Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
Obsługa ekspresu i klawiatury:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 29, 13/V/03

Niełatwe zawody

Czy pamiętają państwo stary dowcip o zabójcy własnych rodziców co prosił w ostatnim słowie o mniej surowy wyrok? Twierdził, że były okoliczności łagodzące: był on sierotą. Pierwszy raz przypomniałem to sobie słysząc o kolejnym odcinku powieści z życia gwiazd: „Kradnę bo lubię” - młoda dama złapana w szykownym sklepie zapłaciła w każdym sensie: za futerko dolarami a za grzech pracą społeczną. W najnowszym odcinku okazało się, że może ona nie miała głowy ale miewała pomysły. Postanowiła wystawić kradzione lecz opłacone futro na licytację. Bodajże jakiemuś sędziemu zabrakło poczucia humoru i wygasił ten gwiazdkowy błysk.

A dziś wróciło to do mnie gdy czytałem o dziennikarzu, który wymyślał historie i teraz wydał książkę o dziennikarzu, który wymyślał historie. Bardzo proszę nie mylić dziennikarza z dziennikarzem. Ja nie mówię o dziobaku z The New York Times, który właśnie wylatuje z pracy, chodzi mi o innego, który stracił pracę (ale nie animusz) przed pięciu laty. Nazwisk wszystkich tych - przepraszam za termin - bohaterów raczej nie warto przepisywać tutaj.

Nie jestem bez winy. Kiedyś przyczyniłem się do światowej puli głupoty w tej dziedzinie, kupując książkę Biggsa wydaną tu pod tytułem A minha verdade - po naszemu: Moja prawda. (Oryginał angielski miał nieco inny tutuł: Ronnie Biggs: His Own Story. Proszę nie przegapić pieszczotliwego imionka Ronnie.)

Co z takim fantem począć?

Praktyczną lekcję dobrych manier dostałem w pierwszych miesiącach życia w Brazylii od pewnej brazylijskiej czarnej brytyjskiej lady.

Było to w Sepetibie. To był mój pierwszy brazylijski Sylwester i Richard nastawał, że musimy spędzić go w Rio. Mruknął też, że zmieścilibyśmy się w jednym wozie, ale Eva przesłała mi coś spojrzeniem i lekkim otwarciem ust i zaufałem jej milczącemu ostrzeżeniu. Całe szczęście, bo podróż w jego wozie z Campinas wzdłuż wybrzeża (wzięliśmy szosę Santos - Rio) wykończyłaby moje serce. Nic nie mam przeciw szybkiej jeździe, ale 120 na godzinę przyklejony maską wozu do ciężarówki? „Wariat czy sportowiec”, mawiano w naszej szkole.

Sylwester był bardzo emocjonujący, bo tam jednak wsiadłem do jego samochodu. Ale tam wszyscy kierowcy byli pijani, więc pijus z pijusem … przepraszam, chciałem powiedzieć: minus z minusem dodawały się dobrze.

Ach, wiele lat później, po paru innych Sylwestrach w Rio oglądałem mieszankę reportażu z wywiadem włożoną w jeden z bloków programu Larry King Live z CNN. Gdy kamera przejeżdżała nad tłumem wypełniającym Avenida Atlântica, nazywaną przez dziennikarza Copacabana, bo lepiej mu to brzmiało, choć nie myślał ani o dzielnicy ani o ulicy Copacabana, pan Larry King spytał: „a czemu ci wszyscy ludzie są w białych ubraniach? Czy to jakiś lokalny obyczaj?” Zaimponował mi wówczas spostrzegawczością. Jak ma się dziennikarską żyłkę, to zauważy się nawet na odległość, na Avenida Atlântica, że przewala się tam prawie milionowy tłum ludzi ubranych na biało.

A więc ten pierwszy Sylwester przeżyłem choć com na szosie widział tom widział a język tego nie opowie - i potem mieliśmy parę spokojniejszych dni. I któregoś z nich Eva spytała czy nie chcemy wpaść do Sepetiby, gdzie mieszkała jej znajoma. Znacznie od nas starsza, od niewielu lat żyła w Brazylii. Gdy była malutka, została wraz z jej nieco starszym bratem zaadoptowana przez Anglików. Może „wraz” nie jest dobrym opisem, bo były to dwie angielskie pary, którym spodobało się śliczne czarne rodzeństwo i zawieźli ich do Anglii, gdzie od czasu do czasu dzieci mogły odwiedzać się. Przybrana rodzina dziewczynki była dużo bogatsza i gdy jej brat stawał się sympatycznym i zdolnym rzemieślnikiem, ona uczyła się w drogiej szkole dla panienek wytwornych manier. Gdy odwiedziliśmy ją chyba nie mówiła zbyt wiele o swoim brytyjskim życiu - dowiedzieliśmy się tylko, że po śmierci przybranych rodzicow przekonała brata do powrotu do Brazylii i zamieszkali w spokojnej mieścinie, tuż przy boku jednego z największych na świecie molochów.

Przez cały wieczór, w miłym mroku i w komforcie rozmowy po angielsku (po portugalsku już sobie radziłem, ale z napięciem i z nadmiarem błędów) czekałem cały czas kiedy pojawi się temat Ronalda Biggsa. Był prawie nieuchronny. Sepetiba jest mała i ten członek bandy od „napadu stulecia” czyli rabunku w 1963 roku brytyjskiego pociągu nafaszerowanego pieniędzmi, mieszkający tam od sporego czasu, rozsławił ją w kraju i zwielokrotnił napływ wizytujących ją turystów.

Widać byliśmy dyskretni, skoro wiele herbat zostało podanych nim ktoś wreszcie zapytał: „no dobrze, ale czy nigdy nie spotyka pani Ronalda Biggsa? Przecież jesteście jedynymi Brytyjczykami w mieście?” „Jak to” otworzyła szeroko oczy wytworna pani „przecież on jest bandytą!”

Ładne. Takie brytyjskie. Od wielu lat mnie to bawi. Ale czy ta drobna niemłoda lady miała rację? Już wspominałem państwu o mojej sympatii dla rozróżnienia w portugalskim między ser oraz estar. „Jestem bandziorem” tak raz na zawsze czy to coś jednorazowego? Bez wątpienia ele é um bandido ale ele estava no bando, był bandytą, był w bandzie wymaga odmiennych czasowników.

Nie tylko przy rozmowie o bandytach warto zawahać się, przy politykach też miewa się na to ochotę. Ot, choćby pani Clare Short, o której mało przychylnie wspomniałem w 25-ym bloku. Coś się w niej budzi, oskarża dziś własny rząd o bezprawie i wychodzi z niego. Z rządu, nie z bezprawia. I jestem z panią Clare Short w jednej grupie, oboje uważamy, że to nie zadanie dla Brytyjczyków czy obywateli USA rządzić w Iraku lub osadzać tam rządy. Polityk to ciekawa istota, czasami dla przyszłości swojej kariery mówi prawdę.

Wracając do zawodowych bandytów, grubo jednak przesadził francuski dziennikarz pisząc przed dwoma laty, że le vieux gangster rentre en Angleterre (stary gangster wraca do Anglii). Stary - tak. Ale co on za gangster, czyste kpiny. Dużo bliżej było do gangstera temu panu co porwał Biggsa do Anglii w 1981. To zaczęło karierę Mike'a, syna Biggsa. Przedtem, jeszcze w płodowym stanie, syn uchronił tatę przed wydaleniem z Brazylii - kiedyś indziej wdam się w dygresję o tym brazylijskim prawie - i w owym momencie znowu wywalczył dla ojca wolność. Siedmioletni uroczy chłopczyk, płynny w obu językach, pojawił się w programach telewizji i wywalczył nie tylko dobrą prasę dla ojca ale i zaproszenie dla siebie do dziecięcego zespołu Balão Mágico.

Proszę państwa, ale to nie tylko wśród sławnych ludzi dzieją się dziwne dziwności. Rząd z koniem … coś tu nie tak. Ach, konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni jak to może być, że naraz pada tak Makutryna jak i mój server? Ale Angela jest dzielna i uparta, ja też mam dozę wytrzymałości i kto nas postanowił odnaleźć ten nas znajdzie w dobrym stanie. Tyle, że może nieco trudniej z łączami do mnie? Proszę zauważyć, że teraz nasz kurs jest w jednym z dwóch miejsc: albo tu

www.andsol.org/polski/maku/spis.html

albo tam

mtm.ufsc.br/~andsol/polski/maku/spis.html

chociaż nie wiem gdzie jest „tu” a gdzie jest „tam”.

Naprawdę strasznie się cieszę, że mimo wszystko przyszli dziś państwo, bo jak mówi ludowa mądrość: „w jedności kupa a w dwójności dwie kupy” i gdyby czasami ludzie nie skupiali się to nic z tego wszystkiego by nie wyszło. Ale dziś słabo mi idzie z tym skupianiem się, bo wisi nade mną ten koszmar prac egzaminacyjnych do poprawienia i wydaje się, że to jakiś dziwny konkurs, co prostsze pytanie ja zadam to dziwniejszą odpowiedź dostaję. Gdy zacząłem ongiś zjazd ku prostocie wymogów, zamierzałem powiększyć szanse mych studentów na szczęśliwy początek, środek i koniec, ale to wszystko wychodzi wręcz odwrotnie. Może trzeba właśnie pytać strasznie technicznie, mądrze i skomplikowanie?

Nie, oczywiście, że kpię sobie. Nie chcę wydawać osądów o osobach, co przygotowały te zadania maturalne z matematyki w poznańskim (Wiesiek mi to podesłał, nie wiem czy sprawdzał stan moich nerwów czy mojego poczucia humoru) ale zestaw zadań zaiste mnie zbulwersował. Wielkopolski Kurator Oświaty prosi: „Rozwiązania zadań zaopatrz w KOMENTARZ!”. Gałubczik ty moj, pozwól, że zamiast rozwiązań skomentuję sformułowania. Mądre. Cholernie mądre. Tak głębokie, że można utopić się. Z rozpaczy. Jest w nich mnóstwo wymogów i technikalii. Brak tam tylko jednego drobiazgu: najmniejszej choćby sugestii, że to wszystko ma jakikolwiek związek z tzw. realnym światem.

Czemu ci moi współbracia w matematyce tak często przedkładają gustowny rytuał hara-kiri nad szczęśliwe i uśmiechnięte współżycie ze społeczeństwem?

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu