Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
Obsługa klawiatury, akcenty i dwukropki:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 22, 25/III/03

Od drobnych radości do finału w „i”

Proszę państwa, mam bardzo dobrą wiadomość. Otóż przetrwałem pierwszy tydzień zajęć w tym nowym semestrze. Jeśli ktoś z państwa zapyta „no i co z tego?” odpowiem: „ten tydzień to był mały krok człowieka ale gigantyczny mrok ludzkości”. Aj, co ja tu wygaduję o ości. Tyle już razy obiecywałem sobie, że nie będę mówił słów kończących się na ość bo to nie ma dobrej końcości. Ale jak Mistrz Zbyszko z Witnicy w swoim marcowym liście paradygmatów i innych mocności się ima, to i ja mam prawo do paru dobrze wypolerowanych ości.
  

A co do mocnych słów to chyba nie zwierzałem się państwu, że mieszkałem przez spory czas w jednym pokoju z Gabrysiem Lemieszem? Było to w Hotelu Asystenta. Zarządzała nim niejaka pani Biszowa. Przyniosło mi sporą satysfakcję odkrycie w Brazylii, że bicho („biszo”) to zwierzak. Brakowało mi sympatii dla tej damy nie dlatego, że ona była Biszowa, ale że była Ubekowa. Więc dziś powinna być Prezesowa jakiegoś banku. Ciekawe, miałem kiedyś napisane na ścianie, że cały ten ubecki zwierzyniec dobrze się urządzi w życiu i byłem za głupi, żeby umieć to przeczytać. Widziałem ścianę, znałem pismo i nie odczytałem. Ale co by mi z tego przyszło. Samotna satysfakcja z niedzielonej z nikim wiedzy jak to wszystko będzie śmieszne? Wydaje się, że życie proroka nie jest pełne radości. Nie opuszcza mojej pamięci parę zdań na ten temat, które umieścił Gian-Carlo Rota we wspomnieniach o Stanisławie Ulamie. Więc lepiej cieszyć się, że byłem głupi i wrócić do opowiadania o królestwie Biszowej Ubekowej.

Żyliśmy tam z Gabem na żółtych serach. Nabywaliśmy je niekiedy w supersamcu na placu Grunwaldzkim w kolejkach, w których można było przeczytać pełny rocznik Wieczoru Wrocławia. (W kolejce po chleb studiowało się całą Analizę funkcjonalną.) Jeśli kolejka była poniedziałkowa lub czwartkowa to dochodząc do kasy oglądaliśmy na półkach puszki z argentyńską wołowiną. Namacalne i niesprzedawalne. Te dwa dni były bezmięsne i puszki były pod ochroną. W inne dni chowały się przed nami w norkach. Jedzenie opisane, czas na picie. Piliśmy Yunan i armaniak. Kiedyś opowiem jak to zdobywaliśmy. To znaczy armaniak, bo Yunan był prezentem bogów.

Było nam nawet dość wesoło i wcale nie tak często używaliśmy mocnych słów. Ale raz spotkałem Gaba koło Instytutu całego zapienionego i używał wielu słów jędrnych. Wcale nie o ustroju bo on o ustroju dużo wiedział i jak o tym mówił to raczej płakał ze śmiechu. Ale tego dnia wyrażał opinie o swoich studentach. Było to nieco przed Wielkanocą i z jakichś głęboko kalendarzowych przyczyn niedziela miała wypaść w piątek, więc żeby ułatwić studentom podróże rektor ogłosił czwartek dniem wolnym od zajęć. I grupa Gaba przyszła do jego sali by wynegocjować zawieszenie zajęć ze środy. Barwnymi słowami Gab opisywał co chcieliby kochani studenci gdyby kochany rektor ogłosił kochaną środę a nie kochany czwartek dniem wolnym. Oczywiście negocjacje szły by o wtorek a może i o poniedziałek. I Gab mówił, że rzuci szkolnictwo.

Zabawne jak człowiek nie umie żyć. Przecież trzeba głęboko wdechnąć wiosenny przymrozek i swobodnie założyć ogólny zwis. Ostatnio już umiam to robić. Nie, proszę pana, nie umiem ale umiam. W poniedziałek umiem a we wtorek nie. Bywam umiejący. Ciekaw jestem czy i Gab dojrzał do tego etapu savoir vivre.

No więc w porównaniu z przeszłością różnica tu jest taka, że jej nie ma. Inny język, inny klimat, ta sama kultura latyno-słowiańska. I czasami zapominam, że powinienem umieć żyć i w środku rosną mi kochane słówka. Słaba wytrzymałość. W końcu, czemu przejmować się nie tak złym strzałem, że Galileusz żył w trzecim wieku przed Chrystusem a Kopernik został spalony na stosie. Przecież błąd jest rzędu nieznacznego kawałka jednego procenta, jeśli to rozpatrywać w skali od zagłady dinozaurów a Kopernik tak czy inaczej do dziś nie mógł przeżyć, więc stwierdzenie, że coś niedobrego z nim się stało jest poprawne.

(Napisałem „procentu” i zawahałem się. Dzwonić do Baśki czy do Izy? Zajrzałem do gugla. Pomógł. W istocie, sprawa delikatna, jak widzę w tym artykule. Bardzo piękna witryna biologa Grzegorza Jagodzińskiego.)

Trzeba chyba reagować jak nieznany mi Maciek (co podaje mi Wiesiek Kruszewski w tej wymianie zdań z niusów pl.sci.fizyka z jakimś - przepraszam za wyrażenie - „studentem”:

Jestem na drugim roku kierunku technicznego. Mam do zrobienia kilka sprawozdań z laboratorium. Niestety brak czasu.
Czy ktoś zrobi je dla mnie (odpłatnie oczywiście)?

Jasne.
Jeśli tylko - zgodnie z prawem autorskim - zagwarantujesz, że na oddanej pracy będzie widniało nazwisko autora.

Wracając do listu Mistrza. Udało mi się sprowokować go do wyznań o Gombrowiczu - a przez telefon zarzekał się, że nie znajdzie na to czasu. Aha, pochwalę się. Nie tak dawno temu podjąłem mądrą decyzję by zadzwonić do Jerzego Litwiniuka. Jak przed laty, znowu zaimponował mi. Głowa, pamięć, wdzięk. Byłem przygotowany na coś po fińsku i lapońsku, ale wiedzą państwo w jakim języku od mówił też do mnie? Po ukraińsku! Kiedyś tego nie robił. Jedno z dwojga: albo muza go nawiedziła - albo nauczył się. Stawiam na to drugie.

No właśnie. Czytając Czarnucha, o władzach Związku Wypędzonych przyjaźnie odwiedzających Polskę, myślałem: na nic mi polski Lwów, Mińsk czy Wilno. Chciałbym tylko móc tam jechać i być przyjaźnie przyjmowany. Do tego trzeba rozumieć się wzajemnie. Ale jak to zrobić prawie nie znając ich języków?

Może przyjdzie czas, że Polacy zerkną na mapę by sprawdzić jakich mają sąsiadów i zaczną uczyć się ich języków. Będzie to nieskończenie więcej warte niż pitolenie o rzekomej niewiarygodnej tolerancji naszych przodków sprzed osiemnastu pokoleń.

Imponujące jak Czarnuch to rozgrywa. Dwa dużej klasy strzały w tym samym życiu - kto inny pisałby wspomnienia o Makusynach i zbierał znaczki, a on wdał się w zupełnie inną przygodę. I chyba ma rację z zasadniczym nastawieniem. Nielekko w tej dziedzinie dojść do ładu z sąsiadami, ale wszystko jest lepsze niż modelowanie przyszłości na wielowiekowym wzorze Serbów i Albańczyków.

Dla osób szukających przepisu na sukces pouczającym jest, że oba razy działalność rozwinął tam gdzie był czyli w niczego nie obiecujących miejscach. Nie potrzebował osiedlić się w Warszawie czy w Paryżu.

No tak. My tu sobie gadu-gadu, a ja mam pewne zobowiązania. Obiecałem pokazać klejnocik z prywatnej kolekcji. Więc nie wspomnę nawet o Olku R., który natychmiast zmaterializował się w mojej pamięci gdy czytałem u Zbyszka o „wspólnych dysputach” - oczywiście rozwijały się one w Czarnuchowym pokoiku i rzeczony poeta pojawiał się tam w najbardziej niewiarogodnych porach i odcinkach dyskusji. On poczeka, bo ja zatrzymam się przy tym zdjęciu:

Bardzo chciałbym użyć tego w książeczce, gdzie zamierzam wyjaśniać po ludzku (a nie formalnie) parę detali rachunku zdań. Nie wiem czy użyję, bo książeczka to przedsięwzięcie komercjalne i wtedy trzeba zgody autora (czy pisma) na reprodukcję a ja nie mam pojęcia czyje to i gdzie było wydrukowane.

Kiedy uczy się koniunkcji, inteligenty słuchacz obrusza się, że matematyk przyzwala na łączenie słówkiem „i” jakichkolwiek zdań. Niełatwo młodej i uczciwej osobie przełknąć, że specjaliści nie kpią sobie rozważając takie potworki jak „Wisła płynie przez Warszawę i dwa jest mniejsze niż trzy”. Zazwyczaj pod przymusem owa osoba akceptuje wymogi logiki formalnej rezygnując z tego co ma za logikę życiową. Przecież w życiu nikt nie rozważa takich dziwadeł, no nie?

Hmm, a jeśli pokażę coś równie zdumiewającego i z jak najprawdziwszego życia to może dopuszczanie wszelakich koniunkcji stanie się łatwiejsze do przełknięcia? Spoglądamy więc na ten hiszpański tekst w samym środku zdjęcia. ¡Soy chileno e me cago en la ONU!. Tłumaczymy: Jestem Chilijczykiem i sram na ONZ! Oryginalna koniunkcja z pewnością ma sens dla człowieka po prawej (czyli na zdjęciu po lewej, zdjęcia zawsze nam to robią), bowiem odpowiada on plakietką: ¡Yo tambien! Viva Chile czyli Ja też! Niech żyje Chile.

Gdzie Rzym a gdzie Krym? Czy może Chilijczycy mają uskrzydlone jelita? (Intestino alado to byłby dobry tytuł dla odważnego bio-wiersza.) Pełne zrozumienie sytuacji, która przywodzi dobrze ubranych i pogodnych ludzi do dokonywania akrobacyjnej defekacji wymaga powrotu do jednego z odcinków średniowiecza z XX w. Grał tam rolę generała niejaki Pinochet. Sporo grzebania się w zdefekowanej przeszłości. Ale wielu myślicieli zauważyło, że dobre idee nie marnują się, bo wędrują w czasie. Ot, choćby nasz Ludwik Krzywicki pisał o tym w eseju „Idea a życie”. Duch Pinocheta doczekał się reinkarnacji i pomysł takiego odgórnego traktowania ONU jest w pełnym rozwoju. Zobaczymy czy tym razem moda będzie długotrwała.

Jedno mogę państwu rzetelnie i bez wysiłku obiecać: dopóki będziemy studiować portugalski, nikt nie będzie zawracać nam głowy znakami antypytajnika i antywykrzyknika. To hiszpański wkład do tortur graficznych.

¿Nie wierzą mi państwo?

¡Niesłusznie!

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu