Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
Obsługa ekspresu i klawiatury:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 27, 29/IV/03

Niewinne pytanie: gdzie ty jesteś?

Jak to miło spotkać państwa znowu. Trochę nie rozumiem tego odczucia, że nie widzieliśmy się strasznie długo, bo przecież każdy tydzień ma w środku takich samych siedem dni, więc nasze spotkania są zawsze równo pooddalane. Ale może lepiej nie zastanawiać się nad tym. Bo i tak do niczego mądrego w tej dziedzinie nie dojdę a z pewnością mój tydzień skróci mi się przez to myślenie o rzeczach, które nie dają niczego, a szczególnie wolnego czasu. Więc lepiej wrócić do naszych deklinacji i innych nacji bo to jest fascynujące. Czy państwo już próbowali odmieniać przysłówki przez osoby? Nigdy? A ja to robię codziennie. I ze wstydem przyznaję się, że jak nie myślę, to mówię z błędami. Ach, tak, to normalne. Ale chodzi mi o przysłówki.

Moje błędy biorą się stąd, że w przedbrazylijskiej części życia nie wiedziałem, że można robić coś takiego. Czy mogę to wyjaśnić? No, nie tylko mogę ale i muszę. Proszę bardzo: eu estou aqui, você está aí, ela está lá. Czyli ja jestem tutaj, ty jesteś tam, ona jest tam. (Z wymową nie ma kłopotu, JEŁesTOŁ aKI, voSE esTA a I, ela esTA la.)

Zauważyli państwo, że „ty - tam” i „ona - tam” mówi się całkiem inaczej? I to nie jest kwestia wyboru, ale smutna konieczność. Albo człowiek mówi poprawnie, czyli tak jak oni, albo natychmiast powiedzą: deve ser algum gringo - to chyba jakiś gringo. Przepraszam państwa, ale czy wszyscy wiedzą, skąd te gringo? To taka stara historia jeszcze z przedostatniego wieku, gdy idealistycznie usposobieni wojskowi z USA chcieli dopomóc Meksykańczykom w ich domowych problemach. Poszli tam masowo i w mundurkach, a że mundurki były zielone, meksykański lud entuzjastycznie ich witał: green, go home - „zielonki, idźcie do domu”. I tak już zostało. Co zostało? No, w języku zostało „gringo” (a nie „gringohom”), a w Stanach zostały Arizona, Kalifornia, Nevada, Nowy Meksyk, Teksas i Utah. Meksykańska zemsta była nierychła ale bolesna: po półtora wieku z Teksasu poszli do kierowania Stanami dwaj panowie Bush a Kalifornia ma największe na świecie zagęszczenie dziwaków.

Jakiekolwiek skojarzenia z dzisiejszymi czasami są nieuzasadnione, bo w Iraku Stany celnie bombardowały co chciały (za wyjątkiem broni masowego rażenia, które bawiły się w chowanego) używając niemieckich programów komputerowych. Natomiast w czasie wojny meksykańskiej ten wynalazek, który Anglik William Hale sprzedał Stanom, nie miał wielkiej militarnej wartości. Z owych 2000 wyprodukowanych na podstawie jego patentu rakiet tylko parę wysłano z wyzwoleńczą misją ku meksykańskiej armii ale nie zostały one odróżnione od ogni sztucznych.

Po co tu gadać o takich starociach? Chwileczkę. Czy w rozmowach o naszym narodowym charakterze nie odwołujemy się ciągle bądź to do powstania listopadowego, bądź do styczniowego? Te dawne zdarzenia ukształtowały nasze losy? I dumni jesteśmy, że w San Domingo nasi oficerowie posłali przysięgę wierności Napoleonowi do wszystkich diabłów i stanęli po stronie powstańców dominikańskich? I że powstanie listopadowe może nam niewiele wolności przyniosło ale za to Belgia i Francja nie musiały oglądać kozackich mord z oddziałów cara Mikołaja I? No więc może warto czasami przyjrzeć się jak nasi towarzysze broni traktowali międzynarodowe prawo w ostatnich dwustu latach? I widząc w filmach z Hollywood jak gładki niebieskooki bohater rozwala w drobny mak mnóstwo plugawych i pijanych Meksykańczyków w łachmanach, może warto zastanowić się … Cholera, może nie warto. Przecież to nie z Meksyku będą te miliardy dolarów z offsetowych programów.

Proszę państwa, skoro o miliardach mowa, to przerwę ten pourywany tok myśli, ale mam wiadomość z ostatniej chwili. Wiem, że jeszcze bardziej oddalam się od aqui, aí, lá, ale to naprawdę bomba. Otóż dolar zjechał tu poniżej R$3.

Czy mogę przypomnieć państwu, że pół roku temu straszono w Senacie USA co to się nie stanie jeśli Lula wygra brazylijskie wybory? Otóż mówiono: real spadnie do piwnicy, komuniści wywłaszczą brazylijskie fabryki Coca-Coli a Lula razem z Castro zbudują bombę atomową. Jesteśmy w końcu kwietnia a tu normalny byznys. Coca-Cola nadal jest używana w brazylijskich szpitalach na przeczyszczenie (u nas w domu też, bo Vanilda sporo lat pracowała w szpitalach i wiele tam się nauczyła). Posiadająca długą tradycję strajkową Partido dos Trabalhadores, Partia Pracowników, już od miesiąca zachęca służby publiczne do strajku przeciw rządowi PT czyli przeciwko sobie samym. A dolar, który fruwał w okolicach 4 reali wraca do bardziej sensownego dla niego poziomu poniżej 3 reali.

Być może pokazuje to kto naprawdę rządzi tutaj. W okresie przedwyborczym doszła do mnie jedna z takich informacji, którym wierzę, ale których nie przyszpilą państwo do żadnego źródła, bo źródło rzekło: „jeśli zostanę zacytowane to mnie nie było”. Otóż właściciele największego brazylijskiego banku, Bradesco (był pierwszy w Brazylii co się przed dwudziestu paru laty informatyzował, miał już kiedyś koło stu tysięcy pracowników) nakazali: żadnych zakupów dolara póki nie zjedzie on poniżej trzech reali. A stał dolar wówczas na trzy siedemdziesiąt pięć i takie coś mogło wydawać się snem nocy letniej. Może to nie był sen a nakaz?

Taki taniec monet nie znaczy jedynie, że obiad w małej ale bardzo smakowitej pobliskiej restauracji włoskiej będzie kosztował dla czteroosobowej rodziny turystów z USA nie siedem i pól a osiem i pół dolara - ciągle to jeszcze śmiesznie tanio dla tych co zarabiają w dolarach. Tu chodzi o to, że zewnętrzne zadłużenie instytucji brazylijskich, które może wynosi koło 300 miliardów dolarów (to zależy od tego co, kto i jak liczy) przeliczone na tutejsze dziatliki zmiejszyło się w ciągu ostatniego tygodnia o 10%. Co to znaczy? Nic. Dokładnie nic. Jak dolar rośnie, to tu pogarsza się. Jak spada, tu też pogarsza się. Ale jest przynajmniej intelektualna satysfakcja: od ponad dwóch lat głoszę, że wysoki kurs dolara nie miał najmniejszego ekonomicznego sensu.

Więc wróćmy do czegoś co ma sens. Ten czwarty wykład Ramachandrana … To nie tylko ja mam bzika na tym punkcie. No proszę popatrzyć co powypisywał przed paru laty mój ulubiony autor Jerzy Kocik w swoim eseju o 1+1=2:

Równanie 1+1=2 reprezentuje dodawanie kamyczków. Albo palców. Znany neurolog Ramachandran opisuje w swojej książce Phantoms in the Brain pacjenta Billa cierpiącego na dyskalkulię (nieumiejętność przeprowadzenia najprostszych działań arytmetycznych) Bill, tak jak wielu innych z tą dolegliwością, nie potrafi także nazwać palców które mu lekarz pokazuje badź dotyka (fingeragnozja). Czy wynoszony stąd wniosek, że te dwie funkcje zajmują w mózgu sąsiednie regiony ma jakieś ewolucyjne implikacje?

(No, prof. Ramachandram mówi, że ma. Wielką mi radość przyniósł ten jego czwarty wykład. Ale to zbyt długie gadanie jak na dzisiaj. I nie zrobi mi źle pomyśleć o tym nieco więcej nim zacznę opowiadać państwu o szczegółach.)

Co się stało, że Jurkowi przyszło do głowy zastanawiać się nad 1+1=2, o czym przecież wie każde dziecko? To z powodu pamiątkowej tablicy jego przyjaciela, wrocławskiego artysty co się nazywa Eugeniusz Get-Stankiewicz. Tak, gdy człowiek zadaje się z artystami to kończy (w Southern Illinois University) zastanawiając się co to znaczy, ze 1+1=2 albo że 3+4=7. I pomyśleć, że to był kiedyś mój najzdolniejszy student.

A odmienianie przysłówka przez osoby też ma sens. Czy państwo potrafią sobie wyobrazić, że nie-artysta czyli normalny człowiek mówi „jestem tam”? Nie przejdzie, zgoda? No a w portugalskim nie przejdzie você está lá - bo to też nie ma sensu. Miejsce gdzie jest você nazywa się i kropka. W miejscu , przełożonym przez słownik na tam może być on, ona i oni. Kto wie czy nie i ono, chociaż żadne ono nie istnieje w portugalskim. A jak to jest z dziećmi? Tak jak i po polsku, strasznie wrzeszczą, ale dziecko to criança („kriansa”), rodzaj żeński, niezależnie od jego prawdziwego przyszłego rodzaju. Nie, to nie dlatego tu jest tylu homoseksualistów. To znaczy, nie wiem. Może dlatego. To by był bardzo dziwny dowód na hipotezę Whorfa.

Jeśli państwo myślą, że wszystko już jest proste to spieszę pokomplikować. Wprawdzie ładnie tu się ludzie tykają: você to skrót od vossa mercê czyli wasza łaskawość - ale to się odmienia trzeciej osobie. W drugie prawdziwej osobie, używając zaimka tu mówi się w Portugalii albo w Nordeste. Ceará, Pernambuco, tamte strony. To znaczy, tutaj, na południu kraju, kolonizacja niemiecka przyswoiła sobie zaimek tu ale odmieniają go w trzeciej osobie co brzmi okropnie. Gdy student mówi mi tu pegou a circunferência - ty wziął okrąg - natychmiast przerywam mu tyradą: wszystko mi jedno jak mnie tytułujesz. Możesz mi mówić tu albo „wasza przewielebność”, „panie profesorze” albo você - ale musisz mówić gramatycznie. Albo mówisz você pegou albo tu pegaste.

No i oni mówią: que cara chato. Co za nudny facet.

A do „tyrady” wrócę inną razą. Tirada. Limonada, marmelada. Cachorrada.

Jak państwo dziś zobaczyli, nieznane w polskim sztuczki gramatyczne mogą uczynić wysłowienie się dużo precyzyjniejszym. Może kiedyś dotrzemy do języków eskimoskich (Inuit? Dziękuję, zostawię na jutro), gdzie są dwa typy słowa on. Coś jakby onklip oraz onplep. Po co to komu? A proszę przypomnieć sobie zamieszanie pojawiające się gdy człowiek chce powiedzieć coś takiego: „Włodek rozmawiał z Witkiem. Witek mówił, że on nie powiniem jechać do Zakopanego”. Od razu widać, że nie są głupie te Inuity. Przepraszam, Eskimosi.

Żegnam państwa po eskimosku, nos w nos, mówiąc

até logo.

Nie rozumiem. Czemu wszyscy tacy smutni? Ach, że dziś nie było nic w kolorach? No, doskonale. To na zakończenie dołożę tu taką zagadkę: ile my tu widzimy pomidorów?

Wskazówka: żaden pomidor nie jest ciemnozielony.

Mais uma vez até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu