<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Wydaje się, że przyjdzie kres moim kłopotom finansowym. Proszę państwa,
zostaną przyjęte moje przyczynki do kolekcji nowych i poprawnych
ideologicznie tekstów szkolnych. Wygrałem przetarg na opracowanie
litery „ł”.
Sukces zawdzięczam zdolności odróżnienia końcowego „ł” od spółgłoskowego „u”, rzadka umiejętność w tych czasach. Co prawda, litera jest trochę niewdzięczna ale jakoś sobie poradzę. Już ruszyła produkcja:
Biała kłowa
Łapki myje
I z ładości
Głośno wyje.- Kto ty jesteś?
- Biała kłowa.
- Jaki nick twój?
- Jam Ładiowa.Bo Małyja od Łydzyka
Mnie zapładnia umysłowo.
Łozum, sełce - cała jestem
Nałodową białokłową.- A gdy płynie zwyłodniała
Tłutka Wisław i Kołczaków
W któłą stłonę uszkiem strzyżesz
By kultułę chłonąć Lachów?- Płosta spława, wszak nasz nałód
Ligę Polskich Łodzin ma!
- Bławo, kłowo!! Nacja nasza
Na załazę włażą sła!
Teraz, po wysłaniu do wydawnictwa mojego ganha-pão (zyskiwacza chleba? Słownik mówi: este é o meu ganha-pão = z tego się utrzymuję) mogę wrócić do naszego kursu. Dziś skupimy się na kwestii dlaczego do tak poważnego przedsięwzięcia wkradają się żarty.
Czy pamiętają państwo śliczne afgańskie kożuchy? Tak? A drobne ogłoszenie w jednej z warszawskich gazet: „skóry afgańskie tanio sprzedam”? A było to w czasie wojny radziecko - afgańskiej i wykręcający podany numer z przerażeniem stwierdzali, że dzwonili do radzieckiej ambasady. Podobno parę osób z redakcji opłaciło utratą posady przepuszczenie tej reklamy.
Często człowiek poddaje się okolicznościom mówiąc: „nie da się nic zrobić”. Ale ta historia jest dla mnie dowodem, że zawsze coś da się zrobić. Nie było możliwe wysłanie do Afganistanu partyzanckich ochotników? Ani magicznych broni? To prawda, ale było możliwe opublikowanie drobnego ogłoszenia.
A wspaniałe pomysły Majora z Porańczowej Alternatywy? Historia o tym jak Goliat humoru i inteligencji zwycięża ponurego gnojka UB Ale to nie mi snuć opowieść. Dzięki międzykontynentalnym telefonom Jurka Kocika znam parę cudownych anegdot (wśród nich też o drobnym ogłoszeniu, dotyczącym sprzedaży lodówki). Ale państwo mogą usłyszeć dużo więcej prosząc o dłuższą narrację Wieśka Cupałę. Chyba można go spotkać na uniwerku w Zielonej Górze. A może łatwiej we Wrocławiu? Tak czy inaczej, jeszcze nie wszystko zostało powiedziane o tej przygodzie.
Nie był to tylko protest polityczny - to był też sposób bycia. I pewna tkanka społeczna. Ale czymś takim może być sam tekst, nie zobowiązujący grupy ludzi do spotykania się w jednym miejscu. Myślę o krążącej w ostatnich miesiącach kpince „Ptaszek sobie frunie z dala”. (Serdeczny uścisk dla nieznanego/nieznanej autora/autorki. Lub autorów, bo widzę dwie wersje utworu.) Oprócz nieocenionej zalety wprowadzenia mojej siostry w dobry humor na tydzień, historyjka ta wyjaśnia zjawiska z codzienności języka polskiego lepiej niż studia socjologiczne. I jest łatwo dostępna - w każdym sensie.
Innymi słowy: poważnie to znaczy „z wagą, z ciężarem”. Ale proszę nie odmawiać żartom zawartości. Ładunek ich bywa lekki lecz to broń wybuchowa z dużym efektem moralnym.
Wymądrzam się o tym, bo chcę snuć wątek różnic brazylijsko - latynoskich, opierając się na znanych mi wicach, ale czasami człowiek łapie się w pół słowa: „ojej, to nie żart, to szczera prawda!” Przypomniałem sobie mój pierwszy wypad do Argentyny. Był to maj czyli jesień. Od lat już nie oglądałem wyściółki brązowych liści na ścieżkach parków (Brazylia zna dwie pory roku: pada albo nie) i zaczynało mi być jakoś swojsko, ale Zauważyłem duży napis nad drzwiami: Comando Táctico Electoral. Zabawne, w obu krajach były właśnie wybory i w Brazylii też pełno było komitetów wyborczych - ale w Brazylii jest to Comitê Eleitoral Dla Polaka to uderzająco odmienne słownictwo? Ale i w brzmieniu jest niebłaha różnica. Jedno „tak jak się pisze”, koMANdo TAKtiko elektoRAL, a drugie KomiTE elejtoRAŁ. Nawet na podstawie dźwięku da się zgadnąć który z dwóch krajów chlubi się, że jest „Niemcami Ameryki Południowej”.
Wcale to nie znaczy bym błogosławił wszelkim prześmieszkom z obcych języków. Na przykład doprowadza mnie do bólu zębów ukochany przez Polaków dowcip, że po czesku „gołąb” to „dachovy obsryvanec”. Uprzejmie informuję, że nasz „gołąb” to ich „holub”. I dodam, że nadmiar agresywności wskazuje na niewiarę w wartość własnych racji. Śpiewny czeski, z długimi samogłoskami i z mnóstwem nieoczekiwanych rdzeni, wygrzebanych gdzieś z protosłowiańskiego, ma swój zabawny czar dla naszego ucha ale przy żartach tego typu nie idzie o słuch a o wredną zawiść za historię i za kulturę.
Spróbuję opisać karykaturę z brazylijskiego pisma satyrycznego, z okresu jakichś tarć - prawie wojny - między wojskowymi przygłupami z Argentyny i z Chile. Wydekorowani generałowie ustalają kto z nich ważniejszy licząc swoje ordery. Obie strony doszły do 87: ochenta seis, ochenta siete Któryś z nich wypina zadek i triumfalnie pokazuje order na pośladku: ochenta ocho!
Qual graça - w czym urok? Dla Brazylijczyka śmieszne są ich mundury i ordery. Nawet na oficjalnych ceremoniach brazylijski generał łatwiej pojawi się w koszuli z krótkim rękawem, bez orderów i będzie poklepywany przez prezydenta czy przez dziennikarzy jako „Józiu” czy „Jasiu” niż pojawi się w operetkowej pompie. Ale zabójcza jest ta wyliczanka. Po portugalsku pisownia jest podobna: oitenta sete, oitenta oito - ale proszę przysłuchać się różnicom w wymowie, najpierw portugalskiej, potem hiszpańskiej:
Słyszą państwo jak to zabawne? Nie?! Nic państwo nie słyszą? No to chyba ja zaczynam słyszeć głosy, być może czas mi iść do zakonu. Vanilda często oburza się, że ktoś kto doświadczył tyle cudów co ja może upierać się przy ateizmie. Mówię jej, że to nic nie ma do rzeczy, dbanie o mnie to zajęcie mojego Anioła Stróża. „Więc wierzysz w Anioła Stróża?” „Jasne, że nie, ale on musi dbać o mnie jak nie chce stracić posady.” Na co słyszę rozpaczania jak ktoś tak nielogiczny jak ja może uczyć matematyki. Ciekawe skąd ludzie biorą te przesądy o logiczności matematyki i matematyków.
Wracając do latynoskich wojskowych. W cykl plastycznie uderzających różnic między nacjami wpisuje mi się pewien biało-zielony obrazek w kropki, ale jeden obrazek do drugiego ciągnie i nie odmówię państwu na to naleganie bym poględził więcej prowadząc do celu najdłuższą drogą. (Nie uwierzę, by na moim kursie ktoś z państwa zamierzał podrzemać sobie.) Dygresja jest związana z Jurkiem Czerniawskim. Opowiadał on kiedyś z zachwytem jak wyglądał egzamin wstępny na Akademię Sztuk Pięknych jednego ze znanych polskich plastyków. Aha, to skandal, że matematyka nie jest jednym z wydziałów Akademii Sztuk Pięknych. Więc nakazano zdającym namalować „moje wspomnienie z wakacji”. Ów człowiek w parę chwil chlasnął zieloną powierzchnię i po środku czerwoną kropkę. To była dziewczynka w czerwonej sukience na zielonym polu.
Ten obrazek ponownie prowadzi mnie do Jurka Kocika. Kiedyś dyrektor jego wałbrzyskiego ogólniaka nakazał uczniom wyhaftować na beretach symbole ich przyszłych kierunków studiów. No i młódź haftowała pałki z wężami, wagi i cyrkle - a Jurek przeprowadził niebieską nitkę w tę i wewtę przez tkaninę tworząc małą niebieską kropkę na berecie. A gdy z rana zmarszczony dyrektor spytał co to ma znaczyć, Jurek oznajmił, że to ma znaczyć gwiazdkę, bo on zamierza studiować astronomię. I taki człowiek marnuje się teraz jako północno-amerykański matematyk!
No i już jesteśmy przy obrazku południowo-amerykańskim. Mój znajomy był szefem grupy przygotowującej podróże prezydenta Figueiredo. Działał on z ekipą gdy wszystko już było ustalone, poszukiwacze min przepuszczone przez teren, wieńce do składania przed pomnikami obwąchane. Jechali oni, patrzyli i myśleli. Kiedyś pojawili się w stolicy Paragwaju, gdzie następnego dnia dwaj dyktatorzy mieli się bratać i przytulać. Objechali i oglądnęli wszystko i dotarli do klubu wojskowego gdzie nocą miało być w ogrodzie tłumne i wystawne przyjęcie. Niepokalana biel obrusów, dyskretna zieleń gustownie oświetlonych trawników - wszystko zapięte na ostatni guzik.
Aż za bardzo. Na stołach, przykryte czystymi serwetkami, tace z krewetkami. Znajomy dyplomatycznie uśmiechnął się, pogratulował gospodarzom porządku i odpalił poufny telefon do szefa: w czasie wieczornego bankietu nikt, absolutnie nikt z brazylijskiej komitywy nie ma tknąć palcem jakiegokolwiek jedzenia.
Czy widzą państwo w kolorach to co się stało? Białe mundury, białe suknie i czerwone krewetki poddane przez 24 godziny wściekłemu upałowi. Klub miał sporo ubikacji, ale nie ma na świecie klubu przygotowanego na gwałtowną i jednoczesną dezynterię setek osób. Zieleń trawników, biel ubrań i obrusów, ach, co za zgroza
Jeszcze jeden mały klejnocik dałoby się dołączyć do tego ciągu ale równie dobrze może on zacząć nasze następne spotkanie, więc po co się spieszyć? Przecież nie mamy żadnej wojny na karku, no nie?
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu