<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Wiem, że to nic wielkiego, ale czasy nie są łatwe i trzeba cieszyć się czym się da. Wśród spraw, które niezbyt cieszą jest podejrzenie, że ta cała „informatyzacja” z „informacją” spotyka się bardziej w dźwięku niż w treści. No, podchodzimy do ciemnego pudełka, naciskamy guzik i wkrótce jawi się niebieski ekran z napisem: „Popełniłeś poważne wykroczenie. Błąd ochrony pamięci” - a potem idzie taka liczba, że gdyby nie piętnaście zer na początku to mogłaby być ilością sekund od stworzenia wszechświata. Idziemy więc do innego ciemnego pudełka, naciskamy guzik, tym razem ekran staje się zielony z białymi plamkami, coś tam rzęzi i strzela i przejęty głos podaje: „to jest straszne. To jest niewiarygodnie straszne.” Ostatnia szansa - trzecia puszka, naciskamy guzik, ekran robi się żółty i widać kręcące się na talerzu bardzo blade udo kurczaka ale zapach robi się miły i przekonujemy się, że zapach kurczaka nie zwiedzie, martwy kurczak prawdę ci powie.
Jak więc widać, żeby mieć dziś pojęcie o tym co się dzieje na świecie najlepiej jest siedzieć w kuchni wpatrując się w mikser lub mikrofalówkę. A może czytając Swetoniusza.
Powinienem wyjaśnić tę kwestię: nie winię dziennikarzy za te globalne informacyjne konfitury. Ich przewiny w normalnych czasach nie są małe - ale czasy są nienormalne i niebezpiecznie jest być dziennikarzem w wielkim świecie. Rzadko tak do nich strzelano jak w ostatnich tygodniach. Wydaje się, że walczące strony chciały przekazać jakąś delikatną aluzję w stylu: „damy sobie radę bez was. Jak ktoś szuka prawdy to może nas zapytać”.
Ale nawet z dala od wojny niełatwo jest być dziennikarzem. Zdumiała mnie historyjka, w której uczestniczył Richard Dowden. To taki brytyjski Ryszard Kapuściński, równie szanowany jak ten nasz i także żyjący kwestiami afrykańskimi. Jest jedną z tych osób, które przejmują się Kongiem. A dokładniej mówiąc, bezsensowną wojną w Kongo. Czy też kupą niezależnych toczonych tam równocześnie wojen. Zginęło już w nich w parę lat ponad 4 miliony osób. Tak, to nie 6 milionów Żydów więc może przejść niespostrzeżenie przez historię. No i ciekawe jest, że Wielka Brytania wspiera finansowo Ugandę i Ruandę, a te kraje używają pomocy finansowej do zakupu broni. A broni używają dla najeżdżania i okupowania Konga. I pan Dowden chciał dowiedzieć się czemu Ruanda broni swojej ojczyzny w głębi Konga, 700 km od swoich granic.
Wydawało mu się, że stosowną rozmówczynią by była pani Clare Short, która jest ministrem brytyjskim od spraw pomocy międzynarodowej. Wiedzą państwo, wywiad z politykiem to nie taka rozmowa przy herbatce. Trzeba gonić za nim gdy polityk spieszy na zebranie. Albo do łazienki. Albo do Harare. No więc Dowden wsiadł do samolotu pani Short i wreszcie mógł zapytać ją o to co go niepokoiło. Na co usłyszał, że ma się zamknąć bo jak nie to ta pani „wyrzuci go z jej pierdolonego samolotu”.
Przypomniałem sobie wszystkie niemiłe pytania, które usłyszałem w ciągu lat od znajomych i nieznajomych. Nigdy nie wpadło mi do głowy by odpowiedzieć, że wyrzucę kogoś z mojego samolotu. Może przez ten feler nie jestem dzisiaj brytyjskim ministrem.
Ale powiedzmy, że dowiedziałby się w tym samolocie w czasie sympatycznej rozmowy wielu szczegółów a nawet i sekretów. „Powiem panu całą prawdę ale w żadnym wypadku proszę mnie nie cytować.” Albo: „powiem panu pod warunkiem, że przez trzy lata nikomu pan tego nie wspomni”. I co gorsza, to dopiero początek kołomyjki. Poważny kłopot zaczyna się gdy uczciwy dziennikarz zastanawia się: kto, dlaczego i jak używa mnie w jakiej grze?
Informacja nigdy nie była niewinnym oglądem świata. Gdyby była to byśmy nad nią szybko przeskoczyli. Czy pamiętają państwo jak traktowaliśmy w szkolnych lekturach uczciwe i szczegółowe opisy przyrody? Informowanie to nie tyle ustawianie nas twarzą ku zjawisku, dużo bardziej jest to wykołowanie nas tak, że nie widzimy setki zdarzeń za plecami.
Przed laty poczyniłem jakieś naiwne uwagi o etymologii słowa „informacja”. Była to rozmowa z moim ówczesnym sąsiadem Estevão. Zresztą Chaves de Resende Martins. Sąsiadem był z miłego mi przypadku, z zawodu był historykiem i filozofem, a z natury geniuszem. Powiedziałem coś o „wkładaniu w formę” czyli kształtowaniu - a on z opóźnieniem trzech nanosekund odpalił: „tak, to klasyczny problem hipostazy, teologia od wieków zajmowała się tym”. No i zastraszył mnie, już więcej o tym nie myślałem. Tylko sprawdziłem po słownikach etymologię hipostazy i parę podstawowych niemedycznych znaczeń terminu.
Ale to nie z powodu geniusza przestałem czytać gazety. Wiele lat po wyjeździe z Brasílii i utraceniu kontaktu z nim ciągle prenumerowałem Folha de São Paulo. W owym czasie była zapewne jednym z najlepszych na świecie dzienników. Czytałem. Wiedziałem. I brakowało mi czasu na cokolwiek innego. Przypominało to scenę ze Złotego Zeszytu Doris Lessing. Bohaterka oblepiła obsesyjnie wszystkie ściany wycinkami prasowymi i trzeba były wizyty jej przyjaciela, by wyrwać ją z tego i oczyścić pokój. Moje oczyszczenie nie nastąpiło z powodu czytania Lessing, choć mam The Golden Notebook za jedną z najcenniejszych lektur w całym moim życiu. W jakiejś chwili zacząłem pracować dość intensywnie nad pewnym ćwiczonkiem.
„Jaka jest różnica między problemem naukowym a ćwiczeniem?” - pytam moich studentów. Czasami jest ktoś na sali kto uświadamia sobie, że nie ma jej w zadaniu, że leży ona w naszym przekonaniu o tym czy pytanie ma już znaną komuś odpowiedź czy też nie. Więc o ile nie ma przekonywujących dowodów, że to jest na odwrót, dobrze jest traktować każdy badany problem jako ćwiczonko do przerachowania czy przemyślenia. Pracowałem więc, pracowałem - i kiedyś spojrzałem na stertę gazet i natychmiast coś zrozumiałem. Było tego tyle, że nigdy w życiu nie zdołałbym tego przeczytać. Więc przestałem prenumerować.
Z drugiej strony czy nigdy nie wspomniałem państwu o tym, że do czterdziestego któregoś roku życia nie umiałem włączyć telewizora? W Zielonej Górze byłem parę razy u Fajtlowiczów gdy mieszkali blisko mnie i widziałem u nich żywy telewizor. Chyba był czarno-biały. Zapraszali do siadania, to siadałem i oglądałem, ale przecież takiej cenności gość nie dotykał. Potem parę razy w życiu oglądałem jakieś programy - teatr czy Kabaret Starszych Panów - ale to zawsze było jak w kinie. Siadasz, ktoś coś włącza i kręci kupą krążków, potem pojawia się napis „koniec” i wszyscy idą do kuchni. A potem gdzie nie pojechałem to wpadałem w towarzystwo, które widząc telewizor rzucało weń butami. I tak dożyłem związku z pewną panią, która telewizor miała i go codziennie lubiła. Związek się rozwiązał, pani odeszła (czy raczej odleciała) a ja wewnętrzną pustkę zaśmieciłem kupnem telewizora. Przyniesiono mi to-to do domu i po kilku minutach czytania instrukcji odrobiłem zacofanie technologiczne i nauczyłem się włączać telewizor.
Wyłączania go nauczyłem się w wiele lat później.
W szkole, do której moi malcy chodzili przed dwoma laty, było bardzo postępowe nastawienie. Do wszystkiego. Przynajmniej w szkolnej teorii. Jednym z elementów, które skłoniły mnie do zmiany szkoły była scenka z wąskiej ulicy prowadzącej do szkoły. To, że kobieta nie potrafiła poradzić sobie z zawróceniem wozu to nic specjalnego, ja na przykład raz sknociłem danie z polędwicy a innym razem pozwoliłem, by brama wjazdowa do domu wskoczyła na tył samochodu. Czasami nasze talenty życiowe słabną. Ale rzecz była w tym, że zablokowała się po środku i czekała aż dziesięć innych samochodów zrobi skomplikowane manewry po to, by ona mogła pojechać prosto. Spytałem ją czy nie skorzystaliby na tym wszyscy, łącznie z nią, gdyby wykręciła jeden jedyny raz tę jej kierownicę i zjechała trochę na bok. Na co mi dobra dusza odpowiedziała „pan nie wie kim ja jestem”. W istocie, nie wiedziałem i do dziś nie wiem. Ale zrozumiałem skąd pochodzi tego typu gawęda paru kolegów moich synów w czasie przerw i po lekcjach. No, ale zanim zmienili szkołę, miewali ambitne i skomplikowane zadania domowe. I musieliśmy poprosić o rozmowę nauczycielkę Adriana, bo coś tam nie grało.
W czasie rozmowy wypytywaliśmy ją o celowość tych zadań z opowiadaniem o czytanych w prasie artykułach i o oglądanych reportażach. „Dona Marisa” mówiłem z szacunkiem młodziutkiej nauczycielce, robiącej właśnie magisterium z jakiejś niesłychanie postępowej teorii pedagogicznej „dona Marisa, wiem, że to może panią zdziwić, prenumerujemy cały stos pism ale nie kupujemy żadnych gazet. Nie ma w domu gazety. Przykro mi. Jak szkoła nie potrafi żyć bez tego to może kupić Adrianowi gazetę. A od dziennika telewizyjnego odganiamy dzieci jak najdalej”. Kobieta żachnęła się słysząc o naszym obskurantyzmie, ale zmieniła ton gdy usłyszała nazwisko słynnej tu pani psycholog, która parę dni wcześniej dała właśnie taką radę dla rodziców na temat „jak radzić sobie z dziećmi w kwestii programów dotyczących 9/11”. Gdyby pani psycholog nie potwierdziła sensu tego co robiliśmy to wyszlibyśmy na złych rodziców, izolujących dzieci od realnego świata. A szkolna linia pedagogiczna jasno mówiła: dziecko musi być zintegrowane.
Zgoda, zintegrowane z życiem. Nie z masową śmiercią.
No a ostatnio to i my nie za bardzo oglądamy dzienniki TV. Czy państwo myśleli, że to czysty żart z tym oglądaniem kurczaka?
Powiedzą mi państwo: dobrze, ale coś o świecie trzeba wiedzieć. Skąd biorę minimalną choćby dozę wiadomości o tym, co trzeba wiedzieć? Jak dowiaduję się o ciekawych nowościach?
Odpowiedź jest bardzo krótka ale strasznie skomplikowana i prawdę mówiąc nieco mistyczna: przypadkiem. Ale to temat na całkiem inną i bardzo długą rozmowę. Więc żeby nie rozczarować państwa, że ta nasza dzisiejsza nasiadówka była na nic, informuję, że przypadkiem mówi się tutaj por acaso ale przetłumaczone czy nie, pozostaje to związane ze światem dziwów i tajemnic.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu