Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
Obsługa klawiatury, akcenty i przecinki:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 11, 7/I/03

Stare historie na początek nowego roku

Miło widzieć państwa znowu. Wiem, państwo oczekują, że zanim wrócę do komplikacji portugalskiego zahaczę o te proste i sympatyczne zwroty o szczęściu, o nowym roku, o miłych życzeniach, które będą wypełniały się bez wysiłku jak dobrze przygotowany formularz w niemieckim urzędzie. Ale ja mam tu lekkie trudności. Jakoś duże to słowa na moją wąską krtań.

I w dodatku na ogół nie wiem o co tu chodzi. To znaczy, wiem, to taki festiwal wymazywania złych wspomnień. Na takich sztuczkach opiera się zdrowie psychiczne społeczeństwa. Ale czemu niby to ma być zawsze pierwszego stycznia? Bardziej to zrozumiałe po wygranym Mundialu albo po cudownej deflacji złotówki w stosunku do euro. Albo gdzieś pod koniec marca gdy w chłodnym jeszcze polskim powietrzu rozprzestrzenia się bezsensowna radość i bezlitosna grypa.

No więc państwo już rozumieją czemu nie mógł być ze mnie przywódca mas. Moi znajomi przywódcy mas koło 30 grudnia odczuwają potrzebę ściskania i całowania a ja patrzę z podziwem ale ciągle nie wiem o co tu chodzi. Nie zainstalowano mi ośrodka miłowania mas i na to nie ma lekarstwa.

Nigdy jaśniej tego nie zrozumiałem niż przy pierwszej papieskiej wizycie w Brazylii przed wielu laty. Papież był całkiem nowym papieżem i Brazylia była celem jednej z pierwszych jego wizyt. Powodów ku temu było co niemiara. „Teologia wyzwolenia” (czyli religijne oblicze tych grup, które właśnie teraz, w 2003, objęły w Brazylii władzę) przejawiała skłonności do bardziej dosłownego traktowania Ewangelii niż by to było Kościołowi na rękę. Wojskowy jeszcze rząd reagował przyciągając wszystko i cokolwiek co miało się za protestanckie i nie mówiło o reformie rolnej. Największy na świecie katolicki kraj stawał się archipelagiem wiar, sekt i kultów. Stanął więc w centrum Brasílii olbrzymi ołtarz i przed nim tłum oceniany na ponad pół miliona dusz odśpiewywałał różne hasła podawane przez głośniki przez mistrza ceremonii. W pewnym momencie tłum zaśpiewał nós amamos o Papa czyli kochamy Papieża. Papież odpowiedział po prostu e o Papa ama vocês (i Papież was kocha) i nastąpił powszechny płacz. Przez długi czas nikt nie potrafił powiedzieć czegokolwiek do mikrofonu, tyle tam było łez i wzruszenia. Widząc to w odległym o parę kilometrów tv moich arabsko-amerykańskich znajomych (nie, mojego tv jeszcze wówczas nie miałem, zaraziłem się telewizją parę lat później) pomyślałem: nawet gdyby mi zapłacono milion dolarów, nie potrafiłbym w ten sposób podać tego krótkiego tekstu. Byłem już w konkursach recytacji (przegrywając zresztą do młodziutkiej Jadźki Gołdyki), tekst był prosty, ale żeby zapłakać na śmierć pół miliona ludzi potrzebny był jeden nieodzowny składnik: trzeba było wierzyć w to co się mówi.

A może jednak będzie ze mnie wyraziciel uczuć mas? Przypomniałem sobie, że przed paru dniami posłałem parę ciepłych słów do grona bardzo miłych ludzi, których istnienie podtrzymuje moją wiarę w różne wartości z naszego świata i mądrymi słowami ułatwia moje życie codzienne. Trochę się borykałem z językiem ale wydukałem parę linijek. I ku mojemu zaskoczeniu jedna z osób z grupy napisała, że przyłącza się do moich uwag, choć on nie potrafiłby tak tego wyrazić. Chwileczkę. Więc niesłychanie miły P.S., mądry i doświadczony, on też ma trudności z uzewnętrznianiem uczuć? Czyli nie jestem jednym jedynym wynaturzeniem! Jest nas co najmniej dwóch, a więc są nas zapewne miliony a kto wie czy nie jest nas niezliczalność? Czyli trzeba będzie założyć jakieś ponadklasowe towarzystwo. „Niemy uścisk”? A może „Uśmiech spode łba”? Przemyślę sobie to jeszcze.

Takie coś jest możliwe nawet między obcymi sobie ludźmi. Choć to co sobie przypomniałem nie było uśmiechem. To było gniewne parsknięcie śmiechem, które nas, w pełni obcych sobie ludzi, na zawsze połączyło. Jak sprowadzić to do esencji, to aż brzmi bzdurnie. Spotyka się dwóch młodych ludzi na placu. Jeden pyta o nazwę miejsca. Drugi odpowiada. Przyglądają się sobie z niedowierzeniem, wybuchają śmiechem, odchodzą w swoje strony.

To była Praga na początku lat siedemdziesiątych. Jakieś ładne miejsce. Jak nazywa się ten plac? spytałem przechodzącego wysokiego Czecha. Namesti sovetskich tankistov odpowiedział on. Co? zachłysnąłem się patrząc mu w oczy. Jego oczy mówiły to samo. Parsknęliśmy w tym samym momencie śmiechem i bez jakiegokolwiek komentarza rozstaliśmy się.

Schowana za takim krótkim dialogiem jest olbrzymia historia. (Zawsze cieszę się, że dzięki uczciwości i odwadze profesora Urbanika nie wziąłem w niej udziału jako żołnierz wyzwolicielskiej armii wdzierającej się do Czechosłowacji o czwartej nad ranem.) Prawie zawsze gdy ludzie śmieją się i cieszą się to pod spodem siedzi mnóstwo delikatnych elementów o bardzo złożonej strukturze. Nie mówię oczywiście o śmianiu się z tego, że jeden pan kopnął drugiego pana w dupę, bo w takich zajściach nie chodzi o śmiech ale o testowanie do jakiego stopnia społeczeństwo jest zacofane. Aha, kopanie z tyłu i pokrywanie tortem z przodu zdaje się bardzo modne w europejskich programach telewizyjnych. Ciekaw jestem czy pod tym względem Polska już dorosła do wejścia do Unii.

Mam tu prosty przykład na to, że tłumacz może wszystko wiernie tłumaczyć ale słuchacze mając bardzo dobre główki niewiele z tłumaczenia zrozumieją, bo prosta wymiana zdań może napchana sensami jak puszka sardynkami. Proszę państwa o wyobrażenie sobie, że miły baryton zaczyna śpiewać, wydobywa z siebie pierwsze słowo pieśni: Poczęcie, tłum zgodnym rykiem odpowiada trzydzieści i wszyscy strasznie się cieszą.

Spróbuję przetłumaczyć nie słowa ale zjawisko. Zobaczą tu państwo spory kawałek Brazylii.

Couby Peixoto jest od dziesiątek lat bardzo cenionym piosenkarzem. Jeden z jego hitów to Conceição. Ale nie idzie w tytule o Poczęcie. Wszystkie Najświętsze Marie Panny: od Niepokalanego Poczecia (Maria de Conceição), Bolesna (Dolores po hiszpańsku a więc tutaj Maria das Dores), od Objawienia (Maria Aparecida czyli Cida) to popularne imiona. Wiec niby piosenka o dziewczynie. Ale wymowa jest prawie taka sama jak w zwrocie com seis são - coś jakby konsejsą - komseissą. (Bardzo proszę przypomnieć sobie uwagę z 2-go bloku o wymowie tutejszego „ą”.) To ostatnie zdaje się kawałkiem zadania z arytmetyki: „z sześcioma daje”. Skoro zauroczony czymś tłum ryczy unisono „trzydzieści” to gdzieś musi wejść w grę dwadzieścia cztery.

W loterii zwierzakow (jogo de bicho) granej rzekomo „nielegalnie” w każdym kiosku, zwierzątka są numerowane w zasadzie alfabetycznie, od 1: avestruz (struś) do 25: vaca (krowa). Gdy ktoś tu oświadcza, że deu cachorro na cabeça to nie znaczy że na głowie wyskoczył pies, ale że numer 5 (cachorro) zaczyna wygrywającą liczbę. No i 24 to veado czyli jeleń, a jeleń w języku ulicy to „pedał” czyli gei. Czyli alternatywna orientacja nierozmnożeniowa. No i jak łatwo się domyślić Couby Peixoto, lubiany i popularny, jest w otwarty sposób homoseksualistą jeszcze od czasów, gdy to nie było tak proste do ogłoszenia w miejscu publicznym. Lud uwielbia podśmiewywać się z tego veado ale bez przesadnej złośliwości, bo śpiewają „trzydzieści” całkiem w tonie.

A jeśli ktoś z państwa uważa, że tę trywialną historyjkę da się opowiedzieć dużo krócej i zaoszczędzony czas przeznaczyć na najserdeczniejsze życzenia noworoczne, to najusilniej pytam: „a jak to zrobić?” I będę tak wdzięczny za skrócenie mnie, że rozpłynę się w latyńsko-słowiańskich serdecznościach.

I wydaje się, że owa terça-feira poczeka jeszcze jeden tydzień na wyjaśnienie … Cierpliwości, drodzy państwo. Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu