<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Jeśli zastanawiają się państwo po co mi to wgryzanie się w pochodzenie i odchodzenie słów, przyznaję państwu rajcę: to obsesja. A obsesje powinny być rozwijane indywidualnie. Wyciąga się obsesję na widok publiczny dopiero gdy przeradza się w paranoję, w posłanie albo w dzieło sztuki.
U mnie obsesja etymologiczna utrzymuje się na przyziemnym poziomie. Do paranoi odnoszę się obojętnie, jakby nie była moją. Brak mi własnych, olśniewających etymologicznych dedukcji a wiersze wychodzą ze mnie raz na rok, więc z produkcji dzieł sztuki niedługo bym wyżył. Czemu więc upycham państwu te moje intelektualne klony, tak stare jak świat a czasami o 20% starsze?
Wyjaśniam już: w mózgowym podziemiu siedzi mi udające naiwność przekonanie, że słowa coś znaczą. Wiem, Zygmund Freud już to zauważył i rozgłosił. Ale jak dla mnie to w jego gadaniu o tym był nadmiar hucpy. (Nie mówiąc już o morfinie i innych idiotyzmach, które później mu litościwie zapomniano.) Tworzył maszynę do sublimowania bełkotu a wyszło mu perpetum mobile : z każdej starej bzdury dostaje się dwie nowe.
Choć nie ma złego co by na jeszcze gorsze nie wyszło: dzięki psychoanalizie filmy z Hollywood mają zrozumiały dla ludu podkład naukowy. Kompleks niedossania i podobne wyjaśniają w filmach prawie wszystko.
Zgadł pan. Psychoanaliza jest mi tak sympatyczna jak teorie van Dänikena, scientologia czy naukowy socjalizm. Jak teoria wyjaśnia wszystko to powinna udać się do pobliskiego szpitala. Oczywiście nie do położenia się na łóżku w oddziale psycho-neurologicznym, bo przygłupie teorie są nieuleczalne i zajęłyby przydatne komuś miejsce. Powinny iść do pracy jako pomocnik pielęgniarki. Pracując z wymiotami i żółcią i zarabiając gówno miałyby wreszcie kontakt z autentycznym życiem.
Moje dywagacje etymologiczne przepraszam, już przechodzę na jasną polszczyznę: moje ględzenie o życiu jaskiniowym słów nie stworzy Mistycznej Szkoły Wszystkoizmu z Floripy. Pomimo tego proszę o chwilkę cierpliwości, by wysłuchać historyjki o łuku. Łuk ma już koło 15 tysięcy lat życia (choć nie dla życia został zaplanowany) lecz w historyjce widzę pewne odnośniki do XXI wieku.
W Bloku 7 mówiłem o profesorze Roque Laraia. Historyjkę usłyszałem przed laty od niego. Zaniedbałem wówczas zachowanie w piśmie nazw odnośnych grup Indian. Na szczęście profesor Roque (jak to często bywa u ludzi sławnych i mądrych, którzy nie mają czasu) szybko mi odpisał odtwarzając szczegóły dotyczące tych Indian i mogę już opisać to państwu z rzetelnym umiejscowieniem detali.
Ach, jeśli mówię „profesor Roque” a nie „prof.dr Laraia”, nie ma tu próby zasugerowania, że jestem za pan brat z tą ważną osobistością. Tu jest powszechne traktowanie osób po imieniu.
Sprawa w tajemniczym dla antropologów z lat 60-tych zachowaniu się przy życiu Indian Guajá w stanie Maranhão w brazylijskim Nordeste. Żyli oni w wieczniej wojnie z grupą Kaapór i mieli pecha. Na ziemiach Kaapór znaleziono złoto i Kaapór mogli nabyć u bladych twarzy co im się chciało. A chciało im się strzelb.
Logiczny i prosty wniosek nasuwał się antropologom: wkrótce Kaapór wystrzelają wszystkich Guajá i będzie choć jedna historia gdzie blada twarz nie ma bezpośredniej odpowiedzialności za zanik indiańskiej społeczności. Ale Guajá wcale nie zanikali. Kaapór wymordowywali się z nimi po staremu, nożem czy łukiem.
Nieco pracy w polu (czyli w lesie) i sporo studiów językowych ichnich wariantów języka Tupi-Guarani wyjaśniło zagadkę. Strzelba weszła do kultury Kaapór jako „szybki łuk” i była traktowana tak jak każdy inny uczciwy łuk. Zastrzelić ptaszka czy małpiaka? Do woli. Zastrzelić wroga? Ach, trzeba będzie pochować wroga razem z łukiem, który go zlikwidował. A szybki łuk był zbyt drogi by go pozbawiać się posyłając w niebyt jednego jedynego Guajá.
Nie będę dziś wymądrzał się o hipotezie Whorfa. Mam inne kotki do głaskania. Zauważę tylko, że no início era o Verbo (na początku było Słowo, Ewangelia według Św.Jana) i że jeszcze od czasów Los Alamos im groźniejsza była broń tym niewinniej ją zwano - the device (urządzenie) to przykład-mać wszystkich przykładów. Sploty liczb i majuskuł to pomiot pierwotnego nazewnictwa. Wszystko niewinne, schludne i naukowe. Wydaje się, że to nazwy lekarstw na anemię.
A gdzie tu nawiązania XXI-wiekowe? Zaraz będą, ale najpierw zerknę na wiek XX. Proszę spokojnie i bez zacietrzewienia przypomnieć sobie składowe elementy tej historii.
Wielka, kulturalna i szlachetna nacja, upokorzona biegiem wydarzeń i z głębokimi skazami strukturalnymi w swej gospodarce zaczyna zdawać się na oczekiwanie magicznego rozwiązania. Wrogowie zidentyfikowani, cele wyjaśnione, Wielki Wódz z Gładką Gębą pcha naród ku wojnie. Doszedł do władzy w sposób nieco podejrzany, ale kto by to pamiętał techniczne szczegóły sesji parlamentarnej ze słabym głosem von Pappena - ważne, że Wódz jest popularny. Wprawdzie nadzwyczajne uprawnienia dostał po wydarzeniach, które wielu współobywatelom pachniały prowokacją, ale większość zwolenników nie miała nadmiaru pytań. I Wódz powtarza dzień i noc: nie mamy wyboru, jeśli te obrzydliwce nie spełnią naszego ultimatum to będziemy musieli zrobić to co musi być zrobione. Kochamy pokój od dawna ale wróg nas zmusza do przyłupania mu. Zresztą nasza sprawa jest święta i Bóg jest z nami.
No i w istocie, 70% narodu popiera Wodza w jego wysiłku przyniesienia pokoju i dobrobytu na następne 1000 lat. Zaskakujące wymysły są łatwo przyjmowane za świętą prawdę. Ograniczenia własnej wolności ciepło akceptowane jako słuszna cena promiennej przyszłości. Wojna (przynajmniej jej pierwsza część) jest radosną przechadzką - wróg ma śmieszne strzelby i konie. Sprawne i przetestowane lotnictwo rozpirza w drobny puch te tałatajstwo, po paru tygodniach można już przejść do następnych działań historycznych.
Jedyne czego nie rozumiem w tej historii to czemu Polacy chcą walczyć przeciw Irakowi. Przyznam, że za nim też nie łatwo stanąć, ale jak popatrzeć na jego pogmatwaną historię i pazerne osaczenie od uzyskania niepodległości przez stare i nowe mocarstwa to wydaje się, że mamy opowiadanie o bliskich kuzynach.
Czy mało nam było udziału w koalicji przeciw Czechosłowacji? Wiem, wtedy musieliśmy. A może teraz znowu musimy?
Co przywodzi mnie do wyjaśnienia portugalskiego zwrotu pqp (czytaj: „pekePE”). To skrót od puta que pariu czyli kurwa co zrodziła. Czyli po prostu kurwa mać.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu