<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Opuszczone oczy, nerwowe wiercenie łokciami, co to wszystko znaczy, proszę państwa? Jeszcze przed tygodniem to była zupełnie miła grupa uśmiechniętych ludzi a teraz Ach, tak. Już rozumiem. Państwo myślą o tym trójkącie, który pojawił się na końcu naszej ostatniej rozmowy. Wiele wiosenek minęło od ostatniej szkolnej mordęgi matematycznej, ale rana nie goi się nic a nic. I nie pomogły sesje psychoanalizy, tyle tylko, że poznali państwo psychologiczny termin na ten syndrom: TriangelUrAngst, w szkole Jungowskiej zwany też die ewige Zgaga. I błąka się w pamięci wspomnienie azjatyckiej cywilizacji, co przez klątwę technologiczną ze zbierania poziomek na koczownictwo przeszła. Bowiem ile razy do budowy jurty się zabierali, zamiast uczciwej egipskiej piramidy czworościan czyli nieznośne skupisko czterech trójkątów im wyrastało. I tylko jedną noc pełną zmór w tej siedzibie wytrzymywali, następnego dnia w step ruszali, w nowym miejscu konstrukcji się imali ale klątwa mocniejsza była i znowu trójkątna piramida wyrastała. Biedne ludy i jednostki przez trójkąty prześladowane.
Ale chciałbym wyrazić pogląd alternatywny, nie tak rzadki we współczesnej myśli pedagogicznej. To nie napięcia neuronowe u wyższych ssaków owe chorobliwe stany przeciw-trójkątowe wywołują. Przyczyną - twierdzą niektórzy myśliciele - jest to, że często nauczyciel matematyki to dupa wołowa. W zasadzie nie ma w tym niczego zdrożnego, bo wołowa też musi mieć swój kąt do życia - ale czy musi zajmować się właśnie uczeniem matematyki?
Rytualne zarzynanie umysłów wykonuje się na ogół w trzeciej klasie i obrządek nazywa się „Nauczcie się na jutro tabliczki mnożenia na pamięć”. Potem idą różne dopełniające tortury, ale ta tabliczka wystarcza, by w większości wypadków usunąć na stałe pociąg chłopca czy dziewczyny do liczby lub trójkąta.
Dużo by tu gadać i płakać, ale nie powinniśmy oddalać się od naszego głównego celu. Już na parę tygodni jadą państwo na wczasy i spotkają państwo Brazylijczyków i muszą wiedzieć państwo jak z nimi prowadzić rozmowę. Otóż jeśli spotkanie następuje w Lasku Bulońskim czy na placu Pigalle (lub w licznych miejscowościach włoskich) i widzą państwo śliczną Brazylijkę, to niestety są spore szanse, że to jednak Brazylijczyk. Aby miłego człowieka nie obrazić należy mu powiedzieć coś w stylu obrigado mas eu faço sexo só para procriação - dziękuję, ale używam seksu tylko dla rozmnażania się. Jeśli to Polka ma ten kontakt międzykontynentalny to zachęcam do otwarcia: adoro programas da Ana Maria - uwielbiam programy Any Marii - chodzi o gwiazdę kuchni w tv.
Dość ważnym jest sympatyczne odbicie piłeczki gdy Brazylijczyk powie: „wszystko w porządku?” Otóż proszę przysłuchać się dwóm przykładom wymiany pozdrowień. Przykład pierwszy:
I natychmiast przykład drugi:
Wymowa to „tudoBĄ” i „tudoBEŃ” i czuje się, że muzykalna osoba (a takimi są Brazylijczycy) nie powtórzyłaby „tudoBĄ - tudoBĄ”. Ten rytm jest okropnie nudny. Ciekawe, oni nawet sobie sprawy nie zdają z tego jak to rozgrywają, z całą pewnością nikt oficjalnie ich tego nie naucza. Po prostu dobrym zaśpiewem na „tudoBEŃ” jest „tudoBĄ” i kropka.
Słucham? Ja własnym uszom nie wierzę! Pan naprawdę chce wiedzieć o co mi w zeszły wtorek chodziło z tamtym trójkątem? Vot, maładiec. I trójkąt mu niestraszny. Więc juz opowiadam.
Był tu taki uniwersytecki jarmark naukowy - zupełnie spora impreza na półtora setki cyklów wykładów. Wasz skryba też miał swój występ gdzie oficjalnie miały być wspomnienia o „Wrocławskiej Szkole Matematycznej”. To prawda, siedzi to już na mojej witrynie i to w trzech językach. Tak naprawdę szło mi o pokazanie paru drobnych różnic między tym jak wyglądał polski uniwerek z lat 70-tych i brazylijski uniwerek jakim go znam z ostatnich 25 lat. I kiedyś musiałem z siebie to wyrzucić bo trochę mnie to dławi. Adam Rybarski mawiał mi: „Andrzej, nie mów ty takich rzeczy. Trzymaj w sobie. Jeśli kiedyś będziesz profesorem to ci ujdzie to na sucho, ale teraz lepiej nie eksperymentuj.” No więc jestem profesorem i jeśli teraz nie będę mówił różnych drobiazgów to niby kiedy, ale z drugiej strony wszystkie te moje uwagi o brazylijskim uniwerku w formie pisanej i utrwalonej w Sieci to by był piękny cykl procesów sądowych.
Nie, niczego nie zmyślam i właśnie dlatego zapiekliłoby się. Ale to nie chodzi o strach przed konsekwencjami. Kto z państwa już sobie gładko z portugalskim radzi, może zobaczyć, że w plikach zebranych pod tytułem Visite BabacaWorld - Odwiedź GłuptakoWorld - piszę o moim rektorze parę rzeczy, które nie są tak całkiem pochlebstwami. Ale jedna sprawa to pisać źle o rektorze a druga pisać źle o instytucji. Nigdy na zewnątrz nie skarżę się na mój instytut. To nie głębia zasad moralnych, to zdrowy rozsądek w praktycznym działaniu. Nagadam, potem siedem innych instytutów przedrukuje moją wypowiedź jako dowód, że nasz instytut to degrengolada i należy mu jak najszybciej odebrać budżet i etaty, bo oni to lepiej spożytkują. A jak przyjrzeć się uważnie to w porównaniu z otoczeniem ten nasz instytut wcale dobrze sobie radzi. Więc co ja tu będę światową skalę stosował.
Ale z trzeciej strony to albo używa się światowej skali albo zjeżdża się w nicość. Przynajmniej na własny użytek trzeba jasno wiedzieć co gdzie i jak stoi. No i czasami ma się ochotę na powiedzenie tego głośno. I dlatego wziąłem i ja udział w owym jarmarku - ale byłem bardzo szczęśliwy, gdy na sali ujrzałem zaledwie cztery osoby i to bez mikrofonów. Wilk syty i owca cała, choć niezbyt rozumiem czy ja tu jestem wilkiem czy owcą.
Ale moim działaniem ważniejszym od epatowania młodych ludzi było na tym jarmarku dodanie ducha naszym studentom z PET. To skrót od Programa Especial de Treinamento - Specjalny Program Szkoleniowy. Jest tam nieco ambitniejszych młodych ludzi i szkoda mi było ich. Pójdą do tego swojego wydzielonego kąta w olbrzymiej konstrukcji wzniesionej przed rektoratem - a tam tyle ciekawych rzeczy, od gotowania krewetek i obrony przed AIDS do porad prawnych w konfliktach drogowych oraz dziwnych maszyn, które coś dziwnego robią i bardzo furkoczą. I kto by tam patrzał na zakątek matematyki? Więc, myślałem sobie, pojawię się tam, żeby zrobić im przyjemność, że mieli choć jedną wizytę.
Przychodzę tam i widzę na małej tablicy trójkąt z opisem: Desafio de hoje. Wyzwanie na dzisiaj. Wyśmienicie, ale przed dwoma dniami dałem im to zadanie. „Nie wiedzieliście jak to rozwiązać i rzuciliście dla publiki?” No właśnie, potwierdzają śmiechem, że to właśnie tak. Sprytne.
W zeszły poniedziałek opadli mnie na korytarzu: „pan nawet nie wyobraża sobie co się stało.” No w istocie, zyskali sporą popularność. Może nie doszli do poziomu tej świni, co w czasie jarmarku przysporzyła światu 14 prosiątek (ciekaw jestem czy obliczono czas jej zapłodnienia tak właśnie by dało to efekty specjalne w czasie jarmarku)

i strusie jaja na pewno są ciekawsze niż trójkąty - ale Byli dziennikarze i wywiady, tablica została sfilmowana.
W ostatni dzień jarmarku, w sobotę, gdy konkurencja poszła już sobie do domu, musieli przebiegać całą halę poszukując krzeseł - pięćdziesiąt osób chciało siedzieć w pobliżu ich tablicy, wpatrując się w nią w poszukiwaniu natchnienia i próbując rozwiązać to miłe zadanie. Czy jest ono trudne? Wiedzą państwo, ja nie wiem już od dawna co to znaczy. Jak umiem, to łatwe. Jak nie umiem, to trudne.
No więc thank you, professor Jim Wilson, pańskie zadanko odwaliło tu kawałek dobrej roboty. Czasami poszczęści się człowiekowi z wyborem dobrego pytania dla swoich studentów.
Chciałbym jednak napomknąć o pewnym skandalu obyczajowym - i to tak bliskim owego jarmarku nauki, że aż strach. Przecież dzieci przychodzące zobaczyć prosiątka, oddaliwszy sie nieco w niepożądanym kierunku, ku bibliotece nauk ścisłych, mogły zostać zaskoczone tym nieprzystojnym widokiem:

Wydaje mi się, że ktoś powinien zacząć międzynarodową akcję nacisków internetowych na władze UFSC, by wycięto i spalono na publicznym stosie to drzewo.
Czego ta roślinka dowodzi? Ano, że na terenie uniwerku były kiedyś bagna. Mangue, po tutejszemu. Vanilda instruuje mnie, że ta dziwna formacja nazywa się raízes aéreas czyli powietrzne korzenie - ich końce wystawały ponad poziom wody (czy raczej błota), by wydalać niechciane przez roślinę składniki. To może jednak dzieci powinny drzewko oglądać? Bo i tak najnieprzyzwoitszą rośliną tu jest bananowiec - a raczej po tutejszemu „bananówka” (bananeira) -

mówi się o niej, że to uma planta indecente pois dá em qualquer lugar (roślina nieprzyzwoita bo daje gdziekolwiek). I to nie koniec okropności przysparzanych tu przez przyrodę, ale na tym zatrzymam się, bo trzeba mieć coś i na przyszłość.
A ponadto jak zapuszczę się zanadto w kwestie przyrodnicze to nasz kurs zostanie sklasyfikowany jako pornografia klasy C i pojawią się tu bardzo niesympatyczne typy. A ja mam taką dziwną cechę, że jeśli mogę być w miłym albo w niemiłym towarzystwie to wolę miłe. I dlatego bardzo dziękuję państwu za dzisiejszą obecność i pozdrawiam serdecznie, do następnego wtorku - czyli do przedostatniego przedwakacyjnego spotkania.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Até logo.