Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
Obsługa klawiatury, akcenty i przecinki:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 15, 4/II/03

Pogody, cenzury i lektury

Czy państwo nie sądzą, że moglibyśmy sobie wspólnie ponarzekać? Najstosowniejszym powodem pitolenia mogłaby być pogoda, bo nie da się tego wytrzymać. Zwalając wszystko - rzecz jasna - na el Niño. A może państwo piszą to po polsku el Ninio czy el Nińo? To by się zgadzało z brazylijską konwencją, bo tu pisze się el Ninho co jest zdrowym absurdem. Słowo o ninho, (brazylijski rodzajnik o zamiast hiszpańskiego el ) znaczy gniazdo. Więc zapewne wiele osób tutaj kojarzy te pogodowe zamieszki z jakimś el Gniazdem i ciekaw jestem z czym to w Kraju sobie kojarzą, ale wątpię, by myślano o Chrystusiku. A dokładniej mówiąc o Dzieciątku Jezus. Hiszpańskie niño to dzieciątko i Peruwiańczycy tak dziwnie określili zakłócenia pogody bo zaobserwowali, że dzieje się to koło Bożego Narodzenia.

Latynosi są chyba bliżej Boga niż Słowianie, bo łatwiej i częściej Go tykają i w ogóle tyle tu spoufalenia, że Polaka to aż zadziwia. Przypominam sobie gdy krzyczano na jakąś panienkę „ŻeZUS!” i przyjaciel wyjaśnił mi, że z pewnością ma ona na imię Teresinha de Jesus czyli Jezusowa Tereska. Po czym, choć praktykujący katolik, poczynił serię takich żartów opartych na byciu z Jezusem, że mnie to z lekka zamurowało, bo gdyby polski katolik coś takiego odstawił to natychmiast grom z jasnego nieba by go trzasnął - a tu nic, ani gromu ani szybkiego zejścia mego przyjaciela do piekła. Po prostu, pobawił się słowami i przeszedł na inny temat.

Wracając do mojej propozycji narzekania mam trzy wstępne uwagi. Po pierwsze, śmiejemy się czasami ze średniowiecznych nominalistów, bo niedouczonie bidulki myślały, że imię rzeczy wyjaśnia wszystko i na przykład taka świnia świński ma charakter właśnie dlatego, że świnią się nazywa. Dzisiaj już wiemy, że to nie o to chodzi: nawet jakby zwierzę poprawnie nazwać „oswojonym trawożernikiem z ryjowatym przodem” to ono nadal świński charakter mieć będzie bo to siedzi w jego świńskich genach. Niemniej jednak, jak pogoda dostaje kompletnego bzika to mówimy, że tyczy się fenomenu el Niño i nazwa podrzucona przez peruwiańskich rybaków zyskuje niesłychaną naukową moc wyjaśniania i przewidywania.

Po drugie to duo si faciunt idem, non est idem (dois se fazem idêntico, não é idêntico?) czyli „gdy dwóch czyni to samo to nie jest to tym samym”. Państwo będa narzekać myśląc o nieznośnym ziąbie a ja o tym upale, który mi rozpuszcza resztki szarych komórek w nieczułą na elektryczne impulsy maź. Proszę mnie dobrze zrozumieć: wcale nie skarżę się i nie myślę gnać do śniegów. Nie myślę dlatego, że nie jest możliwe myślenie gdy ma się w głowie roztopione masełko.

A jak ja teraz piszę? Isso são outros quinhentos czyli to inna sprawa. (Przykro mi, ale dosłowne tłumaczenie programu komputerowego: „to są inne pięćset” jest niesłychanie poprawne ale całkiem bez sensu. Brazylijskie wyrażenie też jest bez sensu ale z tradycją.) Teraz jest noc i mózg mam znowu w stałym stanie.

A po trzecie, to należy cieszyć się, że można narzekać. Nie chodzi mi o to, że zmarli nie skarżą się. Myślę o czymś bardziej politycznym. O tym filmie Rio 40 graus (Rio de Janeiro, 40 stopni), którego w okresie wojskowej dyktatury nie dopuszczono do oglądu publicznego.

Dziwnie to bywa z pojmowaniem dyktatury. Mój przyjaciel Wacek mawiał, że proste kryterium czy jest dyktatura to starać się otworzyć salon fryzjerski. Jeśli operacja zajmuje dzień czy dwa to nie ma co gadać o dyktaturze. Rozumiem o czym on mówił, ale to jednak nieco wąski punkt widzenia. A może wręcz odwrotnie, zbyt szeroki, bo społeczeństwa bez jakiejkolwiek administracji zostaną wliczone do „wolnych” a może i „demokratycznych”. Kłopot w tym, że jak ktoś w dzieciństwie dostał po pysku to nie uznaje narzekań innych, którzy obrywali po pupie, no bo dostać po tyłku to nic takiego strasznego. Nasze skale doznań nie składają się ze stopni odczuć ale z opisu faktów, które je wywołują. No i nie mamy dobrego pojęcia jak to jest obrywać po zadku. To w kinie ogląda się świat z boku - ale filmy nie pokazują jak boli ząb ani jak czuje się strach idąc po chodniku.

Gdy tu przyjechałem też wydziwiałem nieco. Nie muszę chodzić z dowodem osobistym po ulicy. A dowód to prostokącik w plastyku i ani nie da się wyobrazić zapisywania w nim gdzie to człowiek jest zameldowany. Zresztą chyba jedna trzecia mieszkańców tego kraju ma adresy tak łatwe do opisu jak poranne chmurki. Kseroks w każdym kącie i można odbić sobie co się chce - ale dzieła wywrotowe (czyli książki Marksa) leżą po kioskach, więc po co. W szkole nie trzeba czule dotulać do piersi portretu Ojca Narodów, cytując go z uniesieniem na zebraniach szkoleniowych czy sesjach autokrytyki. Więc gdzie ta dyktatura?

Ale jeszcze w pierwszym miesiącu mego pobytu tutaj pojechaliśmy z Nelo w interior czyli w zadupie. I gdzieś w głębi stanu Bahia późną nocą w czymś żartobliwie nazywanym „hotelem” ujrzałem spęd tubylców na przedwyborcze zebranie rządowej partii „Arena”. Był to niby bar z paru stołkami pod gołym niebem, między zewnętrznym nieopisywalnym wychodkiem a parudeskowym parawanem na elektryczny prysznic. Musi najlepsze miejsce na polityczny meeting - gdyby baba kąpała się to by było nieco uciechy. Na jedynym tam stole rozlał swe dupsko przewodniczący. Morda tego wójta czy kim on tam był, zapewne lokalny pierwszy po Bogu, ton mowy nawijanej zgromadzonym, entuzjazm dla sprawy przebijający się przez zmęczone twarze wieśniaków - to wszystko szybko i łatwo wyjaśniło mi gdzie byłem. Choć brakło podkładu dźwiękowego „Międzynarodówki”, czuło się tam zapach kanałów partyjnych.

Czemu cenzura zatrzymała ów film? Bo była cenzurą, taka jej skorpionowa natura. A wyjaśnienie publiczne było takie co państwo sami wiedzą, jakieś tam Jaruzelskie, Gomółkowe czy Gierkowe urbany zawsze wykukają coś na miarę potrzeb i możliwości, wszystko jedno czy to mróz czy żar, komunizm czy antykomunizm: film o takim tytule był szkalowaniem brazylijskiej Ojczyzny, tendencyjnie nastawiającym zagranicznych turystów do unikania Brazylii. A więc działanie szkodliwe dla interesów Państwa, zamierzające pomniejszyć zyski hoteli i restauracji i doprowadzić do przewrotu komunistycznego. I wszyscy Prawdziwi Patriotyczni Brazylijczycy wiedzą, że w w Rio nigdy nie ma 40 stopni.

Jak państwo widzą, różnica między typami dyktatur czasami polega na miejscu gdzie ustawia się poprzeczkę. W Sojuzie wrogiem ludu byłby typ chodzący z termometrem. Na cholerę on to nosi, przecież w Prawdzie jasno pisze jaka jest poprawna temperatura. Tutaj można było mieć termometr i nawet oglądać go, ale żeby głośno gadać co na tym termometrze stoi …

Proszę państwa, tak się rozgadałem, że odeszła mi ochota na wspólne psioczenie na pogodę. No i cościk późno. Spróbuję znowu przysiąść do tej lektury zalecanej przez Zbyszka. Niedawno (gdy intensywnie nakłaniałem go do znalezienia czasu na przeczytanie Kalamburki) tak mi rzekł:

Mając do wyboru powieści i utwory sceniczne Gombrowicza oraz jego Dzienniki, wybieram te ostatnie, które uznaję za największe dokonanie polskiej literatury drugiej połowy XX wieku. Mam wszystkie tomy i wciąż do nich wracam znajdując w nich to, czego u wielkich humanistów mego czasu szukam: otrzeźwiającej wiedzy o sobie samym i mych współczesnych, wyrażonej w pięknej krótkiej formie.
Dostałem kiedyś od pana G. (wydawcy, nie autora) te trzy tomy, przeczytałem owszem, ale aż tak hojna ocena? No cóż, Wódz każe, sługa musi, wyciągnąłem te tomy z przeprowadzkowego bałaganu, podczytuję nocami - i wydaje mi się, że ziewam dużo więcej niż ongiś. Co się stało? Termity mi wyżarły jakieś cenne Gombrowiczowe treści? Moja zdolność rozumienia pomniejszyła się? A może pogorszyła się moja alergia na nadużywanie słów „ja, mój, moje”? No i widzę, że sprawy staną tam gdzie leżą albo wyłożą się tam gdzie stoją: ani Mistrz z Witnicy nie złapie się za Kalamburkę ani ja nie odszukam tych ambrozji poukrywanych przede mną w Dziennikach.

No, jak tak to ma leżeć to najlepiej będzie jak i ja się położe.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu