Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
Obsługa klawiatury, akcenty i dwukropki:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 23, 1/IV/03

Wariacje na klasyczny temat

Pamiętają państwo mój automatyczny odruch na wspomnienie przez Czarnucha „naszych wspólnych dysput”? Nie przyszedł mi na język los świata ani rozważania jak prowadzić się aktywnie a uczciwie mimo wariackich układów. Najwcześniej przypomniało się to co było najbardziej malownicze. Były to pojawienia się Olka Rozenfelda.

Chyba był u Czarnucha bardzo częstym gościem skoro nie tak mało razy go tam spotkałem. Na ogół była to godzina na wychodzenie - słyszało się kląskanie pod borem, bo drzwi wejściowe do klatki schodowej były już zamknięte - i Czarnuch otwierał dla Aleksandra. Włączał się gładko w rytm rozmów bo miał zawsze coś do powiedzenia. Ach, to zdanie brzmi podejrzanie, więc lepiej dodać: i to co miał do powiedzenia nadawało się do słuchania.

Ale są słowa ­- natręty, które zawsze wejdą. Próbowali już państwo rozmawiać o czymś niepewnym bez użycia słowa „chyba”? No więc wcześniej czy później jakoś tam pojawiało się słowo „pieniądz” (lub któryś z jego krewniaków) i następowała zdumiewająca metamorfoza. Ożywiona twarz Olka z błyszczącymi oczami wydłużała się, oczy natychmiast mgliły się łzą i zduszonym głosem Olek wyrzucał w eter jakąś skomplikowaną i nader prywatną sprawę, której jedynym rozwiązaniem byłoby pożyczenie mu przez Czarnucha stówy.

Gdyby to był teatr to byłbym zniesmaczony, że ktoś odgrzewa zużyte scenki na temat „stary Żyd i pieniądze”. Ale to było życie i często Olek wychodził uśmiechnięty i z jakimś ułamkiem tej stówy. Historyjki wywołujące portfel na scenę mogły dotyczyć ponownej śmierci bliskich krewnych, spłatę honorowego długu u umierającej z głodu wdowy z dziećmi - ale pamiętam i śmielsze zagranie, gdzie mówca oszołomił słuchaczy natychmiastową potrzebą składki na pilną skrobankę dla jego dziewczyny.

W Sieci nie brak materiałów o wybitnym poecie i jego wkładzie w naszą kulturę - ale choć czytałem jego wiersze to takim mi został w pamięci Aleksander.

Ale zastanawiając się nad tym przypomniałem sobie spotkanie z jakimś moim studentem. Nie tak dawno temu. Vanilda wychodziła z zebrania jej grupy specjalistek od sprzedaży kosmetyków i towarzyszył jej jakiś człowiek. Dziwne, to bardzo kobiece zajęcie a ta osoba była raczej z wyglądem kibica piłki nożnej a nie specjalisty od masaży opuszkami - ale nie miałem czasu na zastanawianie się nad słoniami sprzedającymi porcelanę, bo Vanilda powiedziała: „Carlos mówi, że zna cię, bo był twoim studentem”.

Oczywiście nie pamiętałem go. Pamiętam tylko twarze Vanildy, dzieci i czasami mojej teściowej. Człowiek też nie pamiętał czy zdał u mnie czy nie. Została mu w głowie nazwa kursu - oraz fakt, że używałem havaianas czyli japonek.

Natychmiast usytuowało mnie to w czasie. Po dwóch latach pracy w Fortalezie - mieście o tak klasycznych i wytwornych poglądach na elegancję, że nie wpuszczono mnie tam kiedyś do kina bo byłem w sandałach - oddychałem z ulgą widząc luźne obyczaje plażowej kultury z Floripy. Nie doszedłem do poziomu relaksu moich studentów nakładających koszulę dopiero przy wchodzeniu na salę, ale pamiętam, że wiele razy wprost z windsurfu szedłem na wykłady i wydawało się, że nikt tego nie zauważał.

Nikt z Floripy. Carlos był z interioru - i jedyne co zapamiętał z moich wykładów to były japonki.

A więc na nic moje wieczone przygotowywanie rachuneczków, by następnego dnia gładko przepływały przez tablicę głosząc słuchaczom: „nie bójcie się, to jest łatwiutkie”. Bez znaczenia był mój zapał gdy chciałem pokazać magię wielomianu przekształcającego się w grupę dyhedralną, która wpływała w geometrię i wracała niosąc nowe oświetlenie dla algebraicznej sceny. Carlos nie patrzał ani na tablicę ani na moją twarz, był zajęty oglądaniem mojej pięty i mojego podbicia stopy.

Czyżbym i ja wyprawiał takie fanaberie z Aleksandrem? Zamiast patrzeć na zwiewność jego skojarzeń i analogii pamiętam jak wkłada pieniądze do kieszeni?

Tak, to bardzo stara prawda, że skorupka nie ujawnia koloru żółtka. Kiedyś zabawiła i zafascynowała mnie obsesja pewnego człowieka z Brasílii. Nie dość, że wygląd miał oryginalny i nosił jakąś tropikalną wersję Mojżeszowej tablicy to jeszcze ładował w nią tyle powtórzeń spółgłosek ile się dało.

Pamiętają państwo - ta zabawa całkiem zmienia dźwięk. Podwójne r ma tu brzmienie naszego „h”. Wymowa zapisów esu i essu to „ezu” oraz „esu”. Śmieszne.

Kiedyś rozmawiałem w Campinas z Nelo o moich zdjęciach i pokazałem mu to. Jego prawie zawsze pogodna twarz ściągnęła się. Powiedział: „wiem kto to. Jego żona i dzieci spłonęły w tym pożarze cyrku w Niteroi.”

Tak, słyszałem o tym. Rok 1961, prawie 300 ofiar. Znienacka kolorowe zdjęcie ujawniło nieoczekiwane pokłady przygnębiającej czerni.

Nelo to też historia. To on ściągnął mnie do Brazylii. Zerknął na moje cv i ocenił, że właśnie mnie potrzebuje do swojego projektu badań. Nigdy nie zabraliśmy się do tego ale obcując z Nelo dowiedziałem się wiele o tym kraju, o Stanach i o Kolumbii - no i o Nelo.

Carioca (urodzony w Rio de Janeiro), syn Szkota i czarnej Brazylijki, umiał swobodnie wieść rozmowę tak wśród naukowej elity jak i w tłumie w podmiejskim barze. Gdy nie znałem jeszcze tutejszej mowy używaliśmy angielskiego, ale w czasie podróży na 5 tys. km bawiliśmy się mówieniem po niemiecku. Bawiliśmy się, bo nie wiem który z nas władał nim gorzej. Prowadząc rozwodził się nad niełatwymi konstrukcjami w grupach Liego; gubił mnie i zdumiewał pamięcią i jednoczesnym dostrzeganiem rozproszonych argumentów. Przy słuchaniu muzyki identyfikował kwartety Schuberta po dwóch taktach a samby i chorinhos po jednym. Gdziekolwiek zatrzymywaliśmy się, kobiety zerkały ze znaczącym spojrzeniem na tego postawnego i eleganckiego mężczyznę.

I jak mi zrozumieć, że ten wspaniały człowiek stawał się naprawdę szczęśliwy, gdy doczepiała się do niego jakaś rozmamłana dziwka, potrzebująca od niego tylko jednej rzeczy: zapłaty.

Nasza wspólna znajoma, która pracowała z nim na uniwersytecie w Bogotá mówiła, że spędzał on tam całe tygodnie zapijając się po najstraszniejszych burdelach. Tak, było coś co popularne psychologizowanie może i wyjaśnia. Jego pierwsze małżeństwo stało się dekadą cierpień po pojawieniu się nienormalnego syna. Ale przecież małżeństw muszących współżyć ze strasznymi chorobami dzieci jest mnóstwo i wcale nie ma prostej ścieżki stamtąd do mieszkania po burdelach.

To nie na moją głowę.

Jak to jest gdy nosi się upiory pod czaszką? Miałem z tym bardzo przelotne doświadczenia. Moje przeróżne kłopoty na ogół rozwiązywałem albo rozwiązywały się po paru tygodniach czy miesiącach. Ale raz krótki moment pokazał mi jak to może być.

Podróżowałem z moją siostrą po Czechach. Wspaniałe Brno, Praga … W Pradze odwiedziliśmy sławny żydowski cmentarz gdzie ma być do 13 poziomów pochowanych. Byliśmy tam sami. Na cmentarzu stał mały domek a w nim było miniaturowe muzeum Zagłady.

Zatrzymałem się przy gablocie z otwartym zeszytem - pamiętnikiem żydowskiej dziewczyny. W pewnym momencie zauważyłem, że Ewa wyszła z salki, stała przy jakimś kamieniu nagrobnym. Przeszedłem się po pokoju oglądając nieliczne eksponaty gdy nagle coś się stało.

Nie znałem tego odczucia. Czytałem o czymś podobnym w jakiejś powieści S-F. Pozagalaktyczny stwór zdominował bohatera historii jak gdyby ściągając wszelkie filtry ochraniające mózg i potworny ból świata, skowyt i cierpnienie, docierało bezpośrednio do organizmu.

Właśnie to stało się ze mną. W ułamku sekundy owładnęła mną słabość. Ohydne uczucie podłości wszystkiego, całego Wszechświata, skłaniało mnie do osunięcia się na podłogę i oczekiwania dobroczynnej śmierci. Zdawało się, że natychmiast zacznę wymiotować moimi jelitami - jakiś refleks ułamka świadomości, że byłem w salce z błyszcząco czystą podłogą wypchnął mnie za drzwi, ku słonecznym i ocienionym zielenią grobom.

Zdumiewające odczucie zanikło tak szybko jak szybko przedtem pojawiło się. Nic z tego nie rozumiałem. Byłem spocony i osłabiony. Podszedłem do Ewy i powiedziałem, że w tej sali jest coś dziwnego. Zbladła i chwyciła mnie za ramię tak silnie, jak gdyby zawisła w powietrzu i jej przeżycie zależało od tego uchwytu. Tak, z nią zdarzyło się to samo.

Nie pierwszy raz stwierdzaliśmy, że mamy bardzo podobne struktury psychiczne. Ale nigdy ta konstatacja nie była tak bolesna.

Ewa nie miała odwagi na powrót do salki. Chciałem wiedzieć co to jest - wróciłem tam sam. Parę kroków w tę, parę w tamtą stronę - nagle doszedłem do tego samego punktu i tego samego odczucia. Ale tym razem nie zatrzymałem się, prawie biegnąc opuściłem salę.

Jeśli ktoś odczuwa coś podobnego czasami - albo często - albo zawsze - jak potrafi żyć? Czy potrafi? Może to tak było z Silvią Plath? Co czuje ktoś kto miał kontakt - własny czy przez rodzinę - z Zagładą?

To chyba tak. Mieszkam we Wrocławiu na Grabiszynku. Coś spadło, miasto skończyło się. Z jakichś przyczyn przeżyłem. Zdaje się, że w centrum jest jakaś żywa rodzina. Jest jakieś dziecko żywe na Biskupinie. Ono mówi, że na Sępolnie jest jedna rodzina pokaleczona ale żywa. Nie został nikt, nikt, nikt kogo bym znał. Będę miał to w sobie na zawsze.

Co ja wiem o Olku? Wiersze z Sieci. Audiencja u Papieża. Zawsze lojalna pomoc dla Zbyszka w jego najtrudniejszych momentach. Naciąganie na bzdurne sumy. Człowiek z ekipy prezydenta Kwaśniewskiego. Więc kim on jest - dużej klasy poetą czy dziwakiem od nocnych wizyt na Kazimierza Wielkiego?

Chyba jednym i drugim. Jedno nie zaprzecza drugiemu. To jakby wydziwiać, że ktoś jeździ tramwajami a potem je w domu rzodkiewki.


Oj, co ja wyrabiam. Przecież Olek żyje, i to dobrze. I jego dzieci też, mogą nie lubieć czytania tego. Chyba nie odwiedza Makutryny, ale jeśli - to co ja zrobię?

No zniosę to z godnością i nie będę udawał, że to ktoś inny napisał a ja tylko byłem źle zrozumiany. Olek, chcesz mi odpowiedzieć czy chcesz mnie udusić? Jeśli chodzi o pisanie to tak Makutryna jak i moja witryna stoją otwarte dla Ciebie. Jeśli u mnie, to pisz co chcesz, nie założę cenzury.

Wolisz pojedynek? Dobrze. Ale nie na wiersze, bo wynik by był zbyt oczywisty. Na inne sposoby czy przedmioty? Nie lubię oliwek, są oślizgłe. Ponadto, musiałbym jechać do Polski …

Olek, widzisz, jest taka sprawa. Ty teraz jesteś u siebie w domu i dobrze Ci tak a ja jestem taki niedopłacony profesorzyna. I nawet na bilet do Kraju nie mam. Słuchaj, czy mógłbyś pożyczyć mi tak ze dwa tysiące dolarów? No, może dwa i pół, bo przecież mnie w Polsce nie zabijesz a za powrotem muszę zadbać o gościńce dla Vanildy i dzieci. No więc w czym sprawa? To koło dziesięciu tysięcy złotych. Stówa do kwadratu. No to jak, mogę Ci podać numer konta?

Do usłyszenia wkrótce czyli

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu