<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Tak, to dość zagadkowa sprawa, że kury dostarczają jajka do punktu skupu w tuzinach i dla mnie jedyne sensowne wyjaśnienie tego ich obyczaju to nasza i ich niepewność co do ilości ich palców. Przez te małe móżdźki przy składaniu do pudełka jajek liczą one na palcach. (Nigdy nie widziałem kury z liczydłem czy z HP.) Ale nikt tak dokładnie nie ma pewności czy one mają trzy czy cztery palce u nogi więc by zadowolić obie linie myślenia kury na wszelki wypadek składają 12 jajek i wszyscy są zadowoleni.
A na jakim tle będzie ten jubileuszowy blok? W Brazylii w zasadzie nic teraz nie dzieje się. Telewizyjnych informacji o mordowaniu mamy i taty przez córkę z jej namorado (ukochanym?) nie da się nazwać nowościami, bo od pewnego czasu to monotonnie codzienne danie. Musi pora roku albo plamy na słońcu. Przychodzi taki czas, że midia ciurkiem zawiadamiają, że gdzieś po świecie lolity obcinają pipity. Potem seria kastracyjna kończy się i lecą informacje, że w Burkina Fasso naukowcy codziennie produkują bronie masowego rażenia. Potem przychodzi seria masowych kradzieży w USA a jest tego tyle, że jak kradną mniej niż sto milionów to zawiadamiają o tym tylko w lokalnych dziennikach. No i teraz dziennikarze dojrzeli do odkrycia, że dla zakupu kokainy ludzie robią cokolwiek, na przykład zostają sierotami.
Tak więc w świecie zbrodni nic nowego, zabijanie dla zabawy śpiących na ulicy Indian przez nastolatków z wyższych sfer także idzie swoim rytmem, ani często, ani rzadko, tak dwa razy do roku. Niedawno czytałem, że jeden z winnych spalenia żywcem Indianina śpiącego na ławce przystanku autobusowego w Brasílii, dostał wyśmienitą posadę z początkową pensją której większość Brazylijczyków nie widzi ani na początku ani na końcu kariery zawodowej. Nic dziwnego. Jego tatuś to desembargador czyli dostojnik sądowy i musi zadbać o syna. Skoro nie zadbał o jego wychowanie moralne to przynajmniej troszczy się o podchowanie fizyczne.
Także o nowym rządzie Luli nie ma póki co niczego skandalicznego do opowiedzenia. Robi się co się da, wyciąga się mu z szafy parę garniturów z okrzykami zdziwienia (no bo były robol przecież powinien mieć w szafie do końca życia jeden zasmarowany i jeden czysty kombinezon, n'est pas?). Więc jadę w inne strony dla uczczenia dwunastki. Ale proszę pamiętać, po każdej dwunastce przychodzi jakaś trzynastka.
Pewnego dnia (ponad pół roku temu) moi nieznani mi znajomi z Hong-Kongu (a przedtem byli z Warszawy) oznajmili mi, że nie wiedzą co to są Makusyny. Trochę zasmuciło mnie, że ktoś z mego pokolenia nie słyszał o nich i pchnąłem im parę słów. I dziś odtworzę ten mój list. To mój niezgrabny sposób na pieczenie świątecznego ciasta dla Czarnucha i dla wszystkich Makusynów.
Przy okazji. By uniknąć podejrzeń, że pieję na własną cześć, przypominam, że nigdy nie byłem Makusynem. Nie ma na to żadnego dowodu w papiórkach, a co nie istnieje na papierze to w ogóle nie istnieje. W wieku, gdy moi koledzy byli Cudakami ja co najwyżej byłem młodym dziwakiem i wiele osób mi przepowiadało, że jeszcze kiedyś źle skończę. Osobom zaniepokojonym tym, że ten koniec zajmuje tak wiele czasu przypominam, że dobre przepowiednie (czyli takie co nie mają jasno określonej daty ani treści) nigdy nie psują się. A więc można mieć nadzieję, że słuszność ich przewidywań kiedyś sprawdzi się. A może dawno temu sprawdziła się tylko że ja tego nie zauważyłem.
A skoro nigdy nie byłem Makusynem to co ja o tym wiem? Prawie nic. Ucieszyłem się czytając Jadźkę Korcz - no bo ona ma rację. Siedlisko to była duża sprawa, ale gdyby nie istniało to i tak Makusyny byłyby czymś niezmiernie ważnym w życiu miasta. Może dzięki Siedlisku ta ważność łatwiej rozprzestrzeniła się? Ciekawie czyta się uwagi z Księgi Gości osób z Raculi, z Nowej Soli, z Siedliska - gdy to wszystko trwało nie czuło się tak wyraźnie, że to było tak ważne nie tylko dla nas.
Zaraz, zaraz. A czemu ja mówię o nas, skoro nie byłem Makusynem? Może dlatego, że nie byłem ale byłem. Może jednak papier i deklaracja i legitymacja to nie wszystko? Może to, że Ela czy Jacek czy Piotrek życzliwie zachowali mnie w swoich wspomnieniach też ma swoją wagę? Tak czy inaczej, byłem czy nie, kilka cegiełek do Siedliska dołożyłem, kilka podłóg cementowałem (kto to był w owej ekipie, króra pracowała na okrągło w domu bramnym? Z pewnością Rysiek Peryt i Jurek Czerniawski, ale było tam nas chyba pięciu?) więc coś tam dokleiłem do Makusynów.
Dlatego gdy ktoś mi pisze, że nie wie o co chodzi, rwę się do wyjaśniania. Ale przecież nie mam źródeł i wielu faktów nigdy nie znałem. Dlatego bardzo państwa proszę: czytając to co pisałem do moich znajomych proszę traktować to nie jako fotkę dokumentalną ale jako szkic ekspresjonistyczny. Krecha tu, krecha tam, zapewne wszystko to krzywe - ale może to także jest kawałkiem większej prawdy? Ale jak ktoś chce dobrych faktów wprost ze źródła, to przecież dwa kliki stąd są umieszczone wspomnienia Wodza.
Czy zrozumieli państwo te wstępy jako prośbę o wyrozumiałość przy czytaniu reszty? Świetnie. No to reprodukuję moje uwagi.
Moi drodzy, napisałem Wam kiedyś, żeNo więc ten tego no to cześć. Do trzynastki.Ta zielonogórska drużyna Makusynów była zgromadzeniem niesłychanie utalentowanych ludzi
ale takie gadanie to kaczany. Nieomal każda grupa młodzianków to zgromadzenie niesłychanie utalentowanych ludzi i kwestia w tym co się czyni by mogli oni swoje talenty pojąć, polubieć i rozwinąć.
Wątpię by Zbyszek polubił moją wersję jego historii życia, ale w końcu to ja mam palce na klawiaturze i tak rzekę:
Zbigniew Czarnuch był młodym kwadratowym komunistą, który chciał całą młódź świata na komunizm nawrócić. By lepiej rozumieć mechanizmy dziejów poszedł studiować historię w Poznaniu. Już studia kończył gdy zdarzył się 1956. Nie był durniem więc zjawisko bardzo go mocno w dupę kopnęło i gdy przyjechał do Zielonej Góry jako świeży nauczyciel już nie był taki kwadratowy. Założył klub młodzieżowy przy Domu Kultury, potem drużynę harcerską przy ogólniaku i byłby cenionym lokalnym pedagogiem gdyby nie trzy (moim zdaniem) zależne od niego czynniki, które uczyniły go i jego dzieło zjawiskiem znaczącym na skalę krajową. (O czwartym czynniku mniej od niego zależnym powiem na koniec.)
Po pierwsze, bardzo wcześnie wpadł na myśl ogranizowania drużyn podwórkowych a nie przyszkolnych. Oprócz naturalnej (podwórkowej) struktury grup rozwiązał problem bałaganienia blisko domu oraz uzyskania ścisłych kontaktów z rodzicami. Wielu z nich oddało Makusynom czas i energię. A jako olśniewający nauczyciel historii przyciągał innych co mieszkali w willach a nie przy podwórkach.
Po drugie, zawsze mierzył bardzo wysoko. „Państwo Słońca” Campanelli było wraz z książkami Makuszyńskiego obowiązkowym materiałem rozmów, wskazań i zamierzeń. Gdy ktoś z rodziców załatwił stare karetki z uboju przepraszam, ze złomu, nie było mowy o tym, żeby może nauczyć się czegoś o silniku i złożyć jeden; nastolatki zabrały się do montażu wszystkich (bez pierwotnej znajomości mechaniki). Teatr drużynowy Cudaki nie miał być na ogniska ale na skalę krajową - i wkrótce pojawili się w ogolnopolskiej tv. Podróże? Owszem, na początek Jugosławia i Artek. Gdy w pewnym momencie odkrył, że zamek w Siedlisku (4km od Bytomia Odrzańskiego) jest zniszczony (naszi druzja) i ruina nietknięta od 20 lat, postanowił, że drużyna to odbuduje dla siebie. Specjaliści od budownictwa śmieli się z jego naiwności. Po dwóch latach nie było już powodów do śmiechu. (Miejsce było wystarczająco odbudowane bym mógł po studiach organizować tam Szkółki Matematyczne dla kolegów i studentów.) Wkrótce Zamek był miejscem na teatrzyk (musicals własnego płodu), gazetkę, i wiele innych poczynań.
(Słyszałem, że w efekcie prac murarsko-instalacyjnych wiele osób później bez namysłu wzięło się do budowy swoich domków.)
Po trzecie, wszystko podporządkował Makusynom. Jego pokoik był otwarty dla przybyszy przez 18 godzin dziennie (o ile był w domu). Przez lata ani cienia jakiegokolwiek skandalu czy nieprawidłowości. Młodzież uwielbia sportowców? Znał wszystkie wyniki sportowe od średniowiecza. Muzyka stwarza nastrój? Nauczył się radzić sobie z głosem i akordeonem. Świat woli zwycięzców? Zawsze pokazywał się jako entuzjasta i pełen wiary w wygraną. Zdołał oszukać władze i czasy. Ale stan wojenny wyłożył i jego.
A jaki to był czwarty czynnik? Nie był otoczony zawiścią, bo nie miał niczego a był charyzmatyczny. I miał cholerne szczęście. Nikt się nie zabił na tych budowach, nikt się nie zatruł czy poranił na rozjazdach.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu