<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Pytam studenta - powiedzmy - czy kwadrat jest wielobokiem, a on mi na to: No caso „W tym wypadku?” - zdumiewam się. ”Nie, proszę mi wyjaśnić we wszystkich wypadkach.” Chłopak z niechętnym uśmiechem przyznaje, że „wypadek” nie ma tu nic do roboty. Zastanawia się przez chwilę i próbuje jeszcze raz: se eu tenho quadrado então no caso - jeśli mam kwadrat to w tym wypadku Cartoon Network się kłania. Przy pierwszej próbie samodzielnego zdania ujawnia człowiek jak spędzał wolny czas w swoim dwudziestoletnim życiu. I nawet nie pytam go czy czytuje książki, bo mi skłamie, że przed dwoma laty czytał coś.
W zeszłym tygodniu skłaniałem studentów do skomentowania (niezgorszego zresztą) seminarium ich kolegi. Pewne dziewczę rzekło: „bardzo mi przeszkadzało to, że w ciągu dwudziestu minut Vinicius powtórzył szesnaście razy zwrot não é verdade” (nieprawdaż). Miałem ochotę wyściskać dziewczynę. Gdy ja robię takie komentarze, przelatuje to im koło ucha. Ale jeśli ktoś z ich grupy mówi, ze to przeszkadza w rozumieniu to może informacja dotrze do mózgu.
Ale szkoda mi jej trochę. Przerzucą irytację ze mnie na nią i nie będzie łatwe jej życie.
Ciekaw jestem czy psychologia dostrzegła taką prawidłowość: jeśli w mózgu siedzi bzdura to przy otworzeniu buzi wydobędzie się ona na wolność nie później niż w trzecim zdaniu.
Niezłą ilustracją tej zasady była moja nocna rozmowa na ślicznym moście w Pradze. (W Pradze, nie „na Pradze”.) Patrzyłem na odblaski światła w wodzie i odczułem raczej niż zobaczylem, że tuż obok mnie ktoś przystanął. Zerknąłem - ubiór, wymiar i wyraz twarzy sugerowały, że to Rosjanin. Więc chyba nie pogaworzył wiele z tubylcami i za chwilę wyleje na mnie swą serdeczność. W istocie, po paru sekundach zagaił: krasivaja rieka. Zgodziłem się chętnie, że śliczna. Vielikaja, nietu? Pełna zgoda, duża rzeka. Wnet przyszło trzecie zdanie: no naszie bolszie!
Wydaje się, że oni ćwiczą występy za granicą wedle kolekcji kpinek o Rosjanach za granicą. Ale utrzymują ten styl na codzień, przez całe lata. Był tu u nas jeden taki. Nawet bym go słuchał dużo częściej gdyby nie zakładał, że mówię po rosyjsku na codzień i zwolnił rytm sześciokrotnie. Dobry naukowo i bez nadmiaru arogancji, ale już w pierwszym tygodniu wręczył mi - koledze instytutowemu - wizytówkę (dwustronną) na której stało w dwóch językach: vieduszczij naucznyj rabotnik - scientific leader. O rany. Mam niewiele rosyjskiej krwi, więc nie sypnę tu państwu spisem sławnych nazwisk z USA czy Francji, które widniały tuż obok mojego w paru odwiedzanych instytutach - ale było ich niemało i żaden z owych ludzi nie przylepiał do nazwiska takich przymiotników. Pod tym względem kultura polska dużo jest bliższa północno-amerykańskiej niż rosyjskiej.
Jest? A skąd u mnie ta pewność? Owszem, była, przynajmniej w środowiskach uniwersyteckich, ale wiele litrów wody sodowej można wpompować do pustych głów w ciągu wielu lat. Niebezpieczne jest to moje zakładanie, że znam ów Kraj.
Ale Rosjan to jednak znam i rozpoznaję. Już nie supermocarstwo, możemy grać im na nosie i prosić o wizy w przejeździe z Rosji do Rosji, ale oni ciągle są z tym zadęciem. Jeśli oceniać po starożytnych Grekach, to potrwa ta moda jeszcze ze dwa milenia.
W zeszłym tygodniu inne indywiduum potwierdziło, że sławę tę mają nie za niewinność. Rzeczowa naukowa dyskusja w Sieci na liście historia-matematica, wwala się taki obywatel nie mający nic istotnego do dodania ale sypie w oczy tytułami i ważnością. Ludzie!! Ja. Ja. Mnie. O mnie. Mój wykład był śledzony z wielką uwagą. Moja trzecia książka Członkowie Akademii obecni na moim wykładzie Przedstawiono mnie do nagrody Nobla Eech, uchniem!
Zostawię tę Zosię Samochwałę samej sobie i podskoczę do Japonii. Ale najpierw obowiązkowy dowcip. Chociaż to szczera prawda - i w dodatku jeszcze jedno słowo kończące się na ada. Kiedyś tam dobierzemy się do tej kolekcji: limonada, baixada, cachorrada, feijoada, tirada, marmelada Tym razem dojdzie tu esticada. Esticar to wydłużyć. A więc esticada to rozciągnięcie, wydłużenie?
Znajoma z miasta Catanduva, pełnego ludzi pochodzenia włoskiego opowiada o starszym panu, co postanowił pewnego dnia odwiedzić kuzyna w São Paulo. Miał to być wypad na trzy dni i gdy po tygodniu nie wracał jego żona zaczęła się niepokoić. Mija drugi tydzień bez wieści od męża. Trzeci tydzień - i nic. Wreszcie po miesiącu wraca żywy i cały małżonek i radośnie wyjaśnia: kochana, skoro już wybrałem się tak daleko to w São Paulo decidi dar uma esticada (postanowiłem wydłużyć to nieco) i wpadłem do Florencji, żeby odwiedzić bratanka.
Wiedzą państwo co? Późno się robi. Więc może jednak nie zrobię dzisiaj tej escikady do Japonii. Bo to sporo gadania - a mam tu jeszcze jedną zaległość. Obiecałem panu Kazikowi skomentować ten ciekawy drogowskaz do witryny mówiącej o tym Co należy wiedzieć o cytowaniach prac naukowych. Druga ławka z lewej? Co za niespodziana, po pańskim mejlu spodziewałem się kogoś znacznie starszego Prawdę mówiąc temat też jest zaskakujący dla osoby w pana wieku. Chyba mogę panu mówić ty, zgoda? Szesnaście lat? Oczywiście ty też możesz mi mówić ty, jeśli uznasz to za dogodne. Więc gratuluję, Kaziku, zainteresowań, ten artykuł wskazuje, że nie marnujesz czasu na głupawe lekturki. Myślę, że daleko zajedziesz. Chodziło ci o to - domyślam się - że wierzyłeś, że ten indeks cytatów to niezły miernik wartości ludzi nauki, a tu autor rozbija ową wiarę i znowu nie wiesz jak wyznać się na tym kto w owym olbrzymim świecie co jest wart? O to szło istotnie? Więc rozumiem cię nieźle, bo i ja chciałbym mieć jakieś godne zaufania i proste kryteria, jakieś wymiary, które mówią: ten człowiek jest osiem i pół, można mu wierzyć, a tamten tylko pięć, więc tamten chyba nie ma racji.
Ale to nigdy nie było tak prosto z używaniem matematyki w naukach społecznych. Albo w życiu społecznym. Najczęściej matematyka pojawia się tam jak owe barokowe aniołki na lokomotywach z początku dwudziestego wieku. Podobno było to śliczne, ale z pewnością od rzeczy.
Kiedy psycholog pisze w mądrej rozprawie, że wskaźnik socjalizacji Jasia przy graniu w piłkę nożną był w ostatnim miesiącu o 40% gorszy niż Bogusia, można domyślić się w tym jakiegoś sensu, na przykład, że Boguś kopnął przeciwników w golenie 5 razy a Jaś 7 razy. I to ma wymierne konsekwencje, powiedzmy - ilość przyczynionych siniaków. Ale gdy przekazują mi ocenę (skądinąd całkiem mądrego) człowieka stwierdzającego, że David Hilbert był „jednym z dziewięciu najwiekszych umysłów wszystkich czasów” to chce mi się śmiać. Choć to wcale nie do śmiechu, bo takie liczbowe wartościowanie ujawnia olbrzymie zasoby doktrynerstwa. Albo - osądziłbym - niewiedzy, gdyby ta fraza pochodziła od kogoś z mniejszą ilością tytułów.
Tendencja do wymierzania wszystkiego jest naturalna, ale na tej dróżce jest niewiele gwarancji sukcesu. W skali od zera do stu ile punktów dasz następującym zjawiskom: a) odczucie na plecach powiewu ciepłego wiatru na plaży, b) smak świeżej truskawki, właśnie przyniesionej z grządki, c) telefon od kolegi informującego, że twoje wypracowanie zostało wyróżnione przez profesora, d) odnalezienie w kieszeni stówy, która wydawała się zaginiona? Jedyna właściwa odpowiedź to: „a idź ty tresować chomiki w rumuńskim cyrku”.
Jeśli ktoś z państwa nie ma czasu czy ochoty na zajrzenie do artykułu, wskazanego przez Kazika, to wyjaśniam. Kiedyś była już moda na wycenianie wielkości uczonego ilością jego płodów w piśmie. No ale pojawiał się jakiś tam prof. Bujak i dopisywał się jako autor wszystkim swoim dwustu magistrantom do ich rozpraw i wkrótce miał czterysta prac, czyli dużo więcej niż Einstein. A nawet pomijając takie skandaliki, to jak porównać wagę artykułów z chemii i z fonetyki? Ilość stron? Ilość dziwnych znaczków? Długość zdań?
Wymyślono więc coś, co jest obecnie dość ogólnie szanowane: liczymy ile razy praca osoby X jest cytowana w pracach podpisanych przez inne osoby. I wydawane są grubaśne indeksy cytowań odwalające potężną orkę statystyczną, wskazującą - w założeniu - jak wpływowe w środowisku międzynarodowym są prace tej osoby.
No i przed paru laty warszawski fizyk, Andrzej Kajetan Wróblewski, przyjrzał się działaniu tego ostemplowywacza jakości i bez kłopotu stwierdził, że bardzo to niesympatyczna dla Polaków maszynka. No bo znajdując prackę paru autorów indeks zapamiętuje tylko nazwisko pierwszego z nich. I zerkając do książki telefonicznej zauważą państwo, że spis nazwisk na A i B wcale nie jest taki długi, a pod koniec naszego alfabetu to aż ścisk. A w angielskim to wręcz odwrotnie - kto tylko mógł, zaczynał się na A. (Jak państwo myślą, czemu moja żona Vanilda wybrała dla Adriana jego imię? Wskazówka. Tutaj listy osobiste: w szkole, w pracy, przy głosowaniu, są imienne, nie po nazwisku.)
A ponadto mamy mnogość znaków diakrytycznych, czyli na przykład „Łączyńskiego” można transkrybować na użytek anglosaskiej publiczności na osiem różnych sposobów, zależnie od apetytu na ilość błędów (czyli uproszczeń notacji). Nie mówiąc już o takim detalu, że pisma naukowe wydawane po polsku nie liczą się za międzynarodowe, więc mają je za nic. I tak dalej.
Wiedzą państwo? Mam ochotę zaproponować małe ćwiczenie na przyszły wtorek. Co by państwo powiedzieli na wymyślenie własnego, wyśmienitego systemu oceniania wartości i znaczenia naukowych umysłów?
No to jak, Polak potrafi?
Até logo.
P.S. Ach, państwo już papierki pozbierali i podnoszą się z krzeseł - więc nie będę dzisiaj nudził, to niemiłe zostawać z guzikiem od czyjejś bluzy w ręce. Historyjka o trójkącie będzie musiała poczekać do następnego razu. Wspominam ją dopiero teraz, bo w ostatniej chwili opowiedzieli mi moi studenci co się wydarzyło im w sobotę. Romantyczny trójkąt? Nie, raczej nie, taki całkiem zwykły. Profesor Jim Wilson z Atlanty ma go na swojej witrynie. Czyli: wypożyczony. Proszę zerknąć:

I pomyśleć tylko, że coś tak niewinnego pojawi się w gazetowym reportażu Sam jestem ciekaw co o nim powypisują. Więc jeszcze raz
Abraço. Até a próxima.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu