardziej słony rachunek w życiu Jacka.
Czy te plotki nigdy się nie skończą?
„Co znaczy po polsku Lagoa de Conceição?” spytał Bob. Już ją znał wzdłuż i w głąb, brakowało tylko rozumienia nazwy. Zbrakło mi słowa i po chwili intensywnych przeszukiwań pustej głowy oświadczyłem: „Laguna Zapłodnienia”. „Aha” bez przekonania przytaknęli Bob i Jacek ale po chwili zaprotestowali: „sluchaj, chyba zwiastowania?” W istocie, z tym zapłodnieniem wyglądało to dziwnie, więc ustąpiłem. Ale nocą odzyskałem zdolność tłumaczenia i z rana obwieściłem im: „ani zapłodnienia ani zwiastowania a poczęcia”.
Jacek uprzejmie zgodził się, że Niepokalane Poczęcie bardziej kojarzy się z zapłodnieniem niż ze zwiastowaniem.
Cóż, w ostatnich dekadach rzadko omawiałem kwestie teologiczne, a jeszcze rzadziej po polsku
Refleksja przy powrocie
Pies to wieczne dziecko.
Powrót do pracy
Chwalić Boga nie ma. To znaczy: nie ma pracy bo jest strajk. To znaczy: nie ma codziennych kontaktów ze studentami, więc da się spokojnie i dość wydajnie pracować. Więc pracuję nad notatkami dla studentów, bo doświadczenie mówi, że jak są dobrze przygotowane materiały to współżycie z grupą jest dużo łatwiejsze. Nie dlatego, by się chętniej uczyli, bo kto się uczy to się uczy z materiałami czy bez materiałów. Chyba rzecz w tym, że jeśli materiały są opracowane i dopracowane to następuje jakaś pozytywna a automatyczna selekcja. Ci, co chcą dostać stopień a nie chcą studiować od razu rezygnują. Więc cała ta praca po to, żeby ich przekonać, że prawie wszystko jest tu dopięte na ostatni guzik i nie ma jak przeniknąć na drugą stronę przez ścianę, a jedyne wyjście to uczciwy egzamin.
Niestety nie widzę różnicy między notatkami dla studentów a w miarę uczciwie napisanym podręcznikiem. Czyli kupa roboty za darmo. To nic, przetłumaczę na nasze i może jacyś polscy studenci zauważą to i komuś to kiedyś w czymś dopomoże.
Drobne radości życia
Wróciwszy odczytałem lipcowy list Wielkiego Mistrza Pojednania Lechicko Krzyżackiego. Było tam o mnie. Dobrze. Coś nowego w moim życiu, dawniej miałem śledziona a teraz jestem śledziony. Źbysiek mnie śledzi. Ź ziaźdrością. Nie ma rady, poprosię Angelę o podwyśkę.
Egzystencjalne wątpliwości
Kim ja jestem, co ja tu robię i po co ja to robię. Chodzi mi o te pisanki. Gdy śle się co tydzień do Angeli tekst to nie bardzo jest czas na swobodne rozmyślania. Ale zatrzymanie maszyny (a raczej klawiatury) na dwa miesiące zmienia sytuację. Niby miewam jakiś odzew. Nawiasem, zawsze miły, nikt z korespondentów mi nie ubliża i nie odsyła mnie do diabła czy do szkoły czy do spowiedzi. To już jest pewien sukces.
Ale To Jacek zachęcił mnie do pisania tu (nie tylko mnie, skoro już w tym rzecz. Zdumiewająca jest jego umiejętność skłaniania ludzi do działań). I w czasie podróży zadał wiele pytań o Brazylii. Ha! Więc nawet on mnie nie czyta, bo gdyby czytał to by wiedział i by nie pytał.
Ale to chyba zawsze tak jest. Zdumiała mnie kiedyś uwaga Andrzeja Odłyżki o tych dwudziestu czytelnikach. Nie znają państwo? No właśnie, z powodu takich różnych drobiazgów zawsze mi się wydaje, że jest o czym gadać. Niby każdy może czytać artykuły pana Andrew Odlyzko, słynnego specjalisty od spraw komunikacji i Internetu. Lecz czasem mówię o czymś co wyczytałem, bo mnie to cieszy albo śmieszy albo zdumiewa. I okazuje się, że nie mogę cieszyć się razem, bo mój rozmówca tego nie zna. Ale jednak otworzenie dzioba miało sens bo okazuje się, że staję się mostem między autorem a moim znajomym.
No więc Odlyzko pisze, że gdy publikacja jest specjalistyczna to może liczyć średnio na dwudziestu czytelników. Myślę, że internetowe blogi opowiadające, że po piątkowym zapiciu Majka go rzuciła (a Maryna rzuciła go dopiero w niedzielę) mają więcej publiczności, ale pić żeby mieć co pisać to nie w moim guście.
Czyli: spokojnie. Moją dawkę życzliwej uwagi mam. Wiesiek, który często jest pierwszym moim czytelnikiem, w 10 minut po wystawieniu tekstu na witrynie. Joasia, która choć zawalona pracą to znajduje czas na wydrukowanie moich gawęd i podczytanie ich z córką w domu. Nieznane mi panie z kafejki internetowej w środku Zielonej Góry (a wiedzą Panie, że parę razy pracowałem tam gdy był tam hotel? Nie, nie byłem babcią klozetową, byłem staruszkiem portierem). Może kiedyś Szymek znajdzie czas na podczytywanie tatusia. Cierpliwości.
A w dodatku, taki na przykład Jacek. Nie czyta, ale jak przeczytał i przemyślał to mi poprawił tekst o 200%. Proszę zerknąć na ten żarcik sprzed paru miesięcy - dzięki jego słuchowi językowemu w tej chwili nadaje się to do czytania
Groźby i obietnice
Więc nie opuszczę państwa tak znienacka. Szczególnie, że tyle opowiastek państwu naobiecywałem przed latem (czyli przed moją zimą). Nie w duchu Zbyszka z Bogdańca i Andrzeja Kmicica byłoby teraz dać tyłu i iść w bok. My, Polacy, obiecywać lubim. No to teraz odpracowywać będziem.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu