<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Czy ja nigdy nie zacytowałem państwu czegoś z poezji Mario Quintana? Nie? No to odrobię szybko tę zaległość. Niechby choć jedną linijką:
Sonhar é acordar-se para dentro
czyli po naszemu
Śnić to obudzić się do wewnątrz
Zostanę przy jednej linijce, bo jeśli ktoś nie lubi wierszy
albo snów o rozmowach i rozmów o snach
albo nieoszczędnych linijek złamanych w półmyśli
albo filozofii zaszytej w przysłówki
albo zwiewnych szarad kpiących z gramatyki
(czy może z gramatyków?)
albo rzadkich zwrotów wbitych w gęste treści
albo ogona odczuć w dziwnych tonach błękitu
albo głowy węża słów z trzema ogonami domysłów
albo baśniowego smoka
i jakiejkolwiek rzeczy
która jego jest
(nie mówiąc już
o kocie i płocie,
ani o lukrowanych piernikach
z targu i rymach z Częstochowy)
to po prostu kliknie w zad i pójdzie do niewierszy i mnie nie doczyta. Więc jedna linijka poezji basta. Rzekł epigram.
Ale skoro już jestem przy poezji, to czy ktoś z państwa zna poezję niechcącą? To taki utwór gdy niedokładne władanie słowami niesie znaczenia ale całkiem nie takie jakie zamierzono. Myślę tu o Merlinie, który systematycznie śle mi e-maile zaczynając rozmowę słowami
Witamy ze sklepu internetowegoJest to poetycka zbitka myśli "paszoł won ze sklepu" oraz "witamy w naszym sklepie”. Poezja ta powinna zostać opublikowana w dziele Roberta Stillera pod tytułem Pokaż język!
Zaczynam obawiać się, że jeśli powiem jeszcze cokolwiek o poezji to państwo zaczną podejrzewać, że nie przygotowałem się do mówienia o tym o czym obiecałem i zapytają czemu ja przerwałem rozmowę po użyciu 9470 bajtów tekstu (nie mówiąc o prawie 1200 bajtach niewidocznych komend). A przecież wyjaśnienie jest proste. Psychologowie stwierdzili naukowo, że jak tekst przekracza 10 tysięcy bajtów to usypia.
Czy państwo mi uwierzyli? Całe szczęście, że nie. Ale nie brak jest ludzi, którym poda się jakąś dużawą liczbę oraz zapewnienia typu ”psychologia ze Stanford” albo „naukowo potwierdzone” i kropka. Wierzą i nie popuszczą.
Oczywiście jest naukowo stwierdzone, że takie zachowania mają racjonalne korzenie. Na przykład, czy u państwa lekcje czy wykłady mają 45 minut? Rzekomo to średnia wytrzymałości ludzkiej na oglądanie bez kawy czy kanapki (w jakimkolwiek sensie) gaduł przy tablicy.
Dlatego z dumą oznajmiam, że moja uniwerka (tu uniwersytety są rodzaju żeńskiego), Universidade Federal de Santa Catarina wymyśliła godzinę akademicką z 50 minut - i serwuje się studentom wykłady w blokach dwóch lub trzech takich godzin bez przerw - a po trzygodzinnym bloku studenci powinni przeteletransportować się w mgnieniu oka do całkiem innej sali w innym bloku, by tam znowu poddać się intensywnemu myśleniu. Nie wiem co za geniusz administracyjny wymyślił to-to ale podejrzewam, że nie tylko jest to nie do odkręcenia ale że zaraza wkrótce opanuje świat. A może już w Polsce są uczelnie co używają tych sztuczek by polepszyć swoje studento-bajto-upychy na godzinę czy inne ważne statystyki?
Jak więc państwo widzą, miałem naukowe podstawy by przerwać rozmowę w połowie. A w tej chwili uczepiłem się poezji bo sobie coś przypomniałem i jak tego nie napiszę to zapomnę i będę pamiętał, że zapomniałem i będę czegoś szukał po szufladach nie umiejąc powiedzieć Vanildzie czego szukam.
A więc chcę spytać państwa: czy ktoś tu czytał Płonącą żyrafę Grochowiaka? Dość często mam niedowład wyobraźni plastycznej i nie potrafię domyślić się o czym on myślał - a może lepiej co on widział. Na ogół miewam kłopoty czytając go, bo widzę, że to trochę inny świat - mówi o getrach, stangretach i innych takich pojęciach, których nie widywałem w mojej młodości w PRL-u. Inny świat kształtował jego wyobraźnię. Trudno mi tam wejść - jeśli ktoś z państwa wie o co chodzi i może mi pchnąć mejla to będę bardzo wdzięczny.
A zapowiedziana historyjka zaczyna się od Summer Institute of Linguistics, z którym miałem nieco kontaktów gdy pracowałem w Brasílii. Co to jest Letni Instytut Językoznawstwa? Odpowiedź zależy od ideologii mówiącego. Co oni sami o sobie mówią to łatwo zobaczyć przez gugla, w zasadzie mowa jest o czynieniu społeczeństw bez alfabetu społeczeństwami z alfabetem. Lekkie przybliżenie wyjaśnia czemu mogą pojawić się oceny i protesty: motywacją zapisywania języków rozsianych po świecie nieliterackich społeczeństw jest mówienie tam o Biblii. Pismo jest pojazdem, który przynosi Boga odmiennego od tego którego już mają - i oczywiście takie działanie zmienia raz na zawsze charakter społeczności. Więc często antropolodzy bardzo, bardzo źle mówią o tych misjonarzach. Ponadto w takim kraju jak Brazylia nie wszyscy myślą, że USA jest najlepszym lekarstwem na lokalne choroby i posuwają się do podejrzewania, że to rozwinięty i drapieżny imperializm. Dlatego nie są rzadkie oskarżenia, że ci misjonarze to przebrani agenci CIA, zbierający dane o Amazonii i implantujący tam swoich „uśpionych” agentów, do uaktywnienia gdy przyjdzie pora by odgryźć stąd kawałek kraju.
Jaka jest prawda? A skąd ja mam wiedzieć?
Wiem, że gdybym był szefem CIA to próbowałbym realizować moje cele tak jak bym to potrafił. Sądzę, że olbrzymia większość młodych obywateli USA rozjeżdżających się w latach 60-tych po świecie w Peace Corps to byli idealiści, którzy zrobili wiele dobrego. Czasami nie zrobili wiele dobrego. Spotkałem paru, którzy chyba jednak nie byli żadnymi idealistami. Normalka. Myślę, że jest trudniej porozsiewać takich działaczy w dużej ilości między misjonarzami ale nie powinno to być niemożliwe.
A co do idei przynoszenia Słowa Bożego ludom, które jakieś tam Słowa Boże mają, ale nie wypowiedziane w dawnej Palestynie, to wolę by każdy z państwa wyraził swoje własne poglądy na ten temat - co by to dobrego dało gdybym tu pisał co myślę o kwestiach religijnych?
Biorąc to pragmatycznie: fajnie, że jest lud który opamiętał się i po zamknięciu raz na zawsze istnienia ponad 300 narodów Indian w samej Kalifornii - i przy okazji ich odpowiednich języków - zaczął poprzez swoich misjonarzy rejestrować języki Indian z Brazylii. Wątpliwe, czy bez nich świat dowiedziałby się o istnieniu języków Sateré, Palikúr, Maxakalí, Rikbaktsa i setki innych.
SIL był bardzo aktywny w Brasílii - mało tam było Indian ale sporo specjalistów i urzędników zajmujących się nimi, którzy zezwalali (lub nie) na kontakt z indiańskimi grupami. Wydawali w Brasílii książki i prowadzili seminaria - i oczywiście poszedłem na spotkanie gdy obwieścili wizytę ich Wielkiego Człowieka o imieniu Kenneth Lee Pike.
Wiedziałem o jego roli w fonetyce i przygotowałem się czytając parę jego prac. Po wykładzie wykorzystałem możliwość i wyciągnąłem go na opowiadanie skąd w jego pracach tak spora doza matematyki.
Chętna zgoda na wdanie się w gawędę o tym niosła dwie informacje: że nieczęsto go o to pytano i że sprawiało mu satysfakcję sensowne użycie narzędzi z całkiem oddalonej od niego dziedziny.
Narzędzia, których użył wchodzą do programu studiów matematycznych. Chodzi tu o przestrzenie wektorowe wyższych wymiarów. Uczą się też tego inżynierowie i inne uniwersyteckie ludy, ale dość rzadko w naukach społecznych ktoś zadaje sobie trud przemyślenia tych pojęć. Łatwiej jest wystraszyć się egzotycznym brzmieniem terminów. Niekiedy widzi się u nich użycie ładnych zwrotów ze slangu technicznego, ale u Pike'a było uczciwe i uzasadnione używanie tak języka jak i metod algebry liniowej.
Przyznaję, że nie pamiętam szczegółów geograficznych jego wyjaśnień - wydaje mi się, że chodziło o Kenię. Niestety prof.K.L.Pike nie jest już osiągalny przez e-mail na tym świecie. Przebiegłem materiały z Sieci mówiące o nim, mając nadzieję, że ta historyjka jest gdzieś zanotowana, ale nie potrafiłem jej odszukać. Dlatego znowu zostawię w komputerach państwa moją prośbę, drugą już w tej samej gawędzie: jeśli ktoś z państwa umiejscowi tę historyjkę - lub jej jakiś wariant - w Sieci, niech zechce uprzejmie podesłać mi drogowskaz.
(Aha, czy Czarnuch opisuje też drogowskazy wirtualne?)
Podstawowe pytanie brzmiało mniej-więcej tak: co skłoniło pana do wdania się w teorie matematyczne przy pisaniu na ten a ten temat? Ciepło uśmiechnięty pan Pike opowiedział, że kiedyś - chyba w końcu lat 60-tych - duża korporacja rozwijała jakiś projekt w Kenii, zatrudniając, gdy tylko było to możliwe, lokalną siłę roboczą na wszelkich, także administracyjnych stanowiskach. No i w jakiejś wsi pojawił się problem.
Wybrany na nadzorcę lokalny dygnitarz nauczył się szybko posługiwać się walkie-talkie, przyjezdni specjaliści siedzący w odległej o kilkadziesiąt kilometrów bazie nauczyli się lokalnego języka - i wydawało się, że wszelkie polecenia będą bez kłopotów przekazywane na odległość. Ale praktyka byla inna. Gdy imitowano działania siedząc przy tym lokalnym wodzu wszystko działało bez zarzutu. Gdy specjaliści wyjeżdżali i połączenie szło z bazy za pomocą ustrojstw do gadania, słyszało się rozmowy wodza z jego towarzyszami, śpiew ptaków i różne kukuryku, ale do aparatu wódz milczał jak zaparty.
Gdyby to były inne czasy to by posłano oddział wojska, by się rozprawić z leniwymi Murzynami. Ale coś się zmieniło w głowach rządzących korporacjami i zadali sobie niesłychane pytanie: czego my w tym układzie nie rozumiemy? Może to problem w naszej komunikacji, może powinniśmy prosić o pomoc językoznawców? A że korporacja nie była biedna, zafundowała sobie najlepszego na świecie specjalistę od fonetyki, rzeczonego K.L.Pike'a.
Prof.Pike w krótkim czasie rozwiązał zagadkę. To był jeden z tych języków mających struktury hierarchiczne. Takie są na przykład japoński czy wersja tybetańskiego używana w królestwie Must'ang. Dla nas to proste: ja, ty, on, ona, ono. Ale tam trzeba jeszcze informacji o tym do kogo ja mówię, do kogo ty mówisz, itd. Jeśli na przyjęciu polski licealista powie do polskiej królowej Elżbiety „podaj mi cukier” to ona może zdumieć się obcesowością zwrotu lub udać, że nie słyszy, ale doskonale go zrozumie. Ale formy zwrotów w owych językach z hierarchicznymi połamańcami są tak odmienne jedne od drugich, że człowiek, do którego zwrócono się w niewłaściwy sposób ani sobie nie wyobrazi, że to o niego chodzi. I to właśnie działo się w wiosce w Kenii. Wódz słyszał jakieś wołanie „ty, słuchaj”, ale takie „ty” służyło do wołania podwładnych a nie wodzów.
No i prof.Pike uświadomił sobie, że dla dobrego opisu trzeba tu nieco więcej niezależnych od siebie czynników - czy „wymiarów”, jak to mawiają matematycy. Przemyślał, opublikował a potem zbierał owoce. Jak każdy człowiek, który uważnie słucha - i dopiero potem wygłasza swoje teorie.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu