Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
n z ogonkiem i inne niestosowności:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 36, 1/VII/03

Kojąca sztuka kalania gniazda

Dobry wieczór. Myślę, że zauważyli państwo, że moje cieplutkie uwagi z poprzednich trzech tygodni dotyczyły głównie trzech stron świata. Mało mówiłem o Wielkich Braciach z północy. Tematów stamtąd nie brakowało ale jakoś mi było nie po drodze. A ponadto było sporo lokalnych spraw i zamiast systematycznie wylewać pomyje gdzieś daleko, powiedzmy na Japonię, zaświniałem własne podwórko. I jawi się moralny dylemat: można-li to?

Moja odpowiedź: można-li.

Proszę państwa, co robi pan Ryszard Kapuściński gdy chce, żeby czytelnik polubił Afrykę? Opowiada o jej plażach i polowaniach na lwy w buszu? W ten sposób czytelnikowi pomieszałaby się Afryka i Disneylandia. Dla zainteresowania prawdziwym światem trzeba mówić o prawdziwym świecie.

To brzmi bardzo prosto - i to jest proste gdy w środku jest ten element X rzadki u dziennikarzy: trzeba lubić ów świat. Gdy tego brakuje, opis mówi nie o zewnętrznym świecie ale o własnych zasobach frustracji i niezaspokojeń. Iluż to dziennikarzy patrzy na człowieka i widzi temat. Albo brak tematu. Chwała panu Kapuścińskiemu za to, że on lubi tych ludzi. W jego opowieściach nie są to czarni czy pigmeje czy analfabeci - to bliźni. Nie wiem jakie są jego motywacje etyczne czy filozoficzne, ale mało to dla mnie ważne. Czuję, że nie ma się on za kogoś ważniejszego czy mądrzejszego od otaczających go ludzi. Stare i proste słowo na takie nastawienie to „szacunek”.

Nie wiem gdzie jest kura a gdzie jajko. Być może trzeba współżyć z jakimś ludem by go zrozumieć i polubić. Być może trzeba starać się go zrozumieć bez zarozumialstwa, by mieć nastawienie, które pozwala na współżycie z nim. Przed laty współżyłem z naszymi ludźmi po wioskach w zielonogórskim czy w białostockim i w poznańskim. Później przyszło mi łatwo współżyć z Brazylijczykami w favelach czy prostych domkach z Minas Gerais i Distrito Federal. Szczerze ich lubię i dobrze mi z nimi. Krytykuję ich obyczaje i odruchy? Owszem, no i co w tym dziwnego? Vanilda często objeżdża mnie za moje zachowania, które nie przypadają jej do smaku. Nie zauważyłem, by czyniła to z obcymi. Obcy są nam obojętni.

Zjechanie ostatnio do Japonii nie jest próbą przejścia na globalne opisywanie świata. Fragmenty informacji proszą o lektury i przemyślenia, które nie leżały w pierwotnym planie i niekiedy błąkam się nieporadnie po atlasie. Na przykład gdy czytam, że jest tam mnóstwo gwałtów uczennic popełnionych przez nauczycieli i często jest to wmiatane pod dywan. Widząc to zużywam mój czas i energię na szukanie wyjaśnień. A gdy wydaje mi się, że potrafię wkleić to sensownie w mozaikę innych informacji o Japonii to przychodzi ochota na podzielenie się z państwem tymi refleksjami. Zapewne wkrótce to zrobię, ale moim szczerym i podstawowym zamiarem jest opowiedzieć państwu kilka historyjek o paru brazylijskich zwrotach. Może te zwroty pokażą jak oni są inni od nas. A może pokażą, że w gruncie rzeczy jesteśmy Brazylijczykami tylko bez radości życia.

Co do Japonii, była na początku chęć opowiedzenia o reportażu składającym się z dwóch zdjęć z krótkimi opisami. Nie, nigdy nie obiecywałem, że to tu opowiem. Notki z tematami, które są godne uwagi państwa zapchałyby parę plików komputerowych, więc niech się auto-organizują w zborne historyjki, dopiero potem wychyną z papiórkowego czyśćca.

A może państwo znają ten reportaż? Dwa zdjęcia olbrzymiego basenu gdzieś w Japonii, zrobione w letni dzionek w odstępie paru minut. Na pierwszym basen wypełniony pulsującą biomasą. Na drugim biomasa przekształca się w zdyscyplinowany gęsty tłum spokojnie stojący wokół basenu. Komentarz wyjaśnia: w olbrzymim tłoku wypadek mógłby przejść niedostrzeżony. Co godzinę ratownicy gwiżdżą, basenowy lud w ciągu minuty wydobywa się na brzeg i cichutko stoi, ratownicy sprawdzają czy jakieś ciało nie ostało się zanurzone od pół godziny lub z cicha nie rzęzi w płytkiej wodzie. Jeśli nie ma niemiłych incydentów, nowy gwizdek natychmiast zapełnia basen mokrą już biomasą.

Czy potrafią państwo wyobrazić sobie ten film w nadwiślańskiej krainie? Oczywista sprawa: kilkanaście osób akompaniuje ratownikom przyniesionymi po to gwizdkami i radość jest niepomierna. Powiększa się ona gdy jedna trupa aktorów udaje topielców a inni amatorzy biorą się do podtapiania rozbawionych nastolatek. Paru łysoni na brzegu bluzga przeciw policyjnym obyczajom kojarzących się im z niesławną przeszłością. Zniesmaczeni ratownicy idą na piwo.

Proszę państwa, w Brazylii wyglądałoby to tak samo. Może nieco głośniej, może z zespołowym śpiewem wodnym.

Nie, samby w wodzie nikt by nie tańczył, bo w gęstym ośrodku tej sztuki nawet super-atleta nie dokona. Przy okazji, samba to on, a nie ona i lepiej brać się do tańczenia samby jeśli robi się to od trzeciego roku życia. W innych wypadkach przypomina to galwanizowanie kościotrupa.

Jakby wziąć to na zimno, to trzeba by ukłonić się Japończykom i przykazać innym nacjom chodzić z japońskiem medalikiem, na którym jeden pan używa gwizdka a drugi pan udaje motorówkę, by natychmiast wydobyć się z basenu. Ale jakby wziąć to jeszcze zimniej, to na jaką cholerę taki gęsty tłum wali do tej samej wody, w której łatwiej udawać skwarkę w kapuśniaku niż pływaka motylkiem?

Skoro wariaci, niech będą to weseli wariaci na pełen etat. Co to za wariat od dziesiątej siedem do dziesiątej czternaście?

Powiedzą państwo: to przez taką nieodpowiedzialność tyle jest w Brazylii śmiertelnych wypadków przy każdej okazji: przy maszynie i w dyskusji o piłce nożnej, w ruchu kołowych i z dziećmi zostawionymi samopas. Tak, to wszystko prawda. Ale. Proszę nie traktować tego jako handlowej wymiany w stylu: „sprzedam jedną gangrenę za dwa ataki serca”, ale proszę zauważyć, że jest tu pewne „ale”. W Brazylii nie ma terroryzmu, morderczych sekt niby-religijnych, uczniów poprawiających swoje stopnie przez wystrzelanie całego ciała pedagogicznego czy tajnych agentów rozsyłających wąglikowe listy do swoich senatorów. Tu ciągle sprawy wyglądają tradycyjnie: nóż, żona, zdrada, przejęcie punktu sprzedaży kokainy, odebranie torebki z pięciu stówami.

Powiedzmy, że Brazylia to kraj hipokryzji. Jak mówimy po naszemu gdy czegoś nie da się zrobić za żadną cenę? To niemożliwe, no nie? A jak to poprawnie przetłumaczyć na tutejszy portugalski? Jeśli użycie słowników przywiodło państwa do napisania zwrotu isto é impossível, gratuluję pracowitości ale obawiam się, że w tym kraju nigdy tego nie słyszałem. Tu powiedzą: isto é meio diffícil czyli to jest średnio trudne.

Gdy wymuszona okolicznościami wizyta towarzyska ma się ku końcowi i gospodarze z ulgą myślą: „nareszcie, chwała Bogu”, co mówią? Oczywiście osłodzone ciepłym uśmiechem apareçam! czyli pojawcie się. Nikt nie wspomina gdzie i kiedy goście mieliby się pojawić. Aha, proszę odróżnić to od apareçam mesmo, naprawdę pojawcie się, który to zwrot może w istocie przekazać zaproszenie. A co się mówi okropnej wizycie, gdy nie chce się ryzykować nieporozumień? Jak wyrazić głębokie życzenie „no to do Świętego Nigdy”? Ślicznym wyrażeniem qualquer coisa, estamos aqui. Jakby co to my tu.

Trzeba być geniuszem współżycia towarzyskiego by to powymyślać. Nic dziwnego, że od lat brazylijska dyplomacja ma w świecie wysoką markę.

Dodam jeszcze, że znak drogowy PARE to STOP, bo parar, parado to zatrzymać się, zatrzymany (stojący). Ale ele é meio parado nie znaczy on jest średnio stojący lecz on jest przygłupem.

Jeśli to takie skomplikowane społeczeństwo to jak w nim żyć? - spytają państwo. Całkiem łatwo. To nie jest tak pokojowy lud jak Boliwijczycy. Taka Boliwia gdzie mogła tam straciła ziemię i lud dla sąsiadów, a Brazylia wręcz odwrotnie. Także Boliwii kawałek kraju odłupała. Ale to przyjaźni i na ogół otwarci ludzie. Jeśli po moich gawędach państwo ich jeszcze nie polubili to źle wypełniam mój zamiar, bo ile bym nie śmiał się z nich, ile by oni mnie nie irytowali i drażnili, to naprawdę ich lubię i szanuję.

Czasami rodacy, co osiedli w USA dzielnie bronią przed moimi wycieczkami swojej nowej ojczyzny. Nie tylko antyamerykanizm mi zarzucają (choć lepiej znam np. pisarzy z USA niż z Polski) ale nawet Busha za dobrą duszę mają. Podziwiam tę zawziętą lojalność, ale moja jest nieco inna. Mogą państwo nagadać o Brazylii co się da i często to potwierdzę i jeszcze gorsze przypadki wyciągnę z pamięci - a i tak ten kraj będę lubił i do poznania go będę zachęcał.

Nieco trudniej wytrzymuję gdy rodacy (dla potwierdzenia, że sytuują ten kawałek ziemi na mapie) ze zrozumieniem nagabują: „aha, pan Balcer w Brazylii …” Drogie moje rybeńki, zerknijcie na to arcydzieło z 1910 - no dobrze, przynajmniej na parę jego linijek:


[...] Gdzie ziemia twoja? 
[...] A gdzieżby? W samym środku świata!
Chcesz, mierzaj! Nie chcesz? Wolna przed się droga!
Gdzieżeś ją mniemał być? Kędyś na stronie? 
Na szarym końcu? Za piecem? U proga?
My z pod ogona nie wypadlim wronie!
My, Polska, zawsze stalim bliżej Boga,
W borowych szumach, w pól żytnich pokłonie,

[...] 

Siadł, boki zaparł. - Interes tu taki -
Rzecze. A które tu sa Podlasiaki?

Bo my tu do nich. -  Hurmem sie ozwały
Głosy z gromady: - My od Sokołowa!
My z Międzyrzecza! My od Krzny, od Biały!
My z Łomaz! - Podniósł brwi, patrzy bez słowa.
- Ludzie kochane! Toż tam się świat cały
Odwrócił... Wschodzi gwiazda Chrystusowa
Nad one ziemie, nad bory, nad rzeki...
Trzymajcież, coby nie zgasła na wieki! -
Jasno stąd wynika, że a) niełatwe było życie dzieci w międzywojennym dwudziestoleciu, gdy Marya Konopnicka była obowiązkową lekturą, b) dziś upadek ducha w narodzie taki, że nikt nie umie zapierać boków, c) poetka pisała swój 400-kilowy … przepraszam, 400-stronicowy poemat między zacierką a fasolką głupi Jaś, d) tak tubylcy jak i innych nacji przyjezdni tak dobrze zielone roślinki udawali, że rodaki nasze ni cholery ich nie zauważyli, e) jak zastosować tu poetologię porównawczą, to utwór młodej Szymborskiej Żołnierz radziecki w dniach wyzwolenia do dzieci polskich mówił tak: („Dlatego żyjemy”, Czytelnik 1954) w pełni zasługuje na Nobla.

Mam nadzieję, że nikt mnie nie przymusi w następnym pięćdziesięcioleciu do powrotu do pana Balcera.

Bywają dziwactwa wypisane o Brazylii, które nieco mi ciężko zdzierżyć … ot jakaś dama w dyskusji o arabskim traktowaniu dam odzywa się w piśmie ni w pięć ni w dziewięć: Na marginesie, w Brazylii okaleczanie kobiet przez meżów jest również poważnym problemem. (Zgadzam się, okaleczanie kogokolwiek przez kogokolwiek czy cokolwiek jest zawsze poważnym problemem. Także na Wyspach Dziewiczych, w Burkina Fasso i w Estonii.) Ale może ona tak zawsze, bo wkrótce potem kontynuuje swe wywody: A w USA mężowie poligamiści dopuszczają się przestępstw na kobietach (biorą sobie za żony bardzo młode nieletnie dziewczyny, dopuszczają się kazirodztwa, gwałtów).

Z kolosalnych bzdur jedną naprawdę niebanalną - o Brazylii i endemicznym syfilisie - zachowam na nowy szkolny rok, bo dzisiaj robi się już późno. Więc do września poczeka japońska pornografia i głuptasek dziennikarz, marmelada i polityczne wiersze pana José Paulo Paes, kryminalne afery w świecie artystów i nowinki z życia piranhi. Będzie o czym gawędzić i już teraz tęsknię za spotkaniem państwa we wrześniu. Dziwnie to po polsku brzmi? Szkoda, bo to taki naturalny zwrot tutejszy: já estou com saudades de vocês.

Jak najmilszego odpoczynku i até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu