<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Proszę państwa, czy na obozach Makusynów były podchody? Z obozów w Bledzewie niczego takiego nie przypominam sobie, za Siedlisko skłonny jestem ręczyć, że tam owe urocze żołnierskie zabawy nie zawędrowały. Chyba tylko w Podgrodziu z czymś takim miałem kontakt. To taka mieszanka podnieconych chichotów (bo oczywiście największą radością było w dziewczęcym podobozie ukraść sztandar i zawiesić majtki) oraz wprawiania się do przyszłego życia u boku Jamesa Bonda. Ale to nie były Makusyny. Co to było Podgrodzie? To taki polski Artek ale w okolicy - przepraszam za wyrażenie - Świnoujścia. Co to był Artek? To była radziecka Disneylandia. A co to Disneylandia? To duńskie Tivoli przeniesione na Florydę przez Walta Disney'a plus olbrzymia mysz i jej towarzysze.
Od razu przypomina mi to Doris. Ona założyła pierwszy klub Mickey Mouse w Ankarze i oczywiście została jego prezydentką. Urodziła się tam chyba pod koniec wojny i jej imię wskazuje, że jej ojciec, niemiecki ambasador, miał jasne pojęcie o tym jak potoczą się dzieje. Z tym imieniem nie miała kłopotów w czasie studiów w Stanach. I tam spotkała Brazylijczyka, Tomka Kowaltowskiego. Jedna z najsympatyczniejszych par jakie w życiu napotkałem. Wychodząc kiedyś z ich domu spytałem Tomka: „jak wy to robicie, że potraficie żyć bez konfliktów?” Byłem pewien, że nie mieli ich widząc zachowanie ich dzieci. Można zaprogramować atmosferę przy kolacji i uprzejme miny, właściwe intonacje i tematy rozmów ale nikt jeszcze nie zaprogramował zachowań dwojga małych dzieci. I Tomek łypnął na mnie z lekką ironią i natychmiast odpalił w najlepszym stylu żydowskiego humoru: „wiesz, nas nie stać na rozwód”.
Od lat już ich nie widzę. Kiedyś Doris była tu - syn miał konkurs orkiestry prowadzonej metodą Suzuki. Piętnaście minut pospiesznej pogawędki. Co to za życie?! I my się śmiejemy z owych ludów afrykańskich, które rozkładają sprawiedliwie dobę na trzy równej długości okresy: na spanie, na pracę, na rozmowy. Przecież to oni powinni obśmiać się ze mnie jak norki.
Przez tę metodę Suzuki jeszcze bardziej oddalę się od podchodów. Ale co tam. I tak zerkam na zegarek, bo jak skończy się nasze spotkanie to wrócę do biurka. Komputer może wyć z rozpaczy ale nie dotknę go. Nie wszystkie rachuneczki umiem robić na komputerze. Często bazgranie na papierze jest nieporównywalnie lepsze. Zatonę na noc w tym pomyśle, co mi podrastał w jakimś zakątku czaszki i wreszcie dojrzał do spisania się w materialnej wersji. Za parę dni będę męczył Jurka, żeby mi powiedział co on myśli o tych moich logarytmach w skończonych ciałach. Już kiedyś robiono to, chyba Odłyżko, ale te moje są inne. Ale spokojnie. To po kursie portugalskiego.
Wiem, może tylko trzy czy cztery osoby odszukały kurs w Sieci, bo te hece adresowe dobrze witrynom sieciowym nie robią, ale ważne, że jestem tu. Więc skoro państwo dotarli do naszego spotkania poprzez Google i polskie Szukacze, przez Altavisty i białoruskie Akavity to już podaję kawę i wracam do ględzenia.
Suzuki. Hmm..., znalazłem kiedyś nauczyciela muzyki dla malców. Miał ich uczyć właśnie gry na flecie. Tonem przepełnionym szacunkiem (bo zarozumiałość przelewała się z niego na boki) wydusiłem z siebie prośbę: jeśli możliwe, przez parę miesięcy bez nut. Nie chcę, żeby oni uczyli się o muzyce. Chcę lekcji muzyki. Zbył mnie szybko. Wiedział lepiej. Po czwartej lekcji zeszyt nutowy był już zapełniony, nakazał kupić większy. Ale na piątą lekcję nie pojawił się. Poprzez wspólnych znajomych doszło do nas, że nasze dziatki były zbyt leniwe i nie przepisywały ćwiczeń. Dziwne, nie słyszałem od nich nic o saudades, o tęsknocie za ukochanym profesorem muzyki.
Czy bardzo wypyszczałem się na tego człowieka? Wręcz bynajmniej, jak mówią politycy. Jestem przyzwyczajony. Iluż to kolegów po fachu tak właśnie naucza matematyki. W tym miesiącu będziemy zapisywać w kluczu wiolinowym. W następnym miesiącu - w basowym. Potem zapiszemy razem mnóstwo kółek. To co jest u góry będziemy nazywali „linią melodyczną” a u dołu „akompaniamentem”. W ostatnim miesiącu znajdziemy interpretację fizyczną tego na fortepianie. O ile starczy czasu, rzecz jasna. Och, olera, semestr się skończył? To nic, kochane dzieci, zagracie sobie to wszystko sami na wakacjach. Najważniejsze, że nauczyliście się już podstaw matematyki.
O co mi chodziło z tymi podchodami? Ha, ha, wiedziałem, że jak coś wspomnę o matematyce to ktoś z państwa źle się poczuje i zrobi cokolwiek, żeby tylko zmienić temat. Myślę o podchodach z powodu tych gier i zabaw posłów teksańskich. Wraża trupa większa i nas przegłosują? Ależ, panowie, jest nas tylu, że bez nas nie ma głosowania. Gubernator stanu chce policją nas wyłowić i do pracy pod obstawą dostawić, gdzie przegłosują nas jak w kaczy kuper? No to, panowie, do autobusu i spływamy do Oklahomy. Po pięciu dniach wracamy do ukochanego Teksasu, prawnie przewidziany czas na tamto głosowanie wyczerpał się, odświeżeni wycieczko-urlopem będziemy głosowali w innych kwestiach.
Szopka była niesłychana ale z mnóstwem bardzo poważnych momentów. Taki szopki są stare jak świat i nawet w USA miały dobre precedensy. Najsławniejszą jest afera „Morderczych Pszczół” z tego samego stanu z 1979 roku. Nazwano tak grupę senatorów stanowych bo rzekomo tak byli użyteczni jak przywiezione do Brazylii afrykańskie pszczoły, zaczynające żądlić się wówczas w Teksasie. Ale senatorzy znikli na parę dni pokazując, że bez nich nie ma żadnej akcji w Senacie.
To pierwsze wydanie miało bardziej kolorowe elementy. Senator Jones idzie do domu bo zmęczyło go parunocne granie w karty i słuchanie chrapania jego kolegów. Do jego domu w Houston stuka policja, Texas Rangers, trzymając faks fotografii w ręce. Pytają człowieka, który otworzył: „pan Jones?” Człowiek wyznaje, że tak, więc lecą z nim do stanowej stolicy, do Austin, gdzie będzie musiał głosować - i wszystko na darmo, bo przywieźli pod obstawą brata senatora
Z kolei, dużo większe szopki robi się i w innych miejscach. W takiej Brazylii to jest jasne, ludzie gadają sporo, więc mają wprawę. I w Câmara dos Deputados (niższej Izbie Parlamentu) dorywa się poseł do mikrofonu i wygłasza przemówienie cytując pełny tekst powieści w czterech tomach tutejszego pisarza. Po dwóch dniach zapada w sen przy trybunie i znoszą go do łóżeczka i dopiero wtedy można głosować. Albo weźmy coś takiego: w cywilizowanym kraju może i powinno zdarzać się, że poseł przesłuchuje prezydenta czy premiera. I że widzą go wszyscy w tv. Ale wchodzi tu - jak zwykle - kwestia liczb. Jak to trwa jedną godzinę, to mamy demokrację. Jak pięć godzin, to cyrk. Jak dwanaście godzin, to dom wariatów.
Co do samej sprawy: oczywiście Republikanie mieli rację: posłowie Demokratów zostali wybrani dla głosowania a nie dla grania w karty w hotelu w sąsiednim stanie. I oczywiście Demokraci mieli rację: gdyby głosowali, Republikanie przerysowaliby sobie do woli obwody wyborcze, powiększając zapewne ilość swoich posłów federalnych i wytrącając z równowagi federalny system polityczny. Chwilowa przewaga nastrojów politycznych nie powinna być wykorzystywana do dalekosiężnych przemian strukturalnych. I oczywiście Republikanie mieli rację: właśnie powinna, w tym jest sens demokracji reprezentatywnej. I tak dalej.
A potem: choć władze federalne, republikańskie, z całą pewnością uradowałyby się aresztując grupę posłów teksańskich i dowożąc ich do miejsca pracy, to nikt nie zaczął podobnych działań, bo prawo na to nie zezwala i w Oklahomie byli oni nietykalni. A więc co by się nie wysobaczać na USA, to jednak jest to jedna z nielicznych działających serio demokracji w naszym świecie.
I w dodatku: to wcale niełatwo ocenić jakie kruczki prawne są etyczne a jakie są kabotyńskimi zagrywkami. Jeden z najsławniejszych prawników brazylijskich, zdecydował się bronić więźnia politycznego z okresu dyktatury wojskowej odwołując się do prawa o ochronie zwierząt. Wygrał. Może i uchronił człowieka od śmierci. A inny sławny prawnik broni zabójcę żony, argumentując, że w wyniku wrogich artykułów prasowych zabójca jest rozstrojony nerwowo i musi poddać się leczeniu przed procesem. Niby wszystko prawda. I jak prawnie odróżnić prawdę z sensem od prawdy bez sensu?
Koszty własne demokracji? Chyba tak. Więc może lepiej cieszyć się, że gdzieniegdzie i niekiedy system ten działa?
Myślę o uwagach czytanych wczoraj. Chyba jednak nie rozumiem co chciała powiedzieć moja Babcia cytując znane wyrażenie, że „lepiej z mądrym przegrać niż z głupim wygrać”. Na ogół współżyjąc z głupimi przegrywam, tracę co najmniej spokój wewnętrzny i wiarę w bliźnich. A gdy mam kontakt - choćby jak ten, zaledwie internetowy - z kimś tak mądrym jak Jacek Arkuszewski, to zawsze wygrywam. Fizyk atomowy, podróżnik, żartowniś, pisze tyle ciekawych rzeczy o Szwajcarii, w której żyje od lat, że zmusił mnie do przemyślenia jej od zera. Przedtem widziałem ów kraj oczami znajomych Szwajcarów, co ją opuścili - uciekali od nudy, od uregulowanego życia, od braku ożywczej improwizacji i niespodzianek. Ale Szwajcaria Jacka to nieźle przemyślany kraj, z delikatną ale jakże trwałą równowagą. Już czytając ongiś życiorys Eduarda Fuetera (znanego szwajcarskiego matematyka) uświadomiłem sobie ile słabo umotywowanych przekonań trzyma się mojej głowy. Myślałem, że Hitler nie zagarnął Szwajcarii z tego czy tamtego powodu - ale wtedy uświadomiłem sobie, że nie odważył się. Jego straty wojskowe byłyby olbrzymie.
No więc Jacek tak pisał wczoraj o złożonym i wielotematowym głosowaniu z ostatniego końca tygodnia:
Bardzo charakterystyczne, że referenda zgłoszone przez rządy, tj. 2 pierwsze z federalnych i wszystkie 4 z kantonalnych przeszły, podczas gdy wszystkie 7 inicjatyw (zgłaszane przez partie i organizacje po zebraniu 100.000 podpisów) nie przeszły. Ludzie mają większe zaufanie do rządu niż do kogokolwiek innego.[...]
I jeszcze ciekawostka: tak obszerne głosowanie federalne (9 pytań) miało miejsce ostatni raz 137 lat temu.
No i patrzcie państwo. Co to za kraj gdzie ufa się rządowi? Mało kto zna nazwisko przejściowego prezydenta, nic się nie słyszy o sukniach plamionych przez niego, a życie toczy się jednak
Przypomniało mi się jak Nina Kraśko opowiadała o wywiadzie, który robiła we Wrocławiu z Białoszewskim. Zażądał sobie pójścia na Dworzec Główny. Tam w nocy sprzedawano piwo. Dopijał przy akompaniamencie jej pytań to czego nie wypił w dzień, po czym znienacka podniósł się i zaczął wrzeszczeć na całą olbrzymią halę: „Żona kurwa, rząd złodziej! Żona kurwa, rząd złodziej!” Mało kto obrócił głowę. No, wiadomo, że rząd to nierząd a i w rodzinie nie wszystkim się udaje. A więc w Szwajcarii takie wrzaski miałyby mniej sympatyczną publikę?
Jedną z najważniejszych spraw w owym referendum była kwestia wojska. Zachowanie obrony pospolitego ruszenia czy też przejście na zawodową armię? Szwajcar z karabinem w domu odstraszył Hitlera, ale czy odstraszyłby ludzi z Al Kaida? Przykłady izraelskie pokazują, że terroryści mogą działać nawet tam gdzie nikt ich nie popiera.
Jak brzmi owe przekleństwo żydowskie? Aha: „obyś żył w ciekawych czasach”.
Oj, ciekawe ci one, aż zanadto. W referendum Jackowym można było przemyśleć sobie sprawy, bo przynajmniej wysłowienie było jasne. Ale w większości głosowań wie człowiek tyle, że to wszystko jest bardziej loterią. Coś w takim stylu: muszą państwo nacisnąć tu jeden z guziczków. No i który wolą państwo wybrać?
Kwiatki i uśmiechy ułatwiają państwu wybór, nieprawdaż?
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu