<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Przecież zbierać ręcznie słowa do słownika to jak dolewać widelcem mleka do kawy. Czysta rozpacz i jej wymiar ujawnia się przy próbie tłumaczenia z naszego na ichnie. Ale z naszego na nasze wcale nie jest łatwiej gdy człowiek nie zna detali. Prościutki przykład: wchodziłem wczoraj do sali wykładowej gdy usłyszałem studentkę mówiącą z podziwem: Euclides devora só os discos. Euklides pożera tylko dyski. Mogę ja państwu przez sto lat dopomagać w portugalskim i nie doprowadzi to do sensownego tłumaczenia tego. Zdania to ślicznie utkane siatki na motyle, zręcznie zarzucamy je - a w środku tylko wspomnienie motyla, który wczoraj przeprowadził się na inną łąkę. Chcę powiedzieć; jak nie osadzić dobrze słów w czasoprzestrzeni to zrozumienie może być utrudnione. Więc wyjaśniam: Euklides to bardzo inteligentny kundel. Skoro pałętał się w pobliżu sekretariatu naszego kursu, wybór imienia przyszedł dość naturalnie. Sekretarki zawsze kupują mu pożywienie i przychodzi ono przemieszane w dwóch kolorowych formach: krążki i półksiężyce. Euklides odgarnia nosem półksiężyce i wyżera tylko krążki. Wszystko jasne. Po długim akapicie wyjaśniającym realia.
Więc ani nie będę próbował zrozumieć czemu wszystkie oglądane w Sieci źródła mówią, że ów pan opisany inicjałami KSM i przypisany do mostu brooklyńskiego miał „diaboliczny plan”. Nikt nie wyjaśnia szczegółów. Podobno człowiek miał w domu piłę tarczową. Przypuszczam, że metapsychologowie analizując jego metaplazmę ujrzeli jego rojenia o podcinaniu lin utrzymujących most. No, ambitny gość, myślał o zadaniu na trzysta lat pracy. Ale co tu diabolicznego, od dziecka oglądam King-Kongi wywracające drapacze chmur, supermany przerzucające z ręki do ręki pociągi, superbondy wywołujące wulkanowe wybuchy i kosmiczne potopy. Wyraźnie czegoś tu nie rozumiem. Tyle lat uczenia się angielskiego i wszystko na nic. A może tam chodzi o jakiegoś psa co mieszka pod mostem?
Wyjeżdżam więc (wirtualnie) ze Stanów i wybiorę route 666 bo gdy zawitam następnym razem na mapę USA to może już jej nie być. Całe dziecięce lata mruczałem sobie rytmicznie get your kicks on Route 66. Nie wiem czemu wolałem to a nie Gniatkowskiego Ryżowe pola w wodzie mokną. Nie ma dziś tej szosy na mapach, została w legendach. Więcej miała szczęścia niż jej krewniaczka, co ma o jedną szóstkę za dużo. Moralna Większość nie zniesie tego, żeby szatan miał własną autostradę.
Doskonale ich rozumiem. Tak jak rozumiem tego pana z pobliskiej stacji benzynowej; gdy opowiedziałem mu, że dwa manometry wykazują całkiem inne ciśnienie w oponach samochodu, pokiwał głową i poradził: a gente deve sempre usar a mesma máquina - powinniśmy zawsze używać tej samej maszyny. Święta racja, najważniejsze, żeby zawsze pisało: 28.
Wyobrażam sobie, że diaboliczne plany rodzą się kiedy w piątek o północy samochód z numerem 13 ileś tam jedzie autostradą 666. I to w tym świecie będą żyły moje dzieci. Moja wina, bo nie wiem jak je przeteletransportować do średniowiecza.
Zaczynam ćwiczyć rozjazdy, bo urlop blisko, ale nie wybiorę się do Francji. Zniesmaczyła mnie ta afera z Tuluzy. Gdy mi przyjdzie ochota na oglądanie skandali z Radą Miasta, prostytutkami, narkotykami i morderstwami do wpadnę do interioru stanu Goiás czy Tocantins, przynajmniej nie będę wydawał cennych euro i owoców będę miał do woli. Strasznie szybko ta Europa wjeżdża w tropiki. Może to przez te internety.
Więc jadę do Japonii. Światło i nadzieja przychodzi ze Wschodu. Bliski Wschód nie za bardzo tu służy, trzeba szukać raju na Dalekim Wschodzie. Od wieków to robimy. Jak nam rodzime przygłupy dopieką to dalekie dziwne ludy wydają się cool.
Czy odrobili państwo to zadanie sprzed trzech tygodni? Chodzi mi o lekturę opowiadania Jeden dzień w Tokio. Nawiasem, trudna to sprawa gdy człowiek ma talent, ma coś do powiedzenia ale nie chce być wieczną gadułą. Co robić jeśli ma się raz na dziesięć lat dobre opowiadanie do przekazania? Hanka umieściła je w „Odrze” - ciekaw jestem, czy miała jakiś oddźwięk od czytelników; trochę wątpię. Co potem? Stare zeszyty pism idą do biblioteki. Siedzi to jej opowiadanie na jakimś regale, jednym z dwóch setek regałów na pisma. Wchodzi do biblioteki kolorowy młody człowiek, który wiele by zyskał czytając to opowiadanie - ale skąd by miał on odkryć, że to tam właśnie, w owym kąciku, na tamtej stronie Literaci przypominają nam o dobrych rzeczach napisanych w pismach. Przez nich. Nie przez Hankę. Gdyby miała dwadzieścia opowiadań może by znalazła wydawcę. Ale sądzę, że nie ma dwudziestu.
Dlatego powinniśmy kochać Sieć. Tyle doskonałych rzeczy można w niej utrzymać i żyć z daleka od literatów. Z największą przyjemnością udawałem drogowskaz do tych kilkunastu stron. Mam nadzieję, że z daleka nikt mnie nie pomylił ze strachem na wróble.
I dlatego cieszę się, że Makutryna jest tak otwarta dla Swoich i dla Prawie Swoich. Kto pisze wiele tekstów zawsze znajdzie jakieś zeszyty literackie albo je założy. Ale co ma robić ze Swoją Prawdą ktoś kto ma jeden czy dwa teksty?
Wracając do Japonii. Pamiętają państwo jej rozliczne metamorfozy? Okrutni mordercy z Korei, Chin, Indonezji i Filipin. Niesłychanie groźny i zdeterminowany przeciwnik na Pacyfiku. Potem - niewinne ofiary eksperymentów nuklearnych i demonstracji organizowanych przez USA dla swoich byłych sprzymierzeńców. Później miły i pracowity kotek, mruczący swoją jednostajną muzykę przy 16-godzinnej pracy wyprowadzającej z nędzy ku dobrobytowi. Z kolei olśnienie ich kulturą - nie pierwszy raz, przecież fala japońszczyzny z XIX wieku dotarła nawet do Noworola. Dżudo, dżiu-dżiutsu i Kurosawa. A potem - imponujący bieg do bogactwa.
Gdy okazało się, że z dziesięciu największych banków na świecie dziewięć jest japońskich, że centymetr kwadratowy ziemi stoi drożej w Tokio niż kwadratowy cal w Nowym Jorku, że japońskie samochody są bezpieczniejsze niż Fordy, japońskie dzieci lepsze w matematyce niż dzieci w USA a japoński robotnik nie strajkuje i z rana śpiewa hymn na cześć właściciela fabryki, moda na uwielbianie Japonii rozeszła się po całym świecie.
Wystarczało zawiesić w fabryce plakat z tłumaczeniem dziesięciu tsu - tsu kiko (czcić rodziców), tsu shinito (zabijanie niedobre), tsu koroko (życie bez cudzołóstwa) itd, a relacje międzyludzkie natychmiast poprawiały się, milionowo opłacani przedsiębiorcy zaczynali pracować za miliony i uśmiech rozlewał się po przyległych domach i ulicach. W szkołach wkuwanie na chama ustępowało miejsca wkuwaniu czerwono-zieloną techniką kumon a sceny z filmów pokazujące pięciuset uczniów biegnących rytmicznie do szkoły wywoływały ochy i achy mam, które nie wiedziały jak wyciepać z łóżka swoje leniwe pociechy.
Ale jeśli ktoś bardzo chciał to tu, w Brazylii, słyszał i inne pieśni. Jest tu parę milionów nisei oraz sansei - synów i wnuków imigrantów japońskich. Wielu z nich jechało do Japonii na zarobek. Wracały do domu dziwne opowieści. Uprzejmi Japończycy zatrzymują się chętnie, by pomóc z mapą Niemcom czy Anglikom. Ale tym Brazylijczykom, mówiącym łamanym czy archaicznym japońskim rzucali w pędzie krótkie: yome! Czytaj. Wszystko doskonale opisane, na dużych tablicach. Z taką japońską buzią musi czytać. Katakana i hiragana, oba alfabety. I znanych już z podstawówki dziewięćset podstawowych kandżi, chińskich hieroglifów. Jak nie umie to idiota, a idiotów tam się nie lubi.
Okazywało się, że dziewczyny jadące na saksy kończyły na przymusowych seksach, że chłopcy żyli w fabrykach w systemie niewolniczym, z paszportem zatrzymanym gdzieś (jak gdyby byli kołchoźnikami, którym nikak pojechat' v gorod biez bumażki), że lokalni przedsiębiorcy ogromnie ich oszukiwali przy wypłacie i te pe i te de.
(Przy okazji: zdębiałem słysząc, że w USA były ostatnio nie tak rzadkie przypadki w sieci sklepów Wal-Mart gdzie po ukończonej dniówce pracownik natrafiał zamknięte na klucz drzwi i musiał dopracowywać parę godzin prawie za darmo. Chyba nadmiernie przejęli się wschodnią filozofią pracy.)
Japońska koleżanka z pracy podpytywana o japońskie słówka, wyznała kiedyś: „słuchaj, my jesteśmy z Okinawy. Mówimy dialektem, który mało kto rozumie. W samej Japonii traktują nas tak jak traktowano Indian w USA - jak mieszankę debila i lenia”. Przy okazji, tak ona jak i jej siostra mają doktoraty z doskonałego brazylijskiego uniwersytetu.
Pewnego dnia pojawiła się tu książka o tytule „Pionowa favela” o życiu w japońskim mieście. Autor, Brazylijczyk, znał nieźle japoński i z brazylijską twarzą był bardzo dobrze traktowany w Japonii. Przedtem, bo potem, po opublikowaniu książki chyba byłoby nieco gorzej. Zgorszenie było ogólne. Znowu ukradziono nam raj. Był raj na Kubie a tu mówią, że to więzienie. Był raj w Albanii i cholera wie czemu właśnie Albańczycy nie bardzo chcą żyć w swoim raju. Prawdziwy brazylijski intelektualista nie może przyjąć wizji USA jako raju, bo przecież lud brazylijski tam chce gonić, więc intelektualista musi wybrzydzać. Czyli Japonia była w sam raz. Niby kapitalizm, ale taki bardziej społeczny. I zarządzany przez państwo, czyli dobry. A tu przychodzi świnia i kradnie raj.
Najbardziej anty-japońską propagandę robił mi w gruncie rzeczy mój prywatny nauczyciel japońskiego, przewodniczący stowarzyszenia Brazylia - Japonia. Nie, nic mnie nie kosztowały te lekcje. Gdy zobaczył, że szczerze i ciężko pracuję rysując kandżi i czytając elementarz, postanowił mi pomóc. Lekcje z nim były długimi dyskusjami nad sensem jednego hieroglifu, złożonymi znaczeniami krótkiego zwrotu, historią obyczaju, etymologią słowa No i mówił mi na przykład, że odwiedzanie przyjaciela w jego domu jest nieco trudne - ciasno. Bez stołowego. I trzeba mieć wszystko wypucowane na glanc. Co gorsza, nie da się z gościem nawet zagrać w chińczyka. Jak wygra gospodarz to będzie to dowodem braku kultury, ale kto tu lubi systematycznie przegrywać?
Podsumowując te gorzkawe uwagi. Napisałem przed trzema tygodniami: „Zamierzam wspomnieć o moich planach na następną dekadę”. Otóż bardzo bym się cieszył gdybym dobijając siedemdziesiątki (o ile mi się ta sztuka uda) władał już przyzwoicie japońskim. Zarzuciłem to przed paru laty. Smętnie spoglądam na półkę ze słownikami i podręcznikami japońskiego. Nie było rady. Znają państwo te dylematy pracującej matki. Coś musiało zostać odkrojone z moich rozkładów jazdy. Życie towarzyskie - i tak go tu wiele nie mam. Kino? Mała oszczędność. Sen? Nie potrafię. Praca? Nie mogę. Z fuszerką nie jest mi do twarzy.
A szkoda. Uwielbiam te studia nad hieroglifami. Sayonara.
P.S. Całe szczęście, że Vanilda nie czyta po polsku. I bez tego często słyszę, że ona nie rozumie jak matematyk może być tak pełen sprzeczności. Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu