<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Czy państwo pozwolą, że powiem coś ważnego na początek? Mogę? Dziękuję. A więc chcę powiedzieć państwu: dzień dobry. Nie, wcale nie żartuję, to ważne dla mnie. Tych parę osób na sali, które właśnie spadły z krzeseł to moi znajomi sprzed prawie czterdziestu lat i proszę się nimi nie przejmować, oni sami pozbierają się po chwili. To dla nich spory szok, bo pamiętają mnie jako tego, co buntował się przeciw dzieńdobrowaniu i wywodził, że to hipokryzja życzyć dobrego dnia ludziom, których chciałoby się zarżnąć tępym nożem. Co mi się stało, że tak szybciutko zmieniłem się? Czy już jestem za pan brat ze światem i teraz myślę, że to milutkie miejsce, gdzie nie należy mówić brzydkich słów?
Dużo by tu gadać. Dlatego natychmiast zaczynam, żeby nie skończyć zbyt późno. Późne kończenie to jeden z trzech grzechów głównych gawędziarzy. (Dwa inne to mordowanie dowcipów i nadużywanie słowa „ja”.) Tak mi było przykro przed paru dniami gdy Ubiratan D'Ambrósio zaczął zbyt późno i potem nastąpiło nieuniknione - skończył o wiele za późno. Ale o nim za chwilę. Najpierw o tym, jak to przed wiekami zastukałem do pewnych znanych mi drzwi. One się szybko otworzyły, bo mój przyjaciel był blisko wejścia. Spojrzał na mnie i spytał: „po co przyszedłeś?”
To zdumiewające jak szybko człowiek uczy się nowych rzeczy w stosownych okolicznościach. To jakby dawna technika nauki pływania, instruktor wrzuca ucznia do wody i idzie na kawę. Otóż od strony logicznej i przemyślanej wiedziałem co się dzieje i w pełni aprobowałem taki gambit. Ktoś mnie pyta po co przyszedłem, ja wyjaśniam, że na plotki (dla wyjaśnienia metafizycznej wątpliwości, z prośbą o pożyczkę, niepotrzebne skreślić), na co pytający odpowiada: w takim wypadku wejdź (przyjdź za tydzień jak skończę studiowanie do egzaminu, wróć za 15 minut jak pożegnam moją wizytę, niepotrzebne wyrzucić). Ale jak mi wiedzieć czy moja interpretacja jest poprawna? A może ów człowiek myśli: „że też dobry los nie zawiódł cię do innej dzielnicy”?
Część mojego wiecznego buntu przeciw skostniałym formom była walką o oszczędność czasu, ale gdy padło pytanie oszczędzające czas, okazało się, że lepiej mi z rozwlekłym stylem rozmowy, gdy łatwiej sygnalizuje się nastroje i chęci i trudniej jest o niezamierzone obrażenie rozmówcy.
Poza tym to wcale nie takie jasne czemu odwiedzamy znajomych. Kiedyś J. wszedł nocą do mojego mieszkania, siadł w fotelu, poprosił o herbatę, a gdy poszedłem do kuchenki powymiotował sobie wokół i niemało. Z całą pewnością nie miał w głowie diabolicznego planu: „pójdę do Andrzeja i tak mu urządzę mieszkanie, że on tego nigdy nie zapomni”. To była raczej taka Chwistkowa wielość rzeczywistości - mogła być jedna z owych wspaniałych rozmów, ale jak raz wyszło coś całkiem innego. Vot, słucziłos'.
Bo gdy stuka się do drzwi przyjaciela to stuka się w nieznane. Może zdarzyć się wszystko, nic albo coś. Ciekawa refleksja, która pchnie mnie do półrocznych studiów nad dziwnym zjawiskiem. Plotka, która za trzy lata pomoże zrozumieć czemu X robi to co robi. Ciastko tak smaczne, że natychmiast proszę o przepis. Milczenie z przyjemnością oglądania tej starej mordy.
Tak, owe zdarzonko, połączone z wielu uprzednimi refleksjami, że radosne istnienie - czy mądre istnienie - wcale nie jest zastrzeżone dla najbardziej inteligentych czy wydajnych czy zdeterminowanych - to wszystko dość szybko przywiodło mnie do łatwiejszego poukładania sobie różnych klocków. I jeśli dwadzieścia lat później siedziałem spokojnie w domu i nie gnałem z masami do księgarni, żeby kupić Najnowszą Księgę Rewelacji: Inteligencja Emocjonalna, to dlatego, że nie potrzebowałem jej.
Czy przekonałem państwa, że moje dzień dobry jest szczere, naturalne i wyraża ciepło mojego dobrego serduszka? Nie? Gratulacje, pani jest doskonałą znawczynią Takich Typów Jak Ja.
Młody mizantrop, którym byłem, był przekonany, że świat jest pełen zła, miałkości, podłości. Później dowiedziałem się, że prawda jest o wiele straszniejsza. To bardzo dziwne jak łatwe i miłe było i jest moje życie i jak wiele, dużo zbyt wiele, dowiedziałem się ile jest okropności. A może są tu związki? Może wiedząc co się dzieje tu czy tam łatwiej mi ustalić proporcje i nie obrażać Losu zbędnym narzekaniem? Tak czy inaczej, wiele rzeczy wolałbym zapomnieć i jeśli kompletnie nie zdurnieję kiedyś to ich nie przekażę innym ludziom. To nie jest żal do tych, co mi przekazali wiedzę o czymś. Przekazali, bo musieli z siebie wyrzucić to. Stałem po drodze ich przekazu. Zrozumiałem i bywało bardzo ciężko wiedzieć.
Młody mizantrop nie przerodził się w starego mizantropa, bo zrozumiałem, że ci, którym tyle miałem za złe, wcale nie byli tym dolnym poziomem naszego gatunku. Ani trochę. Natknąłem się na paru złych ludzi i niekiedy ja takim się stawałem, ale na ogół moje otoczenie nie zasługuje na ten poziom odrzucenia, który tak hojnie kiedyś rozdawałem. Mówię „dzień dobry” i „pozdrawiam” nawet w ostrych dyskusjach bo wiem, że to ciągle bardzo wysoki poziom zachowań i poglądów. Moi adwersarze nie są moimi wrogami. Mam zarezerwowaną dla nich dużą dozę szacunku.
A więc jednak jestem milutki, wyrozumiały i tolerancyjny? Ani trochę. Wściekam się słysząc argumenty, które nie są mi w smak i myśle bardzo źle o rozmówcy - ale gdy zajadę zbyt daleko, umiem powiedzieć „przepraszam”. I z tej przyczyny czasami zastanawiam się czy nie jestem jakimś E.T.
Proszę państwa, ogromna ilość konfliktów rozwiązałaby się dość tanio gdyby ludzie umieli wypowiedzieć głośno to proste słowo. Nie potrafię zrozumieć czemu kaleczy ono tak strasznie przeciętne gardło, że nie przedostaje się na zewnątrz. Nie mam doświadczenia co do sytuacji kofliktowych w świecie anglosaksońskim. Widywałem zaognione sytuacje tylko w paru krajach: w moich obecnych okolicach, w Kraju, w Niemczech, we Francji. Dziwne, że wszędzie było takie samo emocjonalne, autodestrukcyjne reagowanie. Co tu dziwnego? W istocie, nie dopowiedziałem do końca. Dziwne, że takie „latynoskie” reakcje, zrozumiałe u Polaków (bo podobno jesteśmy Włochami Północy, chociaż nie wiem czy to jest włoski komplement czy też anglosaskie zniesmaczenie), występują też u Niemców. Ale znam głównie Nadrenię - Bonn, Akwizgran - i oni tam są jacyś łacińscy. Krzykliwi, swawolni - prawdziwe nasze bratanki. No nie, bez przesady, są czyści i szanują kolejki.
A więc co tu takiego proponuję, nadzorowany przez ONZ codzienny kurs wzajemnego przepraszania się? Teatralne dramatyzacje po to, żeby gardło przywykło do tego dziwnego dźwięku? Nie, nic z tego. Stary ale jary żydowski dowcip już pokazał, że to nie tędy droga. Nie znają państwo? Cukerman obraził Silbergera mówiąc, że to kompletny dureń. Komisja rozejmowa ustaliła: Silberger nie odda sprawy do sądu jeśli Cukerman o siódmej wieczorem przyjdzie do domu Silbergera i przy całej jego rodzinie wyraźnie powie: „ja bardzo pana przepraszam”. Załatwione, dwie minuty przed siódmą Cukerman stuka, drzwi otwierają się, Cukerman pyta: „czy to mieszkanie barona Rotszylda”? „Oczywiście, że nie!” odpowiada pan domu. „Ach, to ja pana najmocniej przepraszam”.
Strasznie to wszystko poważne i czarno-białe. Prawdę mówiąc gdy zaczęliśmy rozmowę zamierzałem iść nieco innym szlakiem, ale tak to leci: widzę jedną parę oczu, coś w nich jest, widzę inne zaciśnięte usta, to też coś mówi - no i gadanie samo się steruje. Ciekaw jestem czy gdy Szaniawski brał się do pisania to profesor Tutka prowadził go tam gdzie chciał czy też spacer zależał od Szaniawskiego.
Pewnie jest czas na urozmaicenie gawędy jakimś dowcipem. Może ten o sowie, czy państwo to znają?
Dowcip opowiedziany, wróćmy do Ubiratana. 70 lat. Był dużo młodszy gdy go pierwszy raz spotkałem. Był dyrektorem Instytutu Matematyki (oraz Statystyki i Informatyki, wszystko było razem, IMECC) na Unicamp w Campinas. Mój pierwszy brazylijski dyrektor. Przestrzegano mnie przed brazylijskim nieładem, przed sześciomiesięcznym czekaniem na wypłatę O dziesiątej mój samolot linii z Maroka osiadł na lotnisku Viracopos, o jedenastej wziąłem autobus do Unicamp i o jedenastej trzydzieści przedstawiłem się w gabinecie Ubiratana. „Ach, wyśmienicie, że już pan przyleciał, jak przeszła podróż? Chyba nie ma pan brazylijskich pieniędzy? Zaraz to załatwimy.” W istocie miałem coś tam na obiad a po obiedzie, o pierwszej trzydzieści szedłem do banku Banespa, żeby odebrać zaliczkę w wysokości połowy mojej pensji.
A może ja doleciałem do innej Brazylii niż inni podróżnicy?
Ubiratan przemieniał młodziutki instytut w jeden z najsilniejszych matematycznie ośrodków w Ameryce Południowej. Coś już wówczas zaczynało się wykluwać z etno-matematyki ale nie pamiętam czy choćby termin już istniał. Potem sporo o owej etno słyszałem i w zasadzie nie biegało to daleko od moich przekonań. Jakich przekonań? No, wiedzą państwo, jak Frederico Fellini postanawia robić film o tym jak on robi film to jest to całkiem zabawne i do oglądania. Ale gdyby wszyscy filmowcy umówili się, że będą robili filmy głównie o tym jak robi się montaż, jak się przerabia scenariusze i gdzie jest kantyna dla aktorów to nie Arabowie ale rdzenni Amerykanie rzuciliby bombę na Hollywood. Strasznie to piękne i wydajne, ta ścisłość i dokładność i pedantyzm, ale to przecież tak ma się do celów matematyki jak podziwianie obwodów scalonych do oglądania telewizji. Przecież użytkownika to gówno obchodzi - więc za karę zmusimy wszystkich potencjalnych użytkowników do studiów nad drucikami?!
Z drugiej strony moje wrocławsko-matematyczne pochodzenie jasno mi wbiło w łeb: w mętnej wodzie brzydkie rybki pływają. Póki doskonali fachowcy przemyśliwują skąd, co i jak, to cudownie. Ale gdy tramwaj zapełnia się radosnym tłumkiem śpiewającym, że zamiast tych technicznych detali zajmijmy się społecznym duchem, szczególnie, jeśli on marksistowski, to lepiej wysiąść na najbliższym przystanku. Lud włączający światło nie musi znać szczegółów z drucikami, ale elektryk bez tej wiedzy to żałosny głąb.
No więc przez lata czytywałem o etno-matematyce, czasami z uznaniem dla jakości argumentów, czasami z lekceważeniem dla autora, który dywagował zamiast nieco sobie postudiować coś z samej matematyki. Ale Ubiratana mówiącego o swoim dziecięciu nigdy nie słyszałem.
Miał pecha, bo sala duża, więc były mikrofony, amplifikatory i druciki. Dlatego brzęczało, bzykało i bulgotało. I zaczął o dziesiątej czyli pół godziny później a wszyscy myśleli, że to będzie sztampa na 45 minut. Nie była. On ma swój własny rytm. Mówił mądrze i ciekawie i odpowiadał wyczerpująco (w każdym sensie) na pytania i o dwunastej rzecz pękła bo zaczynała się pora obiadowa. Szkoda. Wyraźnie był skłonny mówić tak długo jak długo było o czym mówić. I jedna z ostatnich jego odpowiedzi, na pytanie jakiegoś studenta ekonomii, bardzo mnie rozbawiła.
Jeszcze za studenckich czasów zastanawiało mnie jaka by to była matematyka gdyby nie grupa ssaków ale węże dorobiły się społeczeństw dużych i o matematykę proszących. Bo my dostajemy średnio rzecz biorąc 70% naszych istotnych doznań przez wzrok a u nich ze wzrokiem klapa. Więc nie dałoby się zrobić dla węży reklamy wygodnego wężo-chodu pokazując jak goła wężowa Marylin Monroe przytula się do kierownicy, bo wężom zimno to wisi. Jeden z ich ważniejszych zmysłów to te oczko na czole, do mierzenia temperatury tego co stoi z przodu. Duże, strasznie ciepłe - więc nie żaba, trzeba gdzie indziej szukać obiadu.
Jakimi zmysłami opisałyby one istotne dla nich formy? Jak odbierałyby pojęcie wielości? Nie miałem kogo pytać, jeśli nawet ktoś miał gadzie intuicje to nigdy by się do tego nie przyznał.
Ubiratan wdał się - tuż przed obiadem, dla coraz mniej uważnej publiczności - w refleksje nad ekonomiczną bazą matematyk. Handle wymuszają minusy, no nie? Jak mam to plus. Jak oddam to minus. Odwieczna księgowość.
Gdy jakaś zagubiona w metafizyce dusza pyta mnie jaki jest prawdziwy sens plusa i minusa, mówię: chodzisz po ścieżce. Jak dwa kroki w prawo, to plus dwa. Jak trzy kroki w lewo, to minus trzy. Jesteś mańkutem i boli cię być lewy? Nie ma problemu, ustalmy tak: jak dwa kroki w lewo to plus dwa. Jak siedem w prawo to minus siedem. Zadowolony? Skończyły się transcendentalne hiper-tajemnice?
To poprawne, sprawne i prawdziwe, ale wiem, że anachroniczne. Dopiero po Newtonie pogodzono się, że ten minus to zwrot wektora, przedtem to było zyskiwanie i tracenie, mam i jestem winien. Taka jest historia, taka jest prawda. No i Ubiratan mówi: coraz częściej ekonomiści mówią: baza ekonomii przyszłości to nie wymiana dóbr, ale przekazywanie wiedzy. A gdy przekazuję to co wiem to nic nie tracę, wręcz odwrotnie, na ogół coś jeszcze zyskuję.
Docendo discimus. Seneka. „Nauczając uczymy się.”
Proszę państwa, tu nie chodzi o wymyślenie modelu bez plusa i minusa. Istniejąca matematyka obrasta takimi modelami z wszystkich stron. No, proszę pomyśleć o tych trzech kurach, rudej, grubej i łysej. Ruda dziobie grubą, gruba dziobie łysą, łysa dziobie rudą. Wiadomo która kiedy jest silniejsza, ale nie ma sensu mówić o „najsilniejszej”. Taka matematyka na kółku, psychologowie nazywają to pecking order czyli „porządek dziobania”, matematycy nie nazywają tego „porządkiem” bo im to nie po drodze, ale znają to doskonale. Ale tu nie chodzi o model, idzie o mentalność, która wymagałaby innej arytmetyki.
Nowa matematyka? Nowy świat? Może nie tak szybko, proszę państwa. Wiele osi zła przekłuwa Internet i całkiem ciekawie pokazują kierunek przyszłości. Gdzie nie próbuję wejść to czeka na mnie klateczka na moje imię i hasło - a jeśli nie mam to mogę zapisać się i zapłacić. Nie, to nie tylko The New York Times rozmawia ze mną w tym stylu. Teraz nie sprawdzę nawet odesłań z moich uwag o Luli do artykułu w Rzeczpospolitej - bo znienacka poczuli zapach dziatlików i do archiwum wchodzi się płacąc. Za każdą konsultację z osobna. Śliczne. I historyczne. Rdzeń kagańca zawsze wiódł ku dwojakim znaczeniom.
Strasznie się oddaliłem od zamierzonego kursu, nie? Ale i tak państwo nie wiedzą co mi chodziło po głowie, więc w czym rzecz. A w następny wtorek - mogę to rzetelnie obiecać - zagawędzę o psim życiu i o włosach.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu